30/12/2016

♪ neon indian - polish girl

Wracam pociągiem z Gdyni. Odtwarzacz mp3 uparcie nie działa, więc słucham przypadkowych piosenek na YouTube, dopóki zasięg ze mną współpracuje. Nie współpracuje specjalnie długo; próbuję odnaleźć się wśród głosów i oddechów pasażerów. Co osiągnęłam w tym roku?, zastanawiam się. Cóż, nie zemdlałam, odpowiadam sobie w myślach. Kręcę głową z politowaniem.

To nie były dobre święta. Chciałam codziennie chodzić na spacery wśród lasów i gubić się w polach, ale wichury uniemożliwiały wyjście z domu. Zamiast mrozu i śniegu dostałam upiorny, zimny deszcz, wiatr wpadający pod szalik i zrywający czapki z głów. Słońce pojawiało się na moment, nieprzyjemnie ostre, źle było oglądać świat w ten sposób.

Moja siedemnastoletnia kuzynka zwierza mi się ze swoich sercowych przepraw.
- Ale obiecaj, że nikomu nie powiesz - prosi. - Nawet rodzice nie wiedzą.
Obiecuję. Jestem rozdarta między kazaniem na temat szczerości i odpowiedniego postępowania siedemnastoletniej panienki (znów czytałam Anię z Zielonego Wzgórza), ale znakomicie pamiętam, jak ja zachowywałam się w tym wieku. Zatem przytakuję tylko, że rozumiem. Bo rozumiem aż za dobrze.

Przeraża mnie 2017. Będę musiała zdecydować tak n a p r a w d ę, czego chcę, co planuję, kim chcę być. A jak wiadomo z każdego wpisu, który tu opublikowałam, zawsze, kiedy mam wziąć odpowiedzialność za swoje życie, chowam głowę w piasek i udaję, że nie chodzi o mnie. Jako że to już setny wpis, wiadomo to doskonale.

2016 w sterylnym, instagramowym skrócie.
—What do the children say?
—There's a thing the children say.
—What do the children say?
—They say: Will you always love me?
—Always.
—Will you always remember me?
—Always.
—Will you remember me a year from now?
—Yes, I will.
—Will you remember me two years from now?
—Yes, I will.
—Will you remember me five years from now?
—Yes, I will.
—Knock knock.
—Who's there?
—You see?

("Great Days," Forty Stories, Donald Barthelme)

22/12/2016

♪ james blake - i need a forest fire

Pamiętam to bardzo wyraźnie, choć miałam wtedy zaledwie dziesięć lat, a może nawet nie. Mieliśmy zajęcia w jednej z sal w piwnicy przeznaczonych do lekcji techniki i plastyki; na dole była chyba jeszcze świetlica i szatnia. Byłam bardzo szczęśliwa, bo siedziałam sama w ławce - od czasów młodziutkiego socjopatycznego dziewczątka było dla mnie straszne ważne, żeby nikt się do mnie nie dosiadł, ale udawało się to, niestety, bardzo rzadko. Zaczynała się zima, padał śnieg, bo wtedy jeszcze nie istniało globalne ocieplenie i pory roku następowały grzecznie po sobie. Techniki uczył pan, który składał się z kwadratów. Miał kwadratową głowę, ramiona, tors, palce, nogi. Lubił znienacka przywalić wskaźnikiem o dowolną ławkę, żeby zwrócić naszą uwagę albo przywołać nas do porządku. Tym razem trafiło na moją, mało nie spadłam z krzesła, a on ogłosił:
- Takie drzewo jak choinka NIE ISTNIEJE.
Nie mam pojęcia, po co mówi się takie rzeczy dzieciakom w czwartej klasie podstawówki. 

Nie byłam zwariowana na punkcie Świętego Mikołaja. W rodzinnych albumach są zdjęcia, na których jako słodka trzylatka w króciutkich włoskach z przerażeniem patrzę na gościa z brodą z waty, ale zupełnie nie przypominam sobie pisania listów do Mikołaja, dopytywania, czy przyjdzie, albo w ogóle jakiejkolwiek wiary w jego istnienie. Mikołaj mi wisiał. Mała zblazowana dekadentka.

