13/01/2016

♪ hans zimmer - you're so cool

Wstaję, naturalnie po którejś z kolei drzemce. Zrobiło się strasznie zimno, więc z niechęcią ściągam się z łóżka, wkładam bluzę (tył na przód, jak się okazuje w lustrze) i idę do łazienki. Telefon nagle rozbłyska, a na nim wiadomość: David Bowie nie żyje.
Niech to szlag.
Na poważnie i naprawdę zaczęłam go słuchać kiedy wiadomo było, że nie ma już szans na żadną trasę koncertową. Nie przeszkadzało mi to jednak w niczym - po prostu byłam przeszczęśliwa, że Bowie jest, a ja potrafię go docenić. David Bowie nigdy nie był kimś, kogo słuchałam zrozpaczona przez pół nocy, rozkładając jego utwory na części pierwsze. Nigdy nie towarzyszył mi w ważnych dla mnie chwilach. Nigdy gorączkowo nie powtarzałam w myślach tekstów jego piosenek. Bowie był dobrym tłem do codziennego życia, a bycie dobrym tłem do codziennego życia jest jeszcze trudniejsze niż bycie dobrym tłem do wydarzeń, które trwale zapisują się w głowie. Pewnie, odpowiednio przechodziłam wszystkie Bowie-fazy, włącznie z rysowaniem krzywej jak jasna cholera błyskawicy przez pół twarzy. Być jak Bowie, to dopiero coś.
Jest mi okrutnie przykro. Okrutniej, niż spodziewałam się, że będzie.
Potem pomyślałam o tym, że kiedyś na pewno umrze Prince.
Zbieranie się po śmierci kogoś, kogo w jakiś durny, infantylny sposób uważa się za nieśmiertelnego, jest przerażające, niepojęte. Bo umrze mama, Żaba* i Agata, ale żeby umarła Joan Didion, umarł Tom Waits albo Tom Wolfe? Legendy są przecież Nietykalne i zrobione z Innego Tworzywa. Ono nie powinno się psuć.
Moja ulubiona piosenka Davida to Young Americans.

Jako że jestem władczynią czasu, a czas nie istnieje, znajduję się właśnie we wtorkowej nocy, próbuję zrobić milion rzeczy jednocześnie, pisać esej, kończyć bibliografię, czytać Queer Burroughsa (Lee wzbudza moją sympatię, wydaje mi się to dość niebezpieczne), nauczyć się wszystkiego o amerykańskim społeczeństwie - a może społeczeństwie amerykańskim - niestety zupełnie nie pamiętam kolejności słów w języku polskim.
Rozmawiamy ostatnio często z KWD o marnotrawieniu czasu (choć skoro faktycznie nie istnieje, czy można go marnotrawić?): wstajesz rano, żeby znów się umyć, choć myłeś się wieczorem, jesz śniadanie w miseczce, którą myłeś wczoraj, bo w czym zjesz dziś śniadanie, ponownie myjesz miseczkę, wkładasz ubrania, które przedtem musiałeś uprać i dziś też będziesz musiał, bo w czym pójdziesz - już chyba pojutrze, zależy od liczby ubrań i delikatnej kwestii potliwości - do pracy, ścierasz kurze z półek, choć ścierałeś je dwa dni temu i tak w kółko, wieczny taniec wokół własnej osi, piruety powtórzeń do wyrzygania. To jest ostateczny koszmar. I jakoś go znosimy, ku mojemu nieustającemu zdziwieniu. W imię czego? Może po prostu nie wiemy, że utknęliśmy w koszmarze. Średnio strawna ta metafizyka o 01:29.

Nie było lepiej o 14:15, kiedy to stłoczyliśmy się w sali 317, by posłuchać wykładu na temat State Department. Przynajmniej skończyłam Queer (siedziałyśmy z tyłu). Potem grzecznie staliśmy w kolejce po podpis za obecność, a ktoś zaczepił mnie i zapytał, czy przypadkiem wiem, jak nazywał się ten wykład. Nie znoszę studentów. Chcemy zrobić wszystko jak najmniejszym kosztem, przysypiając w środkowym rządku i kradnąc notatki od starszych roczników. Wypiłam z Weroniką dwie kawy, a na pasach prawie przejechał mnie samochód. Udało mi się zapisać na Wymarzone Seminarium, zjadłam siedem czekoladek przyozdobionych twarzą Myszki Miki (a może to była Minnie) i nadal próbuję nauczyć się wszystkiego o amerykańskim społeczeństwie - a może społeczeństwie amerykańskim. Umiarkowanie mi się nie chce. Przysięgam, że ten blog jest gorszy niż Ulysses.

Amerykańskie społeczeństwo - czy też społeczeństwo amerykańskie - rozumiem według Sz. P. Dr na czwórkę. Skoro jesteśmy już w popołudniowej środzie, muszę iść do pracy i wypić dużą kawę. Czuję się z tym rozdrobnionym czasem prawie jak Italo Calvino. Metafizyka, metafikcja, metaczas. (Meta)nieźle, co?


*Żaba zamierza umrzeć przede mną, bo zaklepała mnie sobie jako wodzireja na jej pogrzebie. Będziemy się pysznie bawić, gdy będę opowiadać upokarzające ją historie.

