14/07/2016

♪ the boys next door - somebody's watching

Siedzimy z (już) moją nową uczennicą w małej sali, gdzie nawiew jest tak silny, że czuję się jak na Antarktydzie. Klimatyzator pracuje nieznośnie głośno; pewnie nadciąga wielki pingwin. Na zewnątrz leje, jest zimno, owijam się mocniej szalikiem. Patrzę na nią i robi mi się jej jakoś żal. Przypomina mi pewną osobę, z którą teraz nie łączy mnie praktycznie nic. (Już) moja uczennica ma mocno wyrysowane brwi, mocno czerwone usta i mocno blond końcówki włosów. Mam ochotę jej powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Wydaje mi się, że ona się zaraz rozpłacze. Przez telefon opowiadała mi, że boi się mówić po angielsku, a ze mną przegadała równo pięćdziesiąt osiem minut. Widzę, że ona nie wierzy, że to właśnie się stało. I kiedy pyta mnie, czy mniejsza stawka jest w porządku - choć wiem, że nie powinnam tego robić - mówię, że oczywiście. Kiedy jej się tak przyglądam, w tej sukieneczce, bucikach, z tym makijażem, aż mi ściska serce. Wychodzę w deszcz.

Okropnie pada. Krople deszczu walą w okno z hukiem; budzę się w środku nocy i przez chwilę nie rozumiem, co się dzieje, co to za hałas. Deszcz przychodzi falami - ku mojemu zdziwieniu wszyscy dają się nabrać na tymczasową suchość i spanikowani uciekają z boiska pod drzewa, z ulic do sklepów, gdy chmury pokazują, na co je stać. Być może wkrótce nadejdzie ten dzień, że zaleje nawet nasze siódme piętro. Wtedy zrobię z mojego łóżka łódkę, z koca w - nomen omen - pingwiny żagiel i będę tak dryfować, na Muranów, gdzie mam zajęcia i na Młociny, gdzie nieopatrznie zgodziłam się poprowadzić kurs. Gdy jadę na te Młociny, mam wrażenie, że już z nich nie wrócę, że to inny świat, a moja bezpieczna Warszawa, którą tak dobrze znam, znika. Uspokajam się dopiero, gdy metro w stronę Kabat mija Dworzec Gdański. To taki zgrzebny odpowiednik Great Voyages, o których mówi rabin Chemelwitz. Że nie istnieją.

Przed pracą idę po kawę; panowie są niezwykle rozmowni, więc miło sobie gawędzimy o tym i owym.
- Ma pan dziś naprawdę świetny nastrój - odpowiadam na zaczepkę jednego z baristów.
- Nie mogę narzekać, a jak pani humor? - pyta. Pamiętam go, kiedyś obsługiwał mnie w sobotę z samego rana, gdy pędziłam na zajęcia na studiach doktoranckich (na samą myśl o nich wybucham złośliwym śmieszkiem).
- Kiepsko - wzdycham.
- Bo praca czeka? - zdążyliśmy się poznać.
- Bo życie czeka - rzucam, wielce z siebie zadowolona.
Zatrzymuje to panów na chwilę.
- Mocne słowa - mówi drugi barista, który przygotowuje lemoniady.
- Ma pani może pięćdziesiąt groszy? - zmienia temat (już) mój znajomy. - Bardzo by mnie to uszczęśliwiło.
Wręczam mu monetę, na co on mówi, że karma wraca - prędzej czy później.
- W moim przypadku pewnie później - mówię posępnym tonem.
- Instant karma? - uśmiecha się pan i zamaszystym ruchem przybija mi pięć pieczątek na karcie.
Do pracy idzie mi się nieco raźniej, gdy nagle orientuję się, że nie mam parasola - nie zwisa z torby. Świetnie, świetnie, świetnie, myślę sobie, nie mam czasu zawrócić, na pewno zaraz lunie, panika nakręca się jak szalona. Parasol trzymam w lewej dłoni.

Mam bilet na to. Do września powinnam wytrzymać.

08/07/2016

♪ mount kimbie - before i move off

Te wszystkie uliczki i zaułki Mokotowa, tak piękne i urocze za dnia, nocą zaczynają mnie niepokoić, nawet, jeśli idę z Wojtkiem - wracamy z teatru, oglądaliśmy Anioły w Ameryce. (Bardzo pretensjonalna końcówka, wtrąca się do naszej rozmowy jakiś młodzian). Okazuje się, że metro już nie jeździ, więc robimy kółko i docieramy na przystanek. Nie minęliśmy nikogo, jest cicho, delikatnie wieje, ale w powietrzu czuć niebezpieczeństwo. Czuję.

