20/01/2016

♪ the 1975 - she way out

W niedzielę budzi mnie nieustępliwy alarm. Wstawaj, leniwy gnoju, wita mnie z ekranu telefonu. Co się dzieje, przecież to niedziela? Zastanawiam się, dlaczego w ogóle nastawiłam budzik. Zastanawiam się stosunkowo długo, bo zasnęłam stosunkowo późno.
Ach, faktycznie, mam egzamin.
Egzamin, na który uczyłam się - z bardzo długimi przerwami - sześć godzin (czyli pewnie jakieś trzy), około czterech wczoraj, około dwóch dzisiaj.
Może nie pójdę, w mojej głowie pojawia się idea odważna i dzika. Może pójdę spać dalej, pod kołdrą w Muminki jest tak wspaniale, a świat na zewnątrz jest ohydny. Umówmy się też, że nie czuję się żadnym specem w temacie metodologii nauk literaturoznawczych.
Już prawie obracam się na drugi bok, gdy uświadamiam sobie, że drugi termin może być ustny. A od trzynastego stycznia egzamin ustny kojarzy mi się jedynie z traumą.
Dobrze, dobrze, wstanę. Ale najpierw jeszcze troszkę poleżę i poczytam notatki, ustalam sama ze sobą.
Czytam. Przysypiam; budzę się z kartkami na twarzy. Królowa wdzięku i gracji. Jako że ewidentnie nie ma to sensu (i ja, i egzamin, i egzystencja ogólnie), wstaję naprawdę, kontempluję osiemdziesiąt osiem nowych syfów na twarzy, jedną ręką myję zęby, drugą robię śniadanie. Królowa wdzięku, gracji i wielozadaniowości.
Poczytam notatki teraz, przy śniadaniu. Ledwo trafiam łyżką do ust, ale staram się. Zapamiętuję jeszcze przypadkowe nazwiska (Ignacy Fik) i przypadkowe fakty (quasisądy). Ponosi mnie wyobraźnia i marzę, jak to dostaję pytanie o ulubionego metodologa i z rozmachem opisuję pomysły Ingardena.
Powoli wariuję, co poznaję po tym, że zaczynam uważać się za najzabawniejszą osobę na świecie. Resztkami sił wciągam na siebie dwa swetry (?), spodnie; czapka, płaszcz, rękawiczki, wychodzę. Mieszają mi się informacje, dokumentnie i całkowicie, korci mnie, żeby czytać notatki, idąc do metra, ale kapituluję i słucham muzyki najgłośniej jak tylko się da.
W metrze przez chwilę poważnie rozważam szybką powtórkę, ale daję sobie siana. Muszę być szczera sama ze sobą. Muszę być dla siebie dobra. Wyciągam książkę.
Mnóstwo świeżego śniegu nieco spowalnia moje kroki i przez chwilę chcę potraktować to jako znak, który każe mi wrócić do domu i zawinąć się w koc, ale jestem dorosła, tak czy nie?
Docieram pod wydział mocno już zrezygnowana. Wzdycham ciężko, wchodzę na pierwsze piętro i zasiadam, pogrążona w melancholii, w ostatnim rzędzie w sali 113. Wszyscy w skupieniu i przeszywającej wręcz ciszy czytają notatki, oddychanie wydaje się niegrzeczne. Doskonale wiem, że przeglądanie stosu karteluszków nie da mi nic poza frustracją, ale decyduję się nie odstawać od tłumu. Przeglądam karteczki i zeszycik. Rozwala się, zauważam. W ostatniej chwili wpada K. i pyta, jak nastrój. Posyłam jej nieco kwaśny uśmiech i informuję ją, że tak sobie, na co ona mówi, że to dziwne, bo wyglądam świeżutko.
W końcu nadciąga pani prof. i rozdaje nam testy, jest na nich pięć pytań.
Na dwa pytania odpowiedź znam ot tak, g e n i u s z e k, rozwalam ten test i ratuję świat. (Ingarden i mimesis). Jednak trzy pozostałe pytania nieco psują mi humor.
Zupełnie zapomniałam, czym jest epistemologia. Mam ochotę poklepać się po plecach albo gorzko zapłakać. Albo jedno i drugie. Mogę pisać eseje o ontologii i aksjologii, ale czym była ta zasrana epistemologia? Dobra, zostawiam to. Dalej.
Reguły klasycyzmu i coś tam o regułach romantyzmu. Ślicznie, w ogóle nie pamiętam tych reguł z notatek, ale pamiętam je z liceum, oczywiście. Szkoda, że nie pamiętam ich za wiele, więc powiększam literki, robią się brzuchate. Ale się rozpisałam, kto by pomyślał. Reguły romantyzmu, tu strzelę poemat, przy okazji zahaczę o cel ludzkiego istnienia. Pyszności. Ty to jesteś, Luizko. G e n i u s z k i e m.
Metody genologiczne w metodologii pozytywistycznej. Co to, do kurwy nędzy, są metody genologiczne. Tu troszkę odpływam. Wyobrażam sobie, jak wskakuję na ławkę i wykrzykuję coś podniosłego. Zaczynam śpiewać. Do sali wchodzi dwustu trębaczy. Nie mam nic na obiad. Myślę o rachunku prawdopodobieństwa i rozważam, jakie są szanse, że to zaliczę i w mailu zobaczę naciąganą tróję, a jakie są szanse, że z hukiem to przejebię. Może napiszę wiersz i pani prof. się nie zorientuje, że nie mam zielonego pojęcia, czym są metody genologiczne, tak zachwyci ją mieszanka mnie, Frosta i Bursy z odrobiną Rimbauda. Potem, nareszcie, przychodzi olśnienie. Napiszę wszystko, co wiem o pozytywizmie, a także dodam tu i tam pojedyncze fragmenty z notatek, które przyszły mi do głowy. Inteligencja, wolne skojarzenia, strumienie świadomości, eklektyzm, Nobel. Mniej więcej tak to widzę.
Późnym wieczorem znajduję w skrzynce maila z ocenami. Krzywię się, ale otwieram wiadomość, jestem dorosła, tak czy nie?
Dostałam czwórkę.
G e n i u s z e k.