Najbardziej w świętach - poza keksem - lubię choinkę. Jest piękna, pachnąca, majestatyczna, niewzruszona. Lubiłam zostawać sama przed drzewkiem i po prostu na nie patrzeć, albo wczesnym rankiem wślizgnąć się do pokoju, w którym jedliśmy kolację, i porównać, jak wygląda bez zapalonych lampek w świetle łagodnego, stłumionego, zimowego słońca. I w pewien drugi dzień świąt, kiedy weszłam do pokoju, żeby w spokoju nacieszyć się pięknem choinki, zauważyłam, że znalazł się pod nią prezent, którego nie było tam dzień wcześniej. I to był prezent dla mnie! I to były mazaki-pieczątki! Od tamtej pory co roku, z resztkami naiwnej, dziecięcej nadziei, wchodzę rano do pokoju, w którym stoi choinka i wyglądam zagubionego prezentu. Nigdy więcej się nie pojawił.

29/11/2016

♪ m83 - steve mcqueen

Uzupełniamy komiksy w celach naukowych. Pan doktor habilitowany nazywa mnie "niesforną duszą":
- Masz ochotę pójść ze mną na wykład z metodyki nauczania kultury polskiej?
- Wolałbym oblać się żrącym kwasem.

Może wreszcie zrobię coś z pożytkiem dla ludzkości, myślę. Może trzepnę jakiś pościk o setce prawd na moje setne urodziny. Ze smutkiem uświadamiam sobie jednak, że niczego się przez sto lat nie nauczyłam, więc wszystko musi zostać, jak jest.

Przyjęcie urodzinowe było wspaniałe i ponownie na torcie były koniki cyrkowe, bo lat skończyłam sześć, tak naprawdę. Dziękuję, że chciało Wam się przyjść i pozwoliliście mi przesiedzieć całą imprezę z torbą ze zdjęciem Prince'a przewieszoną przez głowę.

Znów dzięki KWD czeka nas przygoda; tym razem w lutym. (Choć na prezencie napisane było "ZGIŃ". KWD dorabia po pracy jako stand-up comedian). Jakże odetchnęłam, wiedząc, że znów mam na co czekać. Co po lutym? Zacznę się martwić na początku grudnia.

Na koncert M83 idę nie tylko z Majkiem, ponieważ w ramach niespodzianki przybywa Wojtek ćpun. Robi nam głupie zdjęcie i kręci "tajny filmik". (Ty pacanie!) Przez zupełny przypadek zostajemy w pierwszym rzędzie. Wiedziałam, że M83 na żywo totalnie mnie rozbroi, ale nie sądziłam, że będzie tak bezczelnie pięknie. Ogromnie doceniam, gdy ktoś potrafi przenieść mnie do innego świata. Cudownie było przez te dwie godziny istnieć zupełnie gdzie indziej.


Moje życie w 99% składa się z wydarzeń żenujących, ale opisuję je jako Wielkie Przygody, żeby nie wyjść już na kompletną idiotkę. Lecz kiedy ktoś, kogo znasz tylko z internetu, wysyła ci twoje zdjęcie zrobione sekundę temu w kawiarni, w której faktycznie czekasz w kolejce po kawę, z pytaniem, czy to na pewno ty, było sytuacją bez precedensu.

18/11/2016

♪ du:it - understand in time

Wysłałam mamie na urodziny Panią Bovary Flauberta. Jest średnio zadowolona. To książka na jeden raz, nie to, co jej ukochana Jane Austen, którą można czytać bez końca.
- Ten Flaubert... to taki filozof-myśliciel jak ty. Same bzdety.

Snu jest coraz mniej. Kiedy kursant na swojej kserówce pisze maked, uśmiecham się łagodnie i mówię, że świetnie mu poszło. Ten fakt dociera do mnie kilka dni później, gdy nareszcie się wysypiam.

Poszłyśmy z Weroniczką na election night organizowane przez ambasadę USA, bo miało być super; wszędzie, gdzie jest darmowe żarcie i picie z definicji powinno być super. Było beznadziejnie. Postałyśmy w tłumie. Duszno. Kawa. Wino. Ciasto (niedobre). Rozmowy w kolejce do szatni, w płaszczu. Idiotyczna próba ucieczki przed czyimś wzrokiem. Nasz wykładowca właściwie chce z nami porozmawiać, ale twardo przemy do przodu, bo jesteśmy niewychowane (to znaczy ja jestem). Odpowiedź na pierwsze pytanie w quizie na temat wyborów: Ronald Reagan. Ja pierdolę.
Nie mogę zasnąć, ani trochę, przewracam się na łóżku, czuję piasek pod powiekami. O 6:00 wstaję, oglądam CNN, wszystko dzieje się na żywo, na moich oczach. Widzę przemowę przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Przez chwilę oczywiście zastanawiam się, po co ja to studiuję. Po co ja nurzam się w tych symulakrach i symulacjach i prawdach, skoro Stany zaraz pękną z hukiem. Ale potem myślę - czy Polska pękła? Skądże, jest tylko na skraju załamania. Ja sobie znakomicie radzę na skraju załamania. Jestem na nim od mniej więcej tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego.

