02/02/2016

♪ you are listening to NASA

Lubię, kiedy zagina się czasoprzestrzeń. Kiedy nie przyjeżdżają autobusy, które powinny, choć czekam już od dwudziestu minut. Gdzie zginął ten z 13:36, co robi tutaj ten, który ma odjechać dopiero o 13:55? Dlaczego on już stoi i czeka, co się stało z tamtym? Co z pasażerami i kierowcą? Rozpłynęli się w niebycie, próżni, przestrzeni kosmicznej? Czy nie trzeba poinformować policji, rodzin zaginionych, rodziny kierowcy? Co się stało z pojazdem, czy nie zmieni to numerów porządkowych wszystkich warszawskich autobusów? Takie rzeczy dają mi nadzieję na to, że ktoś tu się kiedyś zjawi i nas wszystkich uratuje. Bo mnie już się nie chce nikogo ratować.

Człowiek całe życie uczy się rozumu, a i tak umiera głupi, informuje mnie babcia przez telefon. Niewątpliwie zrobiło mi się raźniej, tym bardziej, że byłam tuż po egzaminie z polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Podczas pisania jednego z esejów chyba na chwilę zasnęłam. Kiedy się obudziłam, było już po wszystkim, wróciłam do domu na piechotę, po drodze znalazłam rękawiczkę Batmana.

Nieświadomie muszę być bardzo zdenerwowana, bo codziennie obklejam plastrami palce, które maltretuję do krwi. Mam okropne rany. Dziś, zdesperowana, świeżo rozwalony kciuk wycierałam o plaster, który nakleiłam rano. Ubrudziłam sobie rękę, telefon i mam plamę na torbie. Bebechy na wierzchu, flaki do góry nogami, podłe otępienie, oczy zamykają się same, gdyby tak można było żyć po omacku, na chybił-trafił.

Od kiedy zemdlałam, nie mogę jeść daktyli. Daktyle, które wrzucałam do miski, pokrojone na kawałki i pozbawione pestki, to ostatnie, co zapamiętałam. Potem już ocknęłam się na zimnej podłodze. Sam zapach daktyli wzbudza we mnie niepokój.

Śniło mi się, że moim psychologiem jest mąż Magdaleny Cieleckiej. Wparowała do gabinetu podczas mojej sesji. Pewnie opowiadałam jakieś bzdury o czasoprzestrzeni i daktylach.

10 comments:

  1. Tez tak mam z palcami! Ale u mnie to sie wiaze ze stresami tylko i wylacznie natury osobistej (reszta jakos po mnie splywa, brak ambicji i tyle) i z tym, ze swiadomie sobie to robie, wiec i caly stres jest calkiem swiadomy. Od ponad dwoch lat nie urwalam, nie ugryzlam, nie rozszarpalam, nie pociagnelam, nie rozkrwawilam sobie absolutnie niczego. Moze jestem szczesliwa?

    P.S. Zycie po omacku jest calkiem spoko. Da sie.

    ReplyDelete
    Replies
    1. "Brak ambicji", ha! Jak idzie doktorat?

      PS W ogóle nie utożsamiam Cię z życiem po omacku. Wręcz przeciwnie.

      Delete
  2. "Nieświadomie muszę być bardzo zdenerwowana" - odkrywam tę prawdę ciągle na nowo, kiedy niespodziewanie mam łzy w oczach, albo kiedy odkładając telefon zauważam z zaskoczeniem, że dłonie w fascynujący sposób mi się trzęsą. Na swój sposób niebywałe.