13/01/2016

♪ hans zimmer - you're so cool

Wstaję, naturalnie po którejś z kolei drzemce. Zrobiło się strasznie zimno, więc z niechęcią ściągam się z łóżka, wkładam bluzę (tył na przód, jak się okazuje w lustrze) i idę do łazienki. Telefon nagle rozbłyska, a na nim wiadomość: David Bowie nie żyje.
Niech to szlag.
Na poważnie i naprawdę zaczęłam go słuchać kiedy wiadomo było, że nie ma już szans na żadną trasę koncertową. Nie przeszkadzało mi to jednak w niczym - po prostu byłam przeszczęśliwa, że Bowie jest, a ja potrafię go docenić. David Bowie nigdy nie był kimś, kogo słuchałam zrozpaczona przez pół nocy, rozkładając jego utwory na części pierwsze. Nigdy nie towarzyszył mi w ważnych dla mnie chwilach. Nigdy gorączkowo nie powtarzałam w myślach tekstów jego piosenek. Bowie był dobrym tłem do codziennego życia, a bycie dobrym tłem do codziennego życia jest jeszcze trudniejsze niż bycie dobrym tłem do wydarzeń, które trwale zapisują się w głowie. Pewnie, odpowiednio przechodziłam wszystkie Bowie-fazy, włącznie z rysowaniem krzywej jak jasna cholera błyskawicy przez pół twarzy. Być jak Bowie, to dopiero coś.
Jest mi okrutnie przykro. Okrutniej, niż spodziewałam się, że będzie.
Potem pomyślałam o tym, że kiedyś na pewno umrze Prince.
Zbieranie się po śmierci kogoś, kogo w jakiś durny, infantylny sposób uważa się za nieśmiertelnego, jest przerażające, niepojęte. Bo umrze mama, Żaba* i Agata, ale żeby umarła Joan Didion, umarł Tom Waits albo Tom Wolfe? Legendy są przecież Nietykalne i zrobione z Innego Tworzywa. Ono nie powinno się psuć.
Moja ulubiona piosenka Davida to Young Americans.