Uczę na jednym ze strzeżonych osiedli. Nie mogę zadzwonić domofonem bezpośrednio do mieszkania; muszę dzwonić do ochrony.
- Dzień dobry, ja do państwa takich a takich, mieszkanie takie a takie.
Doskonale wiem, że pan ochroniarz uważnie mi się przygląda, i że ocenia mój wygląd (kurtka zimowa, vansy z dziurami, czapa, zero makijażu). Kim ja jestem? Czy można mi zaufać? Wyglądam jak wariatka. Piętnastoletnia (nadal proszą o dowód).
- JAKO KTO - charczy przez głośnik.
- Nauczyciel - odpowiadam dumnie.
Doskonale wiem, że on myśli, że go nabieram. Ale łaskawie wpuszcza mnie do środka. Tę farsę odgrywamy co tydzień.

Dziecię pokazuje mi swój plakat o żyrafach i zeszyt do religii. Temat piątej katechezy: po co żyjemy? Jaki jest sens życia?

28/10/2016

♪ bon iver - 8 (circle)

- You look tired - mówi do mnie native, z którym prowadzę dwie grupy - you should rest.
Potem mówi do mnie coś, co uznaję za szowinistyczne i obraźliwe, ale nawet nie mam kiedy się odciąć, bo wychodzi z sali. Jest z Teksasu, myślę, to wiele wyjaśnia. Jebać Teksas. Jebać wszystkich ludzi w Teksasie.
Marzę o tym, żeby w metrze rozłożyć się na dwóch siedzeniach i zasnąć.
- Zmęczona jesteś, co? - pytają dobrotliwie kursanci.
- Jak skończymy zajęcia to idź do domu się położyć - troszczy się o mnie następny uczeń. - Kaszlesz już drugi tydzień.
- Zmęczenie widać na twarzy - mówi profesor taka a taka, gdy siedzę przy stole konferencyjnym.
Patrzę w lustro. Jestem trupioblada. Jestem upiorem. Mam wielkie wory pod oczami. Przykładam głowę do poduszki i od razu zasypiam; budzę się półprzytomna. Boję się czasem, że upadnę, tłumacząc uczniom question formation, get used to, albo dlaczego tutaj jest past perfect, a nie past continuous. Upadnę i walnę twarzą o kant biurka, wyleci mi oko, będę nosiła opaskę jak pirat. Dobra, wystarczy.

Rano zastanawiam się, jaki to dzień. Co mnie dziś czeka, poza pisaniem magisterki, co jest celem nadrzędnym i czego nie robię w ogóle. W sobotę rano, kiedy mam zjazd, na ślepo wciągam na siebie ciuchy, naiwnie licząc na mail, że dzisiaj zajęć nie ma. Idąc do autobusu, orientuję się, że to nie moje nogi. Ja nie mam niebieskich nóg, tylko czarne. Z niedowierzaniem patrzę na niebieskość pod czarnym płaszczem. W domu te spodnie wyglądały na czarne. Czuję się nieswojo cały dzień. Jedna z prowadzących uznała, że to ważne, żebyśmy porozmawiali o różnicach między językiem zwierząt a ludzi. Czy zwierzęta mają język? Jebać język zwierząt. Jebać język ludzi.

- Alarm, grypa żołądkowa, dziecko rzygało - dowiaduję się w pokoju nauczycielskim. Konsultuję się z mamą, specjalistką od grypy żołądkowej. Każe mi pić pepsi.
- Skoro pepsi wyżera wszystkie bakterie w kiblu, to nie wyżre ci wszystkich bakterii w żołądku?
Nie śmiem podważać tej logiki.

Dziś w oczekiwaniu na kursanta bawiłam się literkami dla dzieci.

