15/05/2017

♪ the national - all the wine

Mam troszeńkę kryzys. (Pomijając nawet ten nieustanny, który trwa od mniej więcej 1994). Już mam dość nauki. Nie chcę być ani drugim magistrem, ani doktorem, ani pisarką. Chcę pracować w fabryce i robić patyczki do uszu. Już mam dość czytania tekstów, które nie do końca mnie obchodzą. No wojna secesyjna, na litość. Pisania esejów na ultradurne tematy, o magisterce nie wspominając. Mam osiemnaście tysięcy zadań domowych z języka polskiego do zrobienia. Kolokwium z całego roku, które obejmuje takie pyszności jak akomodacja syntaktyczna. Mam ją w dupie. Najchętniej zawinęłabym się w kołdrę i spała. Bo owszem, pracować też mi się nie chce. Nic mi się nie chce, tylko leżeć. Może potrzebuję coacha motywacyjnego. Oni, w przeciwieństwie do mnie, nawalają się po twarzach i otrzymują stopień doktora. Mój boże. Czy istnieje praca, w której zarabia się dużo pieniędzy i nic się nie robi? Ja się zabiję, po prostu. Już słyszę, jak Weronika i Piotrek mówią, że tyle obiecuję i nic z tego nie wychodzi. Jeszcze się zdziwią.

A może zostanę youtuberką?

Poszłam do Żabeńki w końcu i napchałam się bułkami cynamonowymi. Proszę tam chodzić i napychać się, może się kiedyś spotkamy. Na pewno wtedy, jak będę miała pół twarzy i pół bluzki w okruchach. Potem spaliłam dekolt na Powiślu. Mam teraz takie mega fajne czerwone plamiszcze. Jeszcze bardziej potem poszłam napchać się z Wojtkiem obiadami i lemoniadami, a do domu doturlałam się, bo tak było prościej. W międzyczasie gdzieś na Kamionku napisałam, że MIŁOŚĆ DLA WSZYSTKICH.

Wojtek udawał, że jest Eliottem Erwittem.

Miłość nawet dla mnie, bo jeśli koleś przelatuje dla ciebie jakieś 9000 kilometrów, to możesz go łaskawie rozważyć, tym bardziej, że przeleci je znów w lipcu i będziecie hasać po Polsce, dopóki śmierć was nie rozłączy. Albo linie lotnicze.

2 comments:

  1. Ostatni akapit <3
    Kryzys rozumiem. Z jakiegoś powodu w środowisku, w którym się obracam, ten kryzys często przybiera formę "jebnąć to i otworzyć warzywniak", chociaż przecież warzywniak jest na maksa trudno prowadzić, bo trzeba rano wstawać, jechać na hurt, a potem obsługiwać ludzi cały dzień, a wieczorem zostają ci zwiędłe sałaty, których nie sprzedasz i pomarszczone papryki, które musisz przecenić i może kupi je jakiś smutny emeryt.
    Czy to, że nie jesteś sama z kryzysem, sprawia, że ci lżej? (wiem, że nie, ale może jednak chciałabyś warzywniak? waRZYMniak. huehuehue. Jak chodziłam po Rzymie, to trochę o tobie myślałam, że hej, tą ulicą pewnie depczę po jej śladach)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Wiosna po prostu!
      Zgadzam się. Warzywniak nie jest rozwiązaniem. Rozwiązaniem jest przespanie reszty życia.
      Ciekawa jestem, ile miejsc - poza tymi oczywistymi - zwiedziłyśmy "wspólnie".
      Wiesz doskonale jak jest, to MÓJ kryzys, ostatecznie, i nie chcę zamęczać tym nikogo, niespecjalnie. Ale faktycznie, uczucie spokoju w nędzy jest dobre.

      Delete