    A te daktyle, ej, ej, może to przejdzie w jakąś supermoc? Zapach daktyli wzbudza w tobie niepokój, może to przerodzi się w jakiś pajęczy zmysł, daktylowe ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem! Może o to właśnie chodzi tej zimojesieni? Może daktylowym zmysłem jednak masz kogoś uratować, na przykład współpasażerów autobusu
    (- Czuję daktyle, uciekajcie! - zawołała Lu. W stężałych twarzach pasażerów dało się zauważyć nieznaczne drgnienia w okolicy oczu, coś jakby zaciekawienie i lekką dezorientację.
    - Musicie mi zaufać, - Lu zignorowała niechętne pomruki - ten autobus... wypada z rozkładu!
    Tłum zafalował. Pod dachem autobusu dało się słyszeć histeryczny krzyk. Ktoś zemdlał, przewracając się na torbę pełną wiejskich jajek, stojącą na siedzeniu obok swojskiej baby w polarowym berecie. Ktoś szarpał za dźwignię ręcznego otwierania drzwi. Przy przednim wejściu wybuchło zamieszanie - to kierowca ostentacyjnie wskazywał błagającej o zatrzymanie autobusu kobiecie urzędowo wyglądającą informację: "W trakcie jazdy zabrania się rozmów z prowadzącym pojazd". Zapach daktyli zaczął się nasilać. Z tyłu dochodził rozpaczliwy płacz niemowlaka. Dźwignia w końcu ustąpiła i środkowe drzwi uchyliły się z lekkim sapnięciem. Tłum naparł na nie, roznosząc na podeszwach kleistą mieszankę stłuczonych jajek od szczęśliwych kur i wielotygodniowego miejskiego brudu. Swojska baba, uwięziona za omdlałym współpasażerem błagalnie wyciągnęła ręce w stronę Lu.
    - Pomoże mi! - wychrypiała. - Co się tak gapi, niech weźmie tego trupa!
    Zapach by tak intensywny, że Lu niemal czuła smak daktyli na czubku języka. Poczuła, że wstępuje w nią fala energii. Chwyciła nieprzytomnego pasażera za stopę i wepchnęła ją między ściśnięte ciała uciekających. Noga drgnęła. Po chwili polarowy beret dołączył do exodusu. Autobus powoli pustoszał. Lu stała na przegubie, z rozwianymi włosami, patrząc przed siebie. Kierowca wysiadł już, palił papierosa i niespokojnie kopał w przednią oponę pojazdu. Płacz dziecka przycichł, a może po prostu się oddalił. Białko spływało powoli z pstrokatej pluszowej tapicerki. Autobus był pusty. Lu zbliżyła się do wyjścia, nie do końca pewna, czy właśnie nie zrobiła z siebie największej idiotki na świecie, siejąc panikę w komunikacji miejskiej i rozkazując tłumowi zobojętniałych warszawiaków. Przekroczyła linię fotokomórki. Za nią coś zgrzytnęło i chwilę potem rozpędzona śrubka przeleciała koło jej głowy. Lu poczuła na palcach lepki daktylowy syrop, a może to było tylko białko wiejskich jajek? Postawiła stopę na ziemi. Tłum, który jeszcze przed chwilą wypełniał ciasno poranny autobus patrzył gdzieś za nią, oczy były szeroko otwarte, gdzieniegdzie usta zasłonięte dłonią w geście przerażenia.
    - Wypadł, wypadł z rozkładu! - zaszemrało przed Lu.
    - Parasol zostawiłam! - zaskrzeczała baba w polarowym berecie. Lu przymknęła oczy. W skroniach czuła bolesny ucisk. Zapach daktyli gdzieś się ulotnił. Niebezpieczeństwo minęło.)

    [w poprzedniej wersji było "zzuję" zamiast "czuję", co trochę umniejszyło dramatyzm]

    ReplyDelete
    Replies
    1. JEST TO NAJPIEKNIEKSZA HISTORIA SWIATA, chce wiecej.

      Delete
    2. Tylko bym je poczuła, to od razu sama bym zemdlała w tym autobusie i roztopiła się w próżni. Ale wzruszyłaś mnie niebywale.

      Delete
    3. Zuzanna, TO MOGŁOBY SIĘ ZDARZYĆ, ale bohaterka, jak widzisz, się wzbrania.
      Lu, to kwestia treningu, Spiderman też pewnie raz czy dwa przygrzmocił w coś i zemdlał. Z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność.

      Delete
    4. No to teraz przywaliłaś, madam z. Piękne! :D

      Delete