Anioły Warlikowskiego widziałam chyba z pięć razy. Serial widziałam chyba z pięćset razy. Dramat Kushnera mogę cytować; on jest czymś, co nazywam Sztuką Totalną - każda postać (czy też charakter, jak z lubością wczoraj powtarzałam) - jest postacią z krwi i kości, jest namacalna; żadne słowo nie znajduje się w złym miejscu ani nie jest wypowiedziane w złym czasie - wbrew całej, szalonej fabule, to ma sens, tak naprawdę mogłoby, może być. Anioły są dla mnie Sztuką Totalną również dlatego, że mnie inspirują (niebezpieczne słowo) - moja fascynacja Ameryką z lat osiemdziesiątych, niechęć do Reagana, pewność, że pierwsze, co zobaczę w Nowym Jorku to Fontanna Bethesdy, zainteresowanie kulturą LGBT, ich historią i literaturą - wzięły się właśnie z Aniołów.

Wczorajszy spektakl był koszmarny. Nie wiem, czy to dlatego, że Stanisławy Celińskiej nie da się zastąpić Dorotą Kolak. Może to dlatego, że ewidentnie zabrakło prób, a wszyscy byli zmęczeni: czwartek, po pracy, kto by tam zwrócił uwagę na pomyłkę tu czy tam, zjadanie tekstu tu czy tam, śmiech, kiedy nie powinno go być. Siedziałam w tym trzecim rzędzie i było mi po prostu przykro. Nie chcę już tego oglądać.

Przed południem wybrałam się do biblioteki wydziałowej oddać parę książek, parę wziąć, parę przedłużyć. Oczywiście dziś była zamknięta, targałam zatem tak tę torbę z Witkacym wypchaną moją kurtką, Wolfe'em, Talese'em i reportażami nagrodzonymi Pulitzerem. Uznałam, że to wystarczająco nieszczęścia jak na jeden dzień, więc porzuciłam The Secret History (pyszny pomysł, który autorka uparła się rozcieńczać tak bardzo, że pod koniec zostaje sama woda; uwielbiam historie dziejące się w środowisku akademickim - sama do niego aspiruję; ja aspiruję przez większość czasu, bo to mnie do niczego nie zobowiązuje, do niczego nie zmusza, a daje fałszywe poczucie celu - ale w tym przypadku nie jest to okoliczność łagodząca) na rzecz poezji Allena Ginsberga:

five years unhappy labor
22 to 27 working
not a dime in the bank
to show for it anyway


(My Alba)

03/07/2016

♪ gold panda - you

Siedzimy z Kyo i Folją w Cafe Próżna. Kyo opowiada nam jaka jest szczęśliwa, Folja opowiada nam jak spławiać faceta na pasach w środku nocy. Ja im opowiadam, co zabawnego powiedziało na ostatnich zajęciach moje dziecko:
- Imię Rebecca kojarzy mi się ze starą fasolką szparagową.
Równowaga wszechświata.
Folja pokazała nam super-czadowy-magiczny-tajemny horoskop. Mój twierdzi, że będę bezwładnie miotać się do dwudziestego ósmego roku życia, dlatego jeśli ktoś z Państwa nie może już znieść mojego pierdolenia o braku sensu, zapraszam za trzy lata.

Weronika OKRZYCZAŁA MNIE, że w ogóle o niej nie piszę - a jak wiemy, wystąpić na tym blogu to prestiż. Przecież jestem pewniakiem do Pulitzera. Chciałabym więc powiedzieć, że Weronikę poznałam w październiku zeszłego roku, a właściwie każdy nas pyta, czy znałyśmy się przed rozpoczęciem studiów. Oznacza to, że obie jesteśmy równie niezabawnymi introwertyczkami. Wspaniale spędzamy razem czas, jak można się łatwo domyślić. 

Sobota z Elżbietką udała się znakomicie - nie przeszkodził nam nawet ten upiorny skwar. Przeszłyśmy Pragę Północ, Saską Kępę, a ostatecznie wylądowałyśmy na Żoliborzu, gdzie nic nie powstrzymało nas od robienia sobie selfies na tle krzaków i puszczania baniek mydlanych. Zabrałam ją do rozmaitych miejsc i zdaje się, że wpasowałam się w jej wysoki standard. Najfajniej było na ulicy Śmiałej - pośrodku, naprzeciwko garaży, jest niesamowicie miękki, wręcz elastyczny, gorący kawałek asfaltu. Dokładnie go obskakałyśmy i obeszłyśmy, podeszwy naszych butów zostaną tam na zawsze. Trafić na takie miejsce to prawdziwe szczęście.

Długo dyskutowałyśmy o tym, co jest lepsze - zwykłe życie, prosty tor - co mnie wydaje się cichym marzeniem każdego, czy życie, w którym ciągle dzieje się coś, a zamiast prostego toru jest spirala - co obstawia Ela. Może lepszość to w ogóle złe kryterium.

Dostałam piątkę z przedmiotu o wzniosłej nazwie American Thought. Umówmy się jednak, że nie było to wielkie osiągnięcie. Nastukałam jedenaście stron o Emersonie, a każde kolejne zdanie było parafrazą poprzedniego. Bardzo przypomina mi to formułę pewnego bloga, którego nazwa zaczyna się na "p", a kończy na "e". W środku jest "rzekwitani".