14/03/2016

♪ the 1975 - this must be my dream

I personify the "adolescent on a phone", speaking like I'm bigger than my body-

Nie doszłam do żadnych sensownych wniosków. W ogóle nie czytam książek, tylko gapię się przez okno w metrze, a tam przecież nic nie ma, do cholery, są ściany, rury i kolorowe mozaiki na różnych stacjach. Powinnam zostać czyjąś utrzymanką, myślę sobie, wysiadając na Polu Mokotowskim, dlaczego nie jestem niczyją utrzymanką?, zastanawiam się, wychodząc na Rakowiecką i idąc, sama nie wiem już dokąd, może na Matkę do Teatru BAZA. Dorosłość to ciągłe ukrywanie załamania nerwowego, myślę sobie w środku nocy, kiedy wydaje mi się, że nie wytrzymam i wybiję pięścią dziurę w ścianie - nie stać mnie na nic lepszego ani wznioślejszego. Próbuję się chować w kołdrze, poduszkach, szaliku. Stawiam wysoko kołnierz płaszcza. Beznadziejne to wszystko, uciekłam z oszałamiającym sukcesem od wielu rzeczy, ale nie od dorosłości; ona jest bardzo blisko, na tyle blisko, że czuję jej oddech na karku. Ktoś pyta: jak się przy mnie czujesz? I co ja mam odpowiedzieć? Co się wtedy odpowiada? Zmieniam temat.

Przy (stosunkowo) zdrowych zmysłach utrzymuje mnie czekanie, naturalnie. Co ja zrobię, gdy okaże się, że już nie mam na co czekać? Codziennie wstaję bardzo szczęśliwa, bo to znaczy, że minął kolejny dzień i kwiecień jest coraz bliżej. Pies Gustaw wita mnie z radością i szalonym merdaniem ogona; noc to wiele godzin rozłąki. Bez oporów wskakuje na moje łóżko, układa się w rozkoszny bochen albo precel. Leżymy tak przez chwilę oboje, zadowoleni z życia. Podnoszę się w końcu, a pies Gustaw spogląda na mnie z łagodnym zdziwieniem, nie rozumiejąc, po co; nie rozumiejąc, że nie wszyscy mają tak klawe życie jak on. Mnie w ciągu dnia nastrój spada do poziomu pogodnego rozczarowania i zazwyczaj tam zostaje, a jak się ma pies Gustaw właściwie nie wiem. Ale chyba lepiej niż ja.

Ostatnio przestraszyłam się, że zrobiłam mu krzywdę i rozpłakałam się nad nim w korytarzu, gorąco go przepraszając, a on, nieustająco wesoły, przyglądał mi się jak skończonej wariatce. Ryczałam nawet, gdy uświadomiłam sobie, że nic mu nie zrobiłam, że nic się nie stało. Chyba nad sobą.

4 comments:

  1. Widzę tu pewien schemat i w odruchu samoobrony uważam, że to wszystko wina warunków biometeo: skurwiałej, śmierdzącej zimy bez zimy, tego przedwiośnia, które się nie może zdecydować i każe, no właśnie, czekać. Osobiście mam ostatnio dużą wolę walki z samą sobą i otoczeniem, czego życzę również Tobie (choć motywacji do walki życzę Ci innych, niż moje, ale to nie temat na komentarz publiczny).
    Pogłaszcz ode mnie psa Gustawa po uchu. Psie uszy są wspaniałe, od kilku dni przywołuję wspomnienie wakacyjnego miziania psa Brudera i robi mi się miło i ciepło w środku na samą myśl. Na jakimś Tumblerze ktoś skomentował psią anegdotkę słowami "we don't deserve dogs" i to jest prawda, moim zdaniem.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Słaba ta samoobrona, sama to czujesz. Choć faktycznie, gdy dziś rano hasałam w słońcu, a wieczorem z pracy wracałam, dostając w twarz na zmianę śniegiem i deszczem, czułam, że coś wywraca się na drugą stronę.

      Trzymam za Ciebie kciuki. Ale Ty nie trzymaj ich za mnie.

      Też się zgadzam. Ludzie nie zasługują na psy, totalnie. Tylko na siebie.

      Delete
  2. Ja płaczę i przepraszam prawie codziennie, bo odkąd jestem więcej w domu to mam różne przygody. Achaja nauczyła się robić wymuszenia, włazi mi pod nogi jak nie patrzę, a później wymusza chrupki płacząc i miaucząc, bo ją kopnęłam. Tak naprawdę to nic Jej się chyba nigdy nie stało, ale ja mam łzy w oczach od razu, lecę do Niej, podnoszę, sprawdzam łapki i ogonek, a Ona patrzy tak na mnie tylko i miauczy w kierunku szafy z pojemnikami na chrupki.

    ReplyDelete
  3. Dobrze, że masz Gustawa.

    A co do płaczu, to ponoć zawsze płaczemy nad sobą. Nawet, jak niby nad kimś.

    ReplyDelete