24/07/2017

♪ bonobo - figures

- Na chodniku jest tak samo - wypala koleś na rowerze i jedzie niewzruszenie dalej, zapewne również dlatego, że na ścieżce rowerowej nie ma nikogo oprócz nas, więc po co się rzuca. Nawet nie mam szansy mu odpowiedzieć, że na chodniku nie jest tak samo, bo próbowałam. I że jest pacanem.

Nie do końca wiem, dokąd należę z tą swoją deseczką, bo rowerzyści to ludzie ewidentnie nerwowi, a chodniki mają tę podłą kostkę, bywają brutalnie szorstkie i kiepsko czuć to pod kółkami. Albo coś jest skateable, albo unskateable, nic pośrodku. Trochę się jeszcze chyboczę i przez ten brutalny upadek przy Arenie (całuję Cię, Zuzu) boję się jeździć super szybko, ale jadę. Prawdziwa ze mnie longboardzistka. Z siniakami i zadrapaniami, co pozwalało mi z radością regularnie powtarzać Maxowi, że czuję się jak bohater wojenny, na co on tylko z politowaniem kręcił głową. Się nie zna na cierpieniu.

A jak fajnie jest w jednej rączce trzymać torbę ze świeżym pieczywem, torbę z materiałami do pracy przewiesić przez ramię i jechać na desce do domu, gdzie zaparza się świeżą kawę i patrzy się na wygibasy psa Gustawa. Czuję się hiptersko-młodzieżowo-emerycko jednocześnie.

Berlin miał nas oszołomić liczbą ścieżek rowerowych i równych chodników, ale jedyną udaną ścieżką na jaką natrafiliśmy była ta od Siegessäule do Brandenburger Tor. Reszta dróg i dróżek dyskusyjna. Deski głównie nosiliśmy, dobrze, że rączki miałam już odbandażowane. Nieustannie lubię Berlin i nieustannie serce mi się kraje, gdy muszę go opuścić. (W niemieckim Lidlu są super rodzynki w czekoladzie, serdecznie polecam).

Spacer po cmentarzu Friedhof II der Sophiengemeinde. Gdyż romantyczność.

Zostałam zmuszona do obejrzenia pierwszego sezonu Stranger Things, co było dla mnie wielkim wydarzeniem, bo nie pamiętam, kiedy oglądałam jakikolwiek serial (poza regularnymi powrotami do Angels in America i wybranych scen ze starego Twin Peaks). Niewiele z tego wynikło, poza głębokim uczuciem do ścieżki dźwiękowej i Davida Harboura, czyli Max strzelił sobie ślicznie w stopę rozmiaru 44. Zniósł to jednak całkiem dzielnie.

Siedzimy w Ogrodzie Saskim z Weroniczką, podchodzi Pan Azjata z aparatem i pragnie zrobić zdjęcia naszej europejskości, polskości, twarzom upoconym. Z uporem maniaka wpatruję się w ziemię, ale Pan Azjata naciska na spojrzenie prosto do obiektywu i uśmiech. Beautiful, mówi. No nieźle.