Jako że jestem władczynią czasu, a czas nie istnieje, znajduję się właśnie we wtorkowej nocy, próbuję zrobić milion rzeczy jednocześnie, pisać esej, kończyć bibliografię, czytać Queer Burroughsa (Lee wzbudza moją sympatię, wydaje mi się to dość niebezpieczne), nauczyć się wszystkiego o amerykańskim społeczeństwie - a może społeczeństwie amerykańskim - niestety zupełnie nie pamiętam kolejności słów w języku polskim.
Rozmawiamy ostatnio często z KWD o marnotrawieniu czasu (choć skoro faktycznie nie istnieje, czy można go marnotrawić?): wstajesz rano, żeby znów się umyć, choć myłeś się wieczorem, jesz śniadanie w miseczce, którą myłeś wczoraj, bo w czym zjesz dziś śniadanie, ponownie myjesz miseczkę, wkładasz ubrania, które przedtem musiałeś uprać i dziś też będziesz musiał, bo w czym pójdziesz - już chyba pojutrze, zależy od liczby ubrań i delikatnej kwestii potliwości - do pracy, ścierasz kurze z półek, choć ścierałeś je dwa dni temu i tak w kółko, wieczny taniec wokół własnej osi, piruety powtórzeń do wyrzygania. To jest ostateczny koszmar. I jakoś go znosimy, ku mojemu nieustającemu zdziwieniu. W imię czego? Może po prostu nie wiemy, że utknęliśmy w koszmarze. Średnio strawna ta metafizyka o 01:29.

Nie było lepiej o 14:15, kiedy to stłoczyliśmy się w sali 317, by posłuchać wykładu na temat State Department. Przynajmniej skończyłam Queer (siedziałyśmy z tyłu). Potem grzecznie staliśmy w kolejce po podpis za obecność, a ktoś zaczepił mnie i zapytał, czy przypadkiem wiem, jak nazywał się ten wykład. Nie znoszę studentów. Chcemy zrobić wszystko jak najmniejszym kosztem, przysypiając w środkowym rządku i kradnąc notatki od starszych roczników. Wypiłam z Weroniką dwie kawy, a na pasach prawie przejechał mnie samochód. Udało mi się zapisać na Wymarzone Seminarium, zjadłam siedem czekoladek przyozdobionych twarzą Myszki Miki (a może to była Minnie) i nadal próbuję nauczyć się wszystkiego o amerykańskim społeczeństwie - a może społeczeństwie amerykańskim. Umiarkowanie mi się nie chce. Przysięgam, że ten blog jest gorszy niż Ulysses.

Amerykańskie społeczeństwo - czy też społeczeństwo amerykańskie - rozumiem według Sz. P. Dr na czwórkę. Skoro jesteśmy już w popołudniowej środzie, muszę iść do pracy i wypić dużą kawę. Czuję się z tym rozdrobnionym czasem prawie jak Italo Calvino. Metafizyka, metafikcja, metaczas. (Meta)nieźle, co?


*Żaba zamierza umrzeć przede mną, bo zaklepała mnie sobie jako wodzireja na jej pogrzebie. Będziemy się pysznie bawić, gdy będę opowiadać upokarzające ją historie.

02/01/2016

♪ the naked and famous - the mess (the 1975 remix)

24. grudnia 2015
Jest 8:20 rano i po dworcu kręci się nas garstka, garsteczka. 24. grudnia nie należy być na dworcu, należy być w domu i kłócić się o ubieranie choinki albo krojenie warzyw na sałatkę jarzynową.
Pociąg jest właściwie pusty. Rozwalam się na dwóch siedzeniach, nikt mi nie przeszkadza, słońce razi w oczy tak, że chowam się w płaszczu i udaje mi się zasnąć na parę minut, na błogie parę minut, kiedy nie muszę dumać nad marnym losem, który sama sobie zgotowałam, a już niedługo, już za chwileczkę, trzeba będzie stawić temu pseudodramatowi czoła i postarać się nie zemdleć kolejny raz (postanowienie na 2016: użelazowić się).
Przesiadam się w Gdyni, zaliczam szybki spacer do Starbucks. Z dworca do Armii Krajowej 28 idzie się około 15 minut z ciężką walizą, w której są prezenty i dwa ciasta (chleb bananowy i brownie piernikowe) - jedno spada na dno torby pewnie kiedy chodzę po wyboistej Gdyni i widzę wielką kolejkę przy barze mlecznym na Starowiejskiej, mijam pozamykane banki, pootwierane kawiarnie, nikt się już nie spieszy, tylko ja. Sądziłam, że moja wielka wyprawa przez gdyńskie ulice zajmie mi więcej czasu, ale po powrocie na dworzec okazuje się, że wciąż muszę czekać godzinę na kolejny pociąg. Mam szczęście, znów dwa siedzenia są tylko dla mnie, znów mogę się na nich rozwalić, nikt mi nie przeszkadza, słońce razi w oczy tak.

Pod choinką jest tyle prezentów, że ledwo widać drzewko. Zjadam osiemnaście tysięcy pierogów, a po kolacji bliscy urządzają mi urodzinowe przyjęcie niespodziankę, moja mama wnosi wielki i puchaty tort do pokoju, a wszyscy śpiewają sto lat. Chowam twarz w dłoniach i ryczę jak kretynka.

- Nie wiem, jak otworzyć tę ciężarówkę - rozkładam bezradnie ręce przed trzyletnim szkrabem, moim Całkiem Nowym Kuzynem.
- Musisz tu odblokować - instruuje mnie.
- Już odblokowałam, ale nie wiem, co zrobić z tymi ściankami, chyba zawołamy tatę, co?
- Przecież jesteś dorosła - odpowiada niewzruszenie berbeć.
Jestem. Pewnie, że jestem.

25. grudnia 2015
Tuż przed zaśnięciem hałas narasta. Dźwięki z całego dnia skumulowane w okropną wibrującą chmurę ładują się do moich uszu, słyszę dżingle reklamowe, przerywniki w radio i piosenki, o których myślę. Robi się coraz głośniej, wydaje mi się, że tego nie zniosę i właśnie w tej chwili odpływam, błoga cisza pojawia się znikąd i gwarantuje mocny, dobry sen.

Przyglądam się jak mój Całkiem Nowy Kuzyn bawi się z moją mamą. Chce wycinać, kleić, rysować i naklejać naklejki. Wyłącznie w towarzystwie.
- Też się tak bawiłam? - pytam zaciekawiona.
- Ty zawsze chciałaś sama - odpowiada mama. - Poza tym nie interesowały cię żadne zabawki, tylko książki.
Ja jestem jego podręcznym słownikiem języka angielskiego. Jak jest po angielsku krzesełko, książka, nalepka, latarka, mandarynka? Fałszujemy, podśpiewując wspólnie Jingle bells, bo on pamięta tylko dwa pierwsze wersy.

26. grudnia 2015
Strasznie leje. Kiedy wchodzę na strych po coś z niekończących się zapasów (pomidory, cukinia, miodownik, ogórki, makowiec, klementynki), słyszę, jak deszcz bębni o dach, mocno, agresywnie i nieustępliwie. Pewnie nie pojedziemy nad morze.

27. grudnia 2015
Jedziemy nad morze! Wiatr spycha spacerujących z chodników, zawiewa włosy na twarz, Bałtyku prawie nie widać. Ludzi jest mniej, niż się spodziewałam - nawet na molo - pogoda nie zachęca i jest niepewna. Moja Już Nie Taka Nowa Kuzynka informuje mnie, że mam nieskazitelną twarz i jestem dla niej Kobietą Renesansu oraz że chciałaby być taka jak ja. Mówię jej, że to nie jest najlepszy pomysł. Morze jest na tyle spokojne, że długo zajmuje mu zmycie śladów, które zostawiam na wilgotnym piasku.

*

30. grudnia 2015
Idziemy z Wojteczkiem do kina na Moje córki krowy (jest trochę Marcina Dorocińskiego). Bardzo dobry film. Ojciec córek krów ma (TO CHYBA SPOILER) raka mózgu. Palcami wystukuję równy rytm na oparciu swojego niewygodnego kinowego krzesełka, przez chwilę nie patrzę na ekran.

31. grudnia 2015
KWD charczy owinięta w koce i Gustawa. Ja upiekłam dwa ciasta (ciasto czekoladowo-bananowe i murzynek z polewą). Czekamy na gości i na naszego kameralnego sylwestra. Objadamy się tak, że z ledwością przenosimy się z kuchni do pokoju. Podsumowujemy 2015 i okazuje się, że to był dla nas dobry rok. Film 2015, piosenka 2015, odkrycie muzyczne 2015, to też są ważne rzeczy! Omawiamy cały rok, każdy jego aspekt, który przyjdzie nam do naszych umęczonych głów. O północy wznosimy toast mołdawskim winem musującym, jest pyszne, jak gdyby nigdy nic wracamy do dyskusji o 2015 i zastanawiamy się, czego sobie życzyć na 2016. Przełomu. Przełom jest zawsze potrzebny.

Trochę Warszawy, Zakopanego, Foo Fighters, wypieków, Muminków i mnie. Oto 2015.