09/08/2016

♪ cap'n jazz - oh messy life

- Co pani dolega? - pyta lekarz.
Ledwo go słyszę. Świat faluje. Zaskakująco wyraźnie widzę za to jego sandały. Cudownie. Jestem wyczerpana.
- Wszystko mnie boli, mam gorączkę pierwszy raz od pięciu lat, jestem tak strasznie zmęczona - chrypię półgłosem. Chciałabym się położyć.
On mnie jeszcze o coś pyta, nie rozumiem. Całkowite otępienie. Kręci głową z politowaniem.
- Pani studiuje, pracuje?
- I studiuję, i pracuję - odpowiadam. 
- W wakacje się odpoczywa, wie pani? - mówi, wypisując receptę. Recepta kosztuje mnie furę kapusty i łykam sto tysięcy tabletek co osiem godzin. Na jednym z opakowań narysowany jest wielbłąd. Szumi mi w głowie, w uszach. Obym tylko dojechała do domu i trafiła do łóżka, myślę. Podnoszę się z krzesełka ze zwolnieniem, receptą i zaleceniami lekarza w ręku. Mam miękkie nogi, boję się, że się na nich nie utrzymam.

Bardzo się cieszę, że żeby dojść do wniosku, że nie jestem niepokonana, nie wystarczyło mi przypierdolić głową o posadzkę w grudniu, ale muszę się tak wykończyć, że przez trzy dni śpię ciągiem, przebudzając się tylko po to, by wziąć porcję pigułek. Nie pójdę na studia podyplomowe w tym roku, bo wylądowałabym pod kroplówką*. Dorosła decyzja numer jeden. Nie przewiduję żadnych innych dorosłych decyzji w najbliższej przyszłości. Gdyby ktoś tak zabrał moje życie ode mnie i się nim zajął. Ja nie mam siły. Mnie się nie chce.

Ale jest lepiej. Odzyskałam apetyt, czuję się silniejsza, choć głowę nadal mam lekką. Tak się mówi? Mieć lekką głowę? Lightheaded, tak się mówi na pewno. Niczego nie jestem pewna po polsku. Ostatnio ktoś mi powiedział, że angielskie słowa traktuję jak polskie i używam ich w zupełnie niewłaściwych miejscach. Ten ktoś powiedział mi jeszcze wiele innych rzeczy, a była już druga nad ranem.


*1/10/16: hahahahahahahahahahahahahahahahaha

03/08/2016

♪ metronomy - another me to mother you

Nadchodzi ten dzień, kiedy kończę na tyle wcześnie, ale na tyle późno, że nie opłaca mi się wracać do domu, więc spacerem kieruję się w stronę Ratusza Arsenał. Robi się bardzo ciemno, coraz bardziej wieje i wszyscy na świecie wiedzą, że za chwile lunie. Ale ja jestem przezorna - mam ze sobą kurtkę i szalik, które nakładam. Przejście z drobnej mżawki do Absolutnej i Totalnej Ulewy zajmuje kroplom kilka sekund. Wieje silny wiatr. Czuję, że przemakają mi vansy, spodnie, a z kurtki robi się gąbka. Nagle nade mną pojawia się parasol. Jakiś pan pod nim się do mnie uśmiecha. Też się uśmiecham, nic nie mówię.
- Dokąd pani idzie? - pyta, lekko zaciąga. Bardzo miękki akcent.
- Pod kolumnę Zygmunta, a pan? 
- Na przystanek na Starym Mieście - odpowiada. Mimo tego, że wiatr wygina mu parasol na wszystkie strony, nie poddaje się i osłania mnie aż do zejścia ze schodów.
Kiedy docieram do pracy, zauważam, że kurtkę mam tak mokrą, że mogę ją wyżymać. Nie jestem pewna, czy wyschła do tej pory.

Jestem bardzo zmęczona. Boję się, że znów zemdleję, walnę głową o podłogę i będę już kompletnie posiniaczona. Wieczorem nie mogę zasnąć, rano nie mogę wstać. Żyję w zawieszeniu - wszystko dociera do mnie z opóźnieniem, jak przez mgłę. Nie mogę jeść, piję tylko kawę, co wspaniale wróży mojemu poziomowi żelaza. Uczę ludzi z samego rana i z samego wieczora, w ciągu dnia próbuję zmierzyć się z otępiającą pustką. Mam jednak wrażenie, że zamiast się z niej otrząsnąć, wchodzę w nią coraz głębiej. (Głębia ziewa na powierzchni, a powierzchnia okazuje się dnem głębi). Dostałam się na studia podyplomowe.

