08/07/2016

♪ mount kimbie - before i move off

Te wszystkie uliczki i zaułki Mokotowa, tak piękne i urocze za dnia, nocą zaczynają mnie niepokoić, nawet, jeśli idę z Wojtkiem - wracamy z teatru, oglądaliśmy Anioły w Ameryce. (Bardzo pretensjonalna końcówka, wtrąca się do naszej rozmowy jakiś młodzian). Okazuje się, że metro już nie jeździ, więc robimy kółko i docieramy na przystanek. Nie minęliśmy nikogo, jest cicho, delikatnie wieje, ale w powietrzu czuć niebezpieczeństwo. Czuję.

Anioły Warlikowskiego widziałam chyba z pięć razy. Serial widziałam chyba z pięćset razy. Dramat Kushnera mogę cytować; on jest czymś, co nazywam Sztuką Totalną - każda postać (czy też charakter, jak z lubością wczoraj powtarzałam) - jest postacią z krwi i kości, jest namacalna; żadne słowo nie znajduje się w złym miejscu ani nie jest wypowiedziane w złym czasie - wbrew całej, szalonej fabule, to ma sens, tak naprawdę mogłoby, może być. Anioły są dla mnie Sztuką Totalną również dlatego, że mnie inspirują (niebezpieczne słowo) - moja fascynacja Ameryką z lat osiemdziesiątych, niechęć do Reagana, pewność, że pierwsze, co zobaczę w Nowym Jorku to Fontanna Bethesdy, zainteresowanie kulturą LGBT, ich historią i literaturą - wzięły się właśnie z Aniołów.

Wczorajszy spektakl był koszmarny. Nie wiem, czy to dlatego, że Stanisławy Celińskiej nie da się zastąpić Dorotą Kolak. Może to dlatego, że ewidentnie zabrakło prób, a wszyscy byli zmęczeni: czwartek, po pracy, kto by tam zwrócił uwagę na pomyłkę tu czy tam, zjadanie tekstu tu czy tam, śmiech, kiedy nie powinno go być. Siedziałam w tym trzecim rzędzie i było mi po prostu przykro. Nie chcę już tego oglądać.

Przed południem wybrałam się do biblioteki wydziałowej oddać parę książek, parę wziąć, parę przedłużyć. Oczywiście dziś była zamknięta, targałam zatem tak tę torbę z Witkacym wypchaną moją kurtką, Wolfe'em, Talese'em i reportażami nagrodzonymi Pulitzerem. Uznałam, że to wystarczająco nieszczęścia jak na jeden dzień, więc porzuciłam The Secret History (pyszny pomysł, który autorka uparła się rozcieńczać tak bardzo, że pod koniec zostaje sama woda; uwielbiam historie dziejące się w środowisku akademickim - sama do niego aspiruję; ja aspiruję przez większość czasu, bo to mnie do niczego nie zobowiązuje, do niczego nie zmusza, a daje fałszywe poczucie celu - ale w tym przypadku nie jest to okoliczność łagodząca) na rzecz poezji Allena Ginsberga:

five years unhappy labor
22 to 27 working
not a dime in the bank
to show for it anyway


(My Alba)

5 comments:

  1. reportaże nagrodzone Pulitzerem? a możesz jakiś szczególnie polecić? :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie polecę pojedynczych reportaży, czytałam te z lat osiemdziesiątych wydane w jednym zbiorze. Niestety nie pamiętam, kto ten zbiór kompletował, a oddałam dziś książkę! (Nawet Google mi nie pomogło!) Ale na pewno do niej wrócę/sięgnę po kolejne tomy i dam znać.

      Delete
  2. (To co teraz napiszę, to będzie komplement.)
    Nie wiem, jak komentować Twoje wpisy.

    (bo czuję czasem, że napisać tu cokolwiek, to by było jak te komentarze na instagramie, gdy ktoś zamieszcza piękne zdjęcie, a ludzie pytają "skąd buty? skąd kurtka? skąd ten dzbanek?" wiesz o co mi chodzi? mam nadzieję)

    ReplyDelete
    Replies
    1. /serduszka purpurowe, tym razem NAPRAWDĘ purpurowe/

      Delete