12 comments:

  1. Wczoraj w ramach eksperymentu spisałam mój dzień na kartce. Długa lista czynności, które wykonałam, zawierała m.in.: opróżnienie zmywarki, napełnienie zmywarki x2, zdjęcie prania, wstawienie prania, wywieszenie prania, sklep spożywczy + siat dźwiganie, apteka, sprzątanie kuchni (ogólne, bo szczegółowe zajmie mi za dużo czasu).... itd. Przeczytałam i zamarłam. GDZIE w tym wszystkim jest czas DLA MNIE i MOICH PRAWDZIWYCH spraw? Na dobry początek, aby to wszystko przetrwać, potrzebujemy więcej witaminy D3.

    ReplyDelete
    Replies
    1. I oczywiście dziś też była zmywarka i pralka. I zakupy. A jutro...

      Delete
    2. Witaminy D3 albo narkotyków.
      (A jutro też pralka, co mi przypomina, że muszę odkurzyć. No bez sensu.)

      Delete
  2. "wieczny taniec wokół własnej osi, piruety powtórzeń do wyrzygania". piękne. dla takich zdań zniosę nawet nudę "Ulissesa"! (hipotetyczną).

    /h.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jestem Ci bardzo wdzięczna, że wytrzymujesz.

      Delete
  3. Jestes sto razy lepsza niz Ulysses, przez Joyce'a za Chiny Ludowe nie moglam przebrnac, Ty zas przychodzisz mi z latwoscia.
    Ta metafizyka o powtarzalnosci czynnosci gwarantujacych przetrwanie nachodzi mnie co jakis czas, w miare regularnie. Szczegolnie jesli chodzi o mycie wlosow. I TAK SIE ZROBIA BRUDNE, PO CHUJ MI TO WSZYSTKO (raz bylam bardzo, bardzo chora i zawzielam sie z ich niemyciem na tak dlugo, ze z tego niemycia zrobily sie czyste. tak po prostu. lepszy cud niz woda w wino moim skromnym zdaniem.)
    To z tym Davidem to jednak do mnie jakos nie dociera, chociaz wiem, wiem doskonale, ze jak umarl, to umarl, koniec. Ale co to znaczy, ze koniec? Kochalam go calym swoim jestestwem (przez mame, mama mi kazala), pamietam, jak przezylam szok zycia, gdy odkrylam, ze za zone ma kobiete. Modelke. Iman. I nawet to niczego nie zmienilo, kochalam go dalej, sluchalam jego plyt dalej, chcialam byc Kate Moss i nosic t-shirt z Ziggym na wkleslej piersi nieodzianej w stanik. Wiec ta smierc wiekszej zmiany mi w zyciu chyba nie przyniosla, dalej bede sobie marzyc o redukcji piersi i bezstanikowej wolnosci przy dzwiekach "space oddity".

    ReplyDelete
    Replies
    1. Przyjmę to jako komplement, choć ponoć czytanie Joyce'a to Intelektualizm Ostateczny.
      To jest jakieś urodowe perpetuum mobile.
      Mama mnie wychowywała przy Bowie'em, może to wyjaśnia moje kopnięcie w głowę.
      Że Bowie ma żonę, to dopiero zaskoczenie wszechświata było! Pewnie też nie nosiła stanika w domu.

      Delete
  4. masz jakieś fajne teksty ze studiów? wyślij mi na maila, bo ja mam tylko darmowe ebooki, więc nie-do-końca-to-co-chciałabym-czytać, ale szkoda-kasy-na-takie-luksusy-jesteśmy-w-podrózy.
    sorry, ze tak interesownie. zyje w jakiejs innej przestrzeni, nawet nie wiedziałam że bowie nie żyje.
    ale nie myśl, że nie monitoruję stanu Twojeo zdrowia moja panno!

    XOXO itd.!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie wiem, co masz na myśli przez "fajne". Wyślę Ci linki do artykułów i załaduję trochę plików, ale czy aż tak interesują Cię klasy w społeczeństwie amerykańskim?

      Żyj sobie dalej, wyjdzie Ci to tylko na zdrowie. Idę na badania krwi w tym tygodniu, mamo.

      Całuski!

      Delete
  5. "i tak w kółko, wieczny taniec wokół własnej osi, piruety powtórzeń do wyrzygania. To jest ostateczny koszmar. I jakoś go znosimy, ku mojemu nieustającemu zdziwieniu. W imię czego? Może po prostu nie wiemy, że utknęliśmy w koszmarze."

    Też tak uważam, ale czasem wyjaśniam sama sobie, że to jest właśnie Piękne, ta nasza codzienność, rutyna, że to właśnie tu jest Sęs Rzycia i Wogle. Inaczej bym ocipiała albo zmarła z brudu.

    Nie mówiłam Ci, bo jeszcze Cię nie komentowałam, ale uwielbiam Twoje pisanie, bo jest takie... pisarskie. Ja umiem tylko robić sobie jaja ze wszystkiego, a Ty mogłabyś pisać książki.

    W ogóle, pisanie o wstawaniu rano i myciu miseczki tak, że inni chcą to czytać, to jest Coś.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Też tak uważam. Że to Sęs Rzycia, tak w ostatecznym rozrachunku. Inaczej codziennie ktoś by się zabijał... jeśli już tego nie robi.

      Dziękuję, Nat, jesteś kochana. Zakręciła mi się łza w oku i mówię Kompletnie Serio.

      Delete
    2. Cieszę się <3 :)

      Raczej codziennie ktoś się zabija.

      Tak myślę.

      Delete