12/04/2016

♪ the 1975 - an encounter

Jest ósmego kwietnia roku dwa tysiące szesnaście, 9:58. Pociąg odjeżdża za dwie minuty. Ja wsiadłam do niego o 9:57. KWD nadal nie ma. 9:59 - wysyłam jej spanikowanego smsa "HESU KUTWA MINUTA KASKAAAA" (???), nagle widzę ją w korytarzu; wchodzi do przedziału, kładzie na stoliku kanapki i pyta, czy wolę z serem czy z hummusem.

Jest któryś lutego roku dwa tysiące czternaście i chyba strasznie chce mi się iść na jakiś koncert, więc przeglądam zapowiedzi. Widzę The 1975. Przyciąga mnie nazwa, coś o nich słyszałam, posłucham sobie. Beznadzieja, nudny indie pop, który aspiruje do bycia poważnym, alternatywnym i Z Przesłaniem. Walcie się.

Jest połowa października roku dwa tysiące piętnaście i KWD pyta, co chciałabym dostać na urodziny. Chciałabym dostać bilet na koncert The 1975 w Berlinie, odpowiadam i zapominam o sprawie.

Jest ósmego kwietnia roku dwa tysiące szesnaście, po piętnastej. Nie jedziemy na Hauptbahnhof, decydujemy w przypływie odwagi i przygody, wysiądziemy na Ostbahnhof i będzie super. Kupujemy Berlin WelcomeCard, dostajemy książeczkę pełną zniżek, dojeżdżamy do Jannowitzbrücke, gdzie przesiadamy się i jedziemy na Schönleinstraße. To nasz dom na dwa dni, tu, między Kreuzbergiem i Neukölln. Czas coś zjeść, bo zbliża się długi wieczór.

Jest połowa października roku dwa tysiące czternaście. Znów atakuje mnie informacja o koncercie The 1975. Dobra, niech będzie, posłucham jeszcze raz. Nadal nie słyszę na tej płycie nic ciekawego, ale Pressure... Pressure zatrzymuje mnie na dłużej. Ten tekst jest o mnie, w jakiś dziwny sposób, transcendentalny. Podoba mi się ss w pressure, końcówka jest niesamowita (3:00-3:41). Ta piosenka bardzo mnie uspokaja, bo to dla mnie trudna jesień: ktoś chce ode mnie rzeczy, których nie mogę mu dać; próbuje mnie szantażować, doprowadza do tego, że trzęsą mi się ręce, boję się wyjść z domu. Mimo wszystko to jednak trochę za mało, żeby iść na koncert. Dla jednej piosenki? Nie żartuj sobie.

Jest dwudziestego pierwszego listopada roku dwa tysiące piętnaście i KWD podaje mi zadrukowaną kartkę papieru.
- Bilet jeszcze nie doszedł, ale masz potwierdzenie zakupu - mówi.
Mało jej nie zgniatam w uścisku pełnym wdzięczności.

Jest ósmego kwietnia roku dwa tysiące szesnaście, po siedemnastej. Prowadzę KWD do zaufanego Tischendorfu i znów jest przepysznie i przepięknie, dwie kawy stawiają mnie na nogi, tak samo jak tłuściutki i pulchny nowojorski sernik cytrynowy. Z Tischendorf idziemy piechotą pod Columbia Halle - dzień jest cudowny. Świeci słońce, wieje lekki wiatr, można iść, dokądkolwiek bądź.

Jest końcówka roku dwa tysiące czternaście. Nasłuchałam się Pressure po kokardy, ale nadal nie mam dość. To chyba niemożliwe, żeby reszta płyty była kiepska, skoro Pressure jest doskonała, zastanawiam się, przyznacie, dość głęboko. Posłucham, znów. Ale tak naprawdę. Zaczynam rozumieć, o co chodzi. Teraz w sumie mogłabym iść na ich koncert. Są okej.

(Nadal nie uświadamiam sobie, że z Prince'em zaczęło się tak samo, t a k s a m o.)

Jest rok dwa tysiące piętnaście. Słucham The 1975 coraz częściej i oni coraz bardziej pasują do mojego życia, do tego, co myślę o moim życiu w kontekście wszystkich innych żyć. To fajne, dawno już nie odkryłam nikogo tak interesującego. Teraz w sumie chcę iść na ich koncert. W dwa tysiące piętnastym w ogóle nie grają w Polsce. 

Jest ósmego kwietnia roku dwa tysiące szesnaście, około osiemnastej trzydzieści. Pod Columbia Halle zbierają się tłumy wszech czasów. Mam ochotę podstępem przebić się między ludźmi na schodach, ale KWD zabrania, każe grzecznie stanąć w kolejce. Wszyscy stoją grzecznie w kolejce, a ona ciągnie się i ciągnie. Nikt się nie wpycha, nie udaje, że kogoś zna, każdy spokojnie maszeruje na koniec. Jestem zachwycona. 