14/07/2016

♪ the boys next door - somebody's watching

Siedzimy z (już) moją nową uczennicą w małej sali, gdzie nawiew jest tak silny, że czuję się jak na Antarktydzie. Klimatyzator pracuje nieznośnie głośno; pewnie nadciąga wielki pingwin. Na zewnątrz leje, jest zimno, owijam się mocniej szalikiem. Patrzę na nią i robi mi się jej jakoś żal. Przypomina mi pewną osobę, z którą teraz nie łączy mnie praktycznie nic. (Już) moja uczennica ma mocno wyrysowane brwi, mocno czerwone usta i mocno blond końcówki włosów. Mam ochotę jej powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Wydaje mi się, że ona się zaraz rozpłacze. Przez telefon opowiadała mi, że boi się mówić po angielsku, a ze mną przegadała równo pięćdziesiąt osiem minut. Widzę, że ona nie wierzy, że to właśnie się stało. I kiedy pyta mnie, czy mniejsza stawka jest w porządku - choć wiem, że nie powinnam tego robić - mówię, że oczywiście. Kiedy jej się tak przyglądam, w tej sukieneczce, bucikach, z tym makijażem, aż mi ściska serce. Wychodzę w deszcz.

Okropnie pada. Krople deszczu walą w okno z hukiem; budzę się w środku nocy i przez chwilę nie rozumiem, co się dzieje, co to za hałas. Deszcz przychodzi falami - ku mojemu zdziwieniu wszyscy dają się nabrać na tymczasową suchość i spanikowani uciekają z boiska pod drzewa, z ulic do sklepów, gdy chmury pokazują, na co je stać. Być może wkrótce nadejdzie ten dzień, że zaleje nawet nasze siódme piętro. Wtedy zrobię z mojego łóżka łódkę, z koca w - nomen omen - pingwiny żagiel i będę tak dryfować, na Muranów, gdzie mam zajęcia i na Młociny, gdzie nieopatrznie zgodziłam się poprowadzić kurs. Gdy jadę na te Młociny, mam wrażenie, że już z nich nie wrócę, że to inny świat, a moja bezpieczna Warszawa, którą tak dobrze znam, znika. Uspokajam się dopiero, gdy metro w stronę Kabat mija Dworzec Gdański. To taki zgrzebny odpowiednik Great Voyages, o których mówi rabin Chemelwitz. Że nie istnieją.

Przed pracą idę po kawę; panowie są niezwykle rozmowni, więc miło sobie gawędzimy o tym i owym.
- Ma pan dziś naprawdę świetny nastrój - odpowiadam na zaczepkę jednego z baristów.
- Nie mogę narzekać, a jak pani humor? - pyta. Pamiętam go, kiedyś obsługiwał mnie w sobotę z samego rana, gdy pędziłam na zajęcia na studiach doktoranckich (na samą myśl o nich wybucham złośliwym śmieszkiem).
- Kiepsko - wzdycham.
- Bo praca czeka? - zdążyliśmy się poznać.
- Bo życie czeka - rzucam, wielce z siebie zadowolona.
Zatrzymuje to panów na chwilę.
- Mocne słowa - mówi drugi barista, który przygotowuje lemoniady.
- Ma pani może pięćdziesiąt groszy? - zmienia temat (już) mój znajomy. - Bardzo by mnie to uszczęśliwiło.
Wręczam mu monetę, na co on mówi, że karma wraca - prędzej czy później.
- W moim przypadku pewnie później - mówię posępnym tonem.
- Instant karma? - uśmiecha się pan i zamaszystym ruchem przybija mi pięć pieczątek na karcie.
Do pracy idzie mi się nieco raźniej, gdy nagle orientuję się, że nie mam parasola - nie zwisa z torby. Świetnie, świetnie, świetnie, myślę sobie, nie mam czasu zawrócić, na pewno zaraz lunie, panika nakręca się jak szalona. Parasol trzymam w lewej dłoni.

Mam bilet na to. Do września powinnam wytrzymać.

08/07/2016

♪ mount kimbie - before i move off

Te wszystkie uliczki i zaułki Mokotowa, tak piękne i urocze za dnia, nocą zaczynają mnie niepokoić, nawet, jeśli idę z Wojtkiem - wracamy z teatru, oglądaliśmy Anioły w Ameryce. (Bardzo pretensjonalna końcówka, wtrąca się do naszej rozmowy jakiś młodzian). Okazuje się, że metro już nie jeździ, więc robimy kółko i docieramy na przystanek. Nie minęliśmy nikogo, jest cicho, delikatnie wieje, ale w powietrzu czuć niebezpieczeństwo. Czuję.

