09/08/2016

♪ cap'n jazz - oh messy life

- Co pani dolega? - pyta lekarz.
Ledwo go słyszę. Świat faluje. Zaskakująco wyraźnie widzę za to jego sandały. Cudownie. Jestem wyczerpana.
- Wszystko mnie boli, mam gorączkę pierwszy raz od pięciu lat, jestem tak strasznie zmęczona - chrypię półgłosem. Chciałabym się położyć.
On mnie jeszcze o coś pyta, nie rozumiem. Całkowite otępienie. Kręci głową z politowaniem.
- Pani studiuje, pracuje?
- I studiuję, i pracuję - odpowiadam. 
- W wakacje się odpoczywa, wie pani? - mówi, wypisując receptę. Recepta kosztuje mnie furę kapusty i łykam sto tysięcy tabletek co osiem godzin. Na jednym z opakowań narysowany jest wielbłąd. Szumi mi w głowie, w uszach. Obym tylko dojechała do domu i trafiła do łóżka, myślę. Podnoszę się z krzesełka ze zwolnieniem, receptą i zaleceniami lekarza w ręku. Mam miękkie nogi, boję się, że się na nich nie utrzymam.

Bardzo się cieszę, że żeby dojść do wniosku, że nie jestem niepokonana, nie wystarczyło mi przypierdolić głową o posadzkę w grudniu, ale muszę się tak wykończyć, że przez trzy dni śpię ciągiem, przebudzając się tylko po to, by wziąć porcję pigułek. Nie pójdę na studia podyplomowe w tym roku, bo wylądowałabym pod kroplówką*. Dorosła decyzja numer jeden. Nie przewiduję żadnych innych dorosłych decyzji w najbliższej przyszłości. Gdyby ktoś tak zabrał moje życie ode mnie i się nim zajął. Ja nie mam siły. Mnie się nie chce.

Ale jest lepiej. Odzyskałam apetyt, czuję się silniejsza, choć głowę nadal mam lekką. Tak się mówi? Mieć lekką głowę? Lightheaded, tak się mówi na pewno. Niczego nie jestem pewna po polsku. Ostatnio ktoś mi powiedział, że angielskie słowa traktuję jak polskie i używam ich w zupełnie niewłaściwych miejscach. Ten ktoś powiedział mi jeszcze wiele innych rzeczy, a była już druga nad ranem.


*1/10/16: hahahahahahahahahahahahahahahahaha

03/08/2016

♪ metronomy - another me to mother you

Nadchodzi ten dzień, kiedy kończę na tyle wcześnie, ale na tyle późno, że nie opłaca mi się wracać do domu, więc spacerem kieruję się w stronę Ratusza Arsenał. Robi się bardzo ciemno, coraz bardziej wieje i wszyscy na świecie wiedzą, że za chwile lunie. Ale ja jestem przezorna - mam ze sobą kurtkę i szalik, które nakładam. Przejście z drobnej mżawki do Absolutnej i Totalnej Ulewy zajmuje kroplom kilka sekund. Wieje silny wiatr. Czuję, że przemakają mi vansy, spodnie, a z kurtki robi się gąbka. Nagle nade mną pojawia się parasol. Jakiś pan pod nim się do mnie uśmiecha. Też się uśmiecham, nic nie mówię.
- Dokąd pani idzie? - pyta, lekko zaciąga. Bardzo miękki akcent.
- Pod kolumnę Zygmunta, a pan? 
- Na przystanek na Starym Mieście - odpowiada. Mimo tego, że wiatr wygina mu parasol na wszystkie strony, nie poddaje się i osłania mnie aż do zejścia ze schodów.
Kiedy docieram do pracy, zauważam, że kurtkę mam tak mokrą, że mogę ją wyżymać. Nie jestem pewna, czy wyschła do tej pory.

Jestem bardzo zmęczona. Boję się, że znów zemdleję, walnę głową o podłogę i będę już kompletnie posiniaczona. Wieczorem nie mogę zasnąć, rano nie mogę wstać. Żyję w zawieszeniu - wszystko dociera do mnie z opóźnieniem, jak przez mgłę. Nie mogę jeść, piję tylko kawę, co wspaniale wróży mojemu poziomowi żelaza. Uczę ludzi z samego rana i z samego wieczora, w ciągu dnia próbuję zmierzyć się z otępiającą pustką. Mam jednak wrażenie, że zamiast się z niej otrząsnąć, wchodzę w nią coraz głębiej. (Głębia ziewa na powierzchni, a powierzchnia okazuje się dnem głębi). Dostałam się na studia podyplomowe.