Jest końcówka lutego roku dwa tysiące szesnaście. The 1975 wydają nową płytę pod bardzo pretensjonalnym tytułem. Od końcówki lutego roku dwa tysiące szesnaście do dziś słucham wyłącznie The 1975.

Jest ósmego kwietnia roku dwa tysiące szesnaście, po dziewiętnastej. Wiedziałam, że chcę znaleźć się po prawej stronie sceny - bas, saksofon. Wszystko widzę, wszystkich widzę. Chyba nie do końca rozumiem, co się dzieje. Słyszę angielski i niemiecki, rozglądam się, dostrzegam polską flagę, jesteśmy wszędzie. Anfang: 20:00, mówi bilet. Support wychodzi około 19:30, to The Japanese House, bardzo utalentowana dziewczyna. Słucham z przyjemnością, choć po dwóch piosenkach chciałabym, żeby zeszła ze sceny i wpuściła The 1975. Kiedy, kiedy, kiedy, szumi mi w głowie. Kiedy.

Jest ósmego kwietnia roku dwa tysiące szesnaście, po dwudziestej. Support skończył grać chwilę temu, techniczni zabierają instrumenty, przynoszą instrumenty, sprawdzają mikrofony. Spoglądam na błyskające ekrany telefonów dookoła mnie (Snapchat, Instagram, Snapchat, Instagram, Facebook, WhatsApp). Niecierpliwię się, Anfang 20:00, kiedy, kiedy, kiedy. 20:30. Już. Czuję się tak, jak gdybym była zakochana.

Uwielbiam ich estetykę, gry światłem. James Turrell to ważne nazwisko.
(Nie zrobiłam z tym zdjęciem nic - żadnych filtrów,
kombinowania z kolorem, kadrem.)

Jest ósmego kwietnia roku dwa tysiące szesnaście, około dwudziestej drugiej. Zupełnie inaczej przeżywa się koncert, gdy nie ma się dystansu do wykonawcy, gdy m i ł o ś ć jest świeża, nie lekko przechodzona, zużyta, odkopana z kąta, żeby przypomnieć sobie parę utworów, zanim usłyszy się je na żywo. Tak było z Prince'em - gdy zjawił się w Gdyni, największe zasłuchanie było dawno za mną, a tutaj, w Columbia Halle przy Columbiadamm 13-21 jestem w samym środku jakiegoś idiotycznego huraganu. Serce mi wali, w oczach mam łzy, więc szybko mrugam. Nie wierzę, nie dociera to do mnie, nie mam pojęcia, co się właśnie stało. 

Jest ósmego kwietnia roku dwa tysiące szesnaście, około dwudziestej drugiej trzydzieści. Wsiadam do U-Bahnu U6 przy Platz der Luftbrücke. Stacja jest pełna szczęśliwych ludzi. Pierwsza łza, czuję ją na policzku. Ty durna kretynko, myślę. Najdurniejsza.

5 comments:

  1. Jakbym czytała o sobie. Gdzieś kiedyś słyszałam o The 1975, ale olałam ich będąc w głębokiej fazie rapu i wkurwu życia aka melanchujni. Teraz, gdy wydali nową płytę, wpadłam na nich i przepadłam.
    Solidaryzuję się, zazdraszczam mocno koncertu i ślę piątkę najlepszej blogerce :*

    ReplyDelete
    Replies
    1. Cieszę się, że jest nas więcej! Mimo tego, że uważam ILIWYS (...) za wspaniałą płytę, ich debiut jest bardziej mój, chyba właśnie przez Pressure.
      To przemiłe słowa. Dziękuję.

      Delete
  2. Na Gogol Bordello w 2014 rozpłakałam się z radości już podczas supportu .___.
    Moja babcia kompletnie nie rozumiała, jak jej najmłodsza wnuczka może pokonywać trasę Białystok-Warszawa żeby za 100 zł posłuchać muzyki. Lepiej jej nie będę mówić, że najstarsza wnuczka babciowe kieszonkowe trwoni w ten sposób na większą skalę (Black Sabbath! <3).

    ReplyDelete
  3. Wiem, że post nie o tym, ale aż zatęskniłam za Berlinem. Zakochałam się w tym mieście i bardzo, bardzo żałuję, że mieszkając tam łącznie przez prawie 2 lata z braku towarzystwa nie miałam okazji skorzystać z tego, co kryje i co ma do zaoferowania.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie ma szans, że tam wrócisz? To tak wspaniałe miasto, że aż serce ściska, że akurat teraz tam mnie (nas) nie ma.

      Delete