Anioły Warlikowskiego widziałam chyba z pięć razy. Serial widziałam chyba z pięćset razy. Dramat Kushnera mogę cytować; on jest czymś, co nazywam Sztuką Totalną - każda postać (czy też charakter, jak z lubością wczoraj powtarzałam) - jest postacią z krwi i kości, jest namacalna; żadne słowo nie znajduje się w złym miejscu ani nie jest wypowiedziane w złym czasie - wbrew całej, szalonej fabule, to ma sens, tak naprawdę mogłoby, może być. Anioły są dla mnie Sztuką Totalną również dlatego, że mnie inspirują (niebezpieczne słowo) - moja fascynacja Ameryką z lat osiemdziesiątych, niechęć do Reagana, pewność, że pierwsze, co zobaczę w Nowym Jorku to Fontanna Bethesdy, zainteresowanie kulturą LGBT, ich historią i literaturą - wzięły się właśnie z Aniołów.

Wczorajszy spektakl był koszmarny. Nie wiem, czy to dlatego, że Stanisławy Celińskiej nie da się zastąpić Dorotą Kolak. Może to dlatego, że ewidentnie zabrakło prób, a wszyscy byli zmęczeni: czwartek, po pracy, kto by tam zwrócił uwagę na pomyłkę tu czy tam, zjadanie tekstu tu czy tam, śmiech, kiedy nie powinno go być. Siedziałam w tym trzecim rzędzie i było mi po prostu przykro. Nie chcę już tego oglądać.

Przed południem wybrałam się do biblioteki wydziałowej oddać parę książek, parę wziąć, parę przedłużyć. Oczywiście dziś była zamknięta, targałam zatem tak tę torbę z Witkacym wypchaną moją kurtką, Wolfe'em, Talese'em i reportażami nagrodzonymi Pulitzerem. Uznałam, że to wystarczająco nieszczęścia jak na jeden dzień, więc porzuciłam The Secret History (pyszny pomysł, który autorka uparła się rozcieńczać tak bardzo, że pod koniec zostaje sama woda; uwielbiam historie dziejące się w środowisku akademickim - sama do niego aspiruję; ja aspiruję przez większość czasu, bo to mnie do niczego nie zobowiązuje, do niczego nie zmusza, a daje fałszywe poczucie celu - ale w tym przypadku nie jest to okoliczność łagodząca) na rzecz poezji Allena Ginsberga:

five years unhappy labor
22 to 27 working
not a dime in the bank
to show for it anyway


(My Alba)

03/07/2016

♪ gold panda - you

Siedzimy z Kyo i Folją w Cafe Próżna. Kyo opowiada nam jaka jest szczęśliwa, Folja opowiada nam jak spławiać faceta na pasach w środku nocy. Ja im opowiadam, co zabawnego powiedziało na ostatnich zajęciach moje dziecko:
- Imię Rebecca kojarzy mi się ze starą fasolką szparagową.
Równowaga wszechświata.
Folja pokazała nam super-czadowy-magiczny-tajemny horoskop. Mój twierdzi, że będę bezwładnie miotać się do dwudziestego ósmego roku życia, dlatego jeśli ktoś z Państwa nie może już znieść mojego pierdolenia o braku sensu, zapraszam za trzy lata.

Weronika OKRZYCZAŁA MNIE, że w ogóle o niej nie piszę - a jak wiemy, wystąpić na tym blogu to prestiż. Przecież jestem pewniakiem do Pulitzera. Chciałabym więc powiedzieć, że Weronikę poznałam w październiku zeszłego roku, a właściwie każdy nas pyta, czy znałyśmy się przed rozpoczęciem studiów. Oznacza to, że obie jesteśmy równie niezabawnymi introwertyczkami. Wspaniale spędzamy razem czas, jak można się łatwo domyślić. 

Sobota z Elżbietką udała się znakomicie - nie przeszkodził nam nawet ten upiorny skwar. Przeszłyśmy Pragę Północ, Saską Kępę, a ostatecznie wylądowałyśmy na Żoliborzu, gdzie nic nie powstrzymało nas od robienia sobie selfies na tle krzaków i puszczania baniek mydlanych. Zabrałam ją do rozmaitych miejsc i zdaje się, że wpasowałam się w jej wysoki standard. Najfajniej było na ulicy Śmiałej - pośrodku, naprzeciwko garaży, jest niesamowicie miękki, wręcz elastyczny, gorący kawałek asfaltu. Dokładnie go obskakałyśmy i obeszłyśmy, podeszwy naszych butów zostaną tam na zawsze. Trafić na takie miejsce to prawdziwe szczęście.

Długo dyskutowałyśmy o tym, co jest lepsze - zwykłe życie, prosty tor - co mnie wydaje się cichym marzeniem każdego, czy życie, w którym ciągle dzieje się coś, a zamiast prostego toru jest spirala - co obstawia Ela. Może lepszość to w ogóle złe kryterium.

Dostałam piątkę z przedmiotu o wzniosłej nazwie American Thought. Umówmy się jednak, że nie było to wielkie osiągnięcie. Nastukałam jedenaście stron o Emersonie, a każde kolejne zdanie było parafrazą poprzedniego. Bardzo przypomina mi to formułę pewnego bloga, którego nazwa zaczyna się na "p", a kończy na "e". W środku jest "rzekwitani".

28/06/2016

♪ the big pink - dominos

Mamy na naszym piętrze sąsiadkę, która przepada za Gustawem. Kto nie przepada za Gustawem?, można zapytać, ale to pytanie retoryczne:

Król Gustaw I w swoim naturalnym środowisku.

Pewnego dnia miałam nieszczęście wsiąść z nią do windy - jechanie z kimś windą jest dla mnie torturą - a Gustaw, skocznie i ufnie, przystąpił do obwąchiwania starszej pani.
- Spokojnie, Gustaw - mówię, a sąsiadka na to:
- Dlaczego właściwie on ma na imię Gustaw?
Po co ta rozmowa?
- Bo tata Kasi uznał, że on wygląda na Gustawa - odpowiadam niemrawo.
- Ha ha ha - roześmiała się sąsiadka, właśnie tak - ha ha ha - a może mnie on wygląda na Bolka?
Ciężko dyskutować z takim argumentem.

Jakiś czas temu nabiłam sobie guza - spadł na mnie pusty słoik, gdy otwierałam szafkę nad okapem, żeby schować do niej przykrywkę. Co za ironia losu. Zastanawiałam się, czy powinnam wrócić do starej i dobrej metody z dzieciństwa, i nie przyłożyć łyżki do czoła, ale nie zrobiłam tego i bolało chyba z tydzień. Co więcej, na drugi dzień, ze świeżym guzem, bo dramat słoikowo-szklany rozgrywał się wieczorem, musiałam napisać egzamin. Dostałam czwórkę, więc może jest to jakiś sposób. (O czym ty tak pisałaś? Pewnie napisałaś im notkę z bloga. To by było w chuj zabawne, mówi M. Żaba.) (M. Żaba, zapytana, co jest pomiędzy moją pracą, a korporacją, odpowiada z niezachwianą pewnością: PKP.)

Chciałabym również pochwalić się, że napisałam pierwszy rozdział swojej kolejnej pracy magisterskiej. Żeby nie było, że ciągle leżę na łóżku i wzdycham, albo czytam Hunger Games, które nadrobiłam, bo nadszedł czas, by wyrobić sobie własne zdanie na ten temat (nadeszła również sesja). Pierwsza i druga część faktycznie były wspaniałą wymówką na leniuchowanie, ale trzecia była tak nudna, że wolałam się pouczyć niż ją czytać - to chyba mówi samo przez się. Katniss jest obrzydliwą postacią, nie ufajcie filmom - w filmach jest bohaterska i dzielna, natomiast w książce jest samolubnym tchórzem. Na szczęście w wakacje mam bardzo dużo pracy, więc na pewno przeczytam The Girl on a Train i The Secret History, żeby wygłaszać zadufane opinie z pozycji osoby, która recytuje wiersze Franka O'Hary kiedy tylko przyjdzie jej na to ochota.

Wiecie, dlaczego tak bardzo lubię The 1975? Bo z nimi rosnę. I oni rosną ze mną. Muzyka mojego faktycznego okresu dojrzewania to stare dziadki, którzy byli młodzi, kiedy jeszcze nie było mnie na świecie. The 1975 są w moim wieku, więc będą wydawać na bieżąco płyty, które będą moją ścieżką dźwiękową do wstępu do dorosłości, a także zmuszą mnie do ciągłego zastanawiania się, dlaczego oni potrafią robić coś, co jest dla mnie - i nie tylko - Ważne, a ja nadal jestem tak samo nieudana jak moje wegańskie ciastka proteinowe.

25/05/2016

♪ the war on drugs - there is no urgency

Jestem zajęta robieniem głupot. Na przykład obiecuję mojemu promotorowi, że dostanie pierwszy rozdział magisterki po Bożym Ciele (mam zero słów). Idę na egzamin na studiach doktoranckich, na które właściwie mam wylane, zaliczam go na 4,5, choć dzień wcześniej na zmianę śpię i czytam zbiór artykułów nagrodzonych Pulitzerem (1987) - to drugie tylko dla zachowania pozorów. Przed końcem roku przestaję chodzić na zajęcia, na których obecność jest obowiązkowa. Może to wstęp do przekwitania. Okropnie długi.
Don't be so surprised at your friends and their new directions
They will not follow you to the coast
Cause there's trouble down here there's trouble down there
There's trouble everywhere
Znikąd zrobiło się gorąco, więc przestaję spać. Piękna pełnia. Wszystko mnie irytuje, nie mogę się na niczym skupić, już przypieka dekolt, na nosie niedługo będę miała wyżłobione ślady od okularów przeciwsłonecznych, których nie lubię. Wolę, gdy wszyscy się widzimy i oceniamy otwarcie.

Kiedy ostatnio byłam w domu, poprosiłam mamę, żeby mnie uczesała. Była w połowie plecenia warkocza, gdy nagle zaczęła gorączkowo pocierać dłonią mój kark. Ciągle mam nadzieję, że zniknie, powiedziała.

Nadal trudno mi z tym, że Prinsa nie ma. Świadomość jego obecności w Minnesocie, w Paisley Park, gdzie płaczą gołębie, z tym jego wadliwym bioderkiem, była kojąca; myślałam, jakże naiwnie, że mam ją na zawsze. Ten cały bajzel związany z jego odejściem: zamieszanie z pogrzebem i testamentem, otwieranie skarbca tysiącami łomów, tribute Madonny - kwintesencja bajzlu, tworzenie teorii spiskowych, tatuowanie zniekształconych love symboli... żenuje i zawstydza. 7. czerwca są/byłyby jego urodziny. Czasami wchodzę na Wikipedię i skrycie liczę na to, że data śmierci zniknie z wpisu na jego temat. Nie znika, nieważne, jak często odświeżam stronę. Patrzę na swój nadgarstek z niedowierzaniem. Trzeba było od razu kochać kogoś, kto nie żyje.

23/04/2016

♪ moderat - a new error

- Wojtek, czy ty musisz stać z przodu?
- Nie, zostańmy z tyłu.

*

Rano mam prezentację o inwazji w Zatoce Świń. Mówię na zmianę "CIA" i "CAI", bo nie mogę się zdecydować. Potem zwiewamy po kanapki i kawę, wracamy na zajęcia o wojnie wietnamskiej, na których czytam teksty na seminarium, a na seminarium nareszcie ustalam temat mojej pracy magisterskiej.
Po zajęciach idziemy na dodatkowy wykład, gdzie siedzimy jak na ścięciu, ale pogoda jest miła, ludzie są mili, wszystko jest miłe, więc nawet nie chce nam się spać.
Wracam do domu, robię obiad, czytam jednym okiem Internet, drugim Radical Chic. Przychodzi wiadomość, podświetla się telefon i widzę -
zobaczyłam informacje o Prinsie i od razu pomyślałam o Tobie.
Już wiem, wiem, co mnie czeka. Przez chwilę naiwnie myślę, że ogłosił koncert w Polsce, ale wiem, wiem, że
nie żyje.

Dostaję k o n d o l e n c j e od ludzi, z którymi nie rozmawiałam od kilkunastu miesięcy, od kilku lat. Dostaję smsy, wiadomości i wpisy od razu przyszłaś mi na myśl. Mrugam. Pierwsza łza, druga. Biorę głęboki oddech.

Nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić. My jesteśmy (byliśmy?) jednością. We mnie zainstalowany jest (był?) bardzo duży kawałek Prinsa. Ja się za pomocą Prinsa definiuję (definiowałam?), Luiza + Prince = Wieