22/12/2016

♪ james blake - i need a forest fire

Pamiętam to bardzo wyraźnie, choć miałam wtedy zaledwie dziesięć lat, a może nawet nie. Mieliśmy zajęcia w jednej z sal w piwnicy przeznaczonych do lekcji techniki i plastyki; na dole była chyba jeszcze świetlica i szatnia. Byłam bardzo szczęśliwa, bo siedziałam sama w ławce - od czasów młodziutkiego socjopatycznego dziewczątka było dla mnie straszne ważne, żeby nikt się do mnie nie dosiadł, ale udawało się to, niestety, bardzo rzadko. Zaczynała się zima, padał śnieg, bo wtedy jeszcze nie istniało globalne ocieplenie i pory roku następowały grzecznie po sobie. Techniki uczył pan, który składał się z kwadratów. Miał kwadratową głowę, ramiona, tors, palce, nogi. Lubił znienacka przywalić wskaźnikiem o dowolną ławkę, żeby zwrócić naszą uwagę albo przywołać nas do porządku. Tym razem trafiło na moją, mało nie spadłam z krzesła, a on ogłosił:
- Takie drzewo jak choinka NIE ISTNIEJE.
Nie mam pojęcia, po co mówi się takie rzeczy dzieciakom w czwartej klasie podstawówki. 

Nie byłam zwariowana na punkcie Świętego Mikołaja. W rodzinnych albumach są zdjęcia, na których jako słodka trzylatka w króciutkich włoskach z przerażeniem patrzę na gościa z brodą z waty, ale zupełnie nie przypominam sobie pisania listów do Mikołaja, dopytywania, czy przyjdzie, albo w ogóle jakiejkolwiek wiary w jego istnienie. Mikołaj mi wisiał. Mała zblazowana dekadentka.

Najbardziej w świętach - poza keksem - lubię choinkę. Jest piękna, pachnąca, majestatyczna, niewzruszona. Lubiłam zostawać sama przed drzewkiem i po prostu na nie patrzeć, albo wczesnym rankiem wślizgnąć się do pokoju, w którym jedliśmy kolację, i porównać, jak wygląda bez zapalonych lampek w świetle łagodnego, stłumionego, zimowego słońca. I w pewien drugi dzień świąt, kiedy weszłam do pokoju, żeby w spokoju nacieszyć się pięknem choinki, zauważyłam, że znalazł się pod nią prezent, którego nie było tam dzień wcześniej. I to był prezent dla mnie! I to były mazaki-pieczątki! Od tamtej pory co roku, z resztkami naiwnej, dziecięcej nadziei, wchodzę rano do pokoju, w którym stoi choinka i wyglądam zagubionego prezentu. Nigdy więcej się nie pojawił.

7 comments:

  1. lubisz keks, really? keks mi się kojarzy z takim mega suchym ciastem, które jem jak już naprawdę nie ma nic innego. wczoraj piekłam za to babkę z żurawiną i białą czekoladą, z okruchów ktore obskubalam wnoszę, że jest co najmniej 3 oczka wyżej niż keksy! ps: upieklam też brownie, zapomnałam dodać maki, wylalam ciasto z powrotem na miskę, odczepiło mi sie dno od tortownicy i 1/3 ciasta wylala sie na płytę kuchenną. niemniej, brownie upieczone czeka na krem cynamonowy i zacznie robić szal na stole teściowej, jestem pewna! (albo nie, bo ciężko trafić w ich upodobania takimi dziwactwami).

    dygresja i po dygresji.

    to ciekawe że lubilaś sama siedzieć, ja zawsze jak wchodziłam do nowej klasy liczylam ile jest osób i jak było nieparzyście to sie balam że padnie na mnie i nikt nie będzie chciał ze mną siedziec. synonim porażki. nie przyszło mi do glowy, że ktoś może CHCIEĆ nie siedzieć z nikim w ławce.

    a co do mikolaja, to chyba nigdy nie miałam zludzeń. chociaż jak mówisz, o tych mazakach pieczątkach, to sama nie wiem...

    ReplyDelete
    Replies
    1. Wypraszam sobie. Keks jest najcudowniejszy. Jakiś czas temu upiekłam nawet swój, taka to wielka miłość! Ale, choć wyszło bardzo smacznie, jakoś zmęczył mnie ten proces. Jest 00:54, a ja właśnie celebruję swoją wczorajszą już wizytę u dentysty kawałkiem SUCHEGO keksa ;)
      Ej, jak robisz krem cynamonowy? Bo to brzmi prawie tak dobrze jak keks. Jestem dumna, że nie załamały Cię przeciwności losu!

      Może ja jestem seryjnym mordercą i odkryję to jakoś niedługo. Pogadamy w styczniu.

      Delete
  2. Jezuboże jak ja bym chciała nadal grać w istnienie Mikołaja. Wiadomo, że za bachora znajdowało się prezenty w szafie, ale zawsze-zawsze pojawiała się też jakaś nieodkryta niespodzianka i to była właśnie magia Mikołaja. Do teraz mi zostało-podglądam co freelancer kitra w szafce pod pościelą, ale po pierwszym rzucie oka zamykam, żeby nie odkryć wszystkiego.
    #teamkeksjestprzereklamowany #makowiecgórą #wtymrokuniebyłoboteściowanielubi

    ReplyDelete
    Replies
    1. Przestań szukać tych prezentów! Bo rózga.
      NIENAWIDZĘ makowca. Co w nim takiego magicznego? Kiedy słyszę ten skrzypiący w zębach mak, czuję, że wątpia wywracają mi się na szóstą stronę.

      Delete
  3. Keksy u nas przestały się pojawiać dobre 15 lat temu. Nikt ich nie lubił i w końcu kolektyw się zorientował, że to nie ma sensu.
    A jakbym w podstawówce zobaczyła, że siedzisz sama, tobym się zaraz dosiadła, żeby nie było Ci przykro. Taką bym była nieświadomie wkurwiającą koleżanką.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Niedocenianie keksa boli moje serce. Babcia specjalnie dla mnie zawsze kupuje dwa kawałki - jeden zjadam w domu, jeden przywożę ze sobą i jem sto lat, bo keks to takie kochane ciasto, że pięknie schnie. Kiedyś zrobiłam sama keks, opowiadałam Ci? Był pyszny. To naprawdę najlepsze ciasto na świecie. Chyba nawet lepsze niż sernik i szarlotka.

      Jesteś najgorsza! Bardzo się cieszyłam, gdy akurat koleżanka/kolega, z którymi siedziałam w ławce, byli chorzy i nie mogli przyjść. Socjopatka pełną gębą.

      Delete
  4. O, to jesteś bardziej zaawansowaną socjopatką, niż ja. Ja w dzieciństwie bałam się, że nikt nie będzie chciał ze mną siedzieć. Dopiero na starość nie chcę, by się ktokolwiek dosiadał.

    Keks! *czaszka*

    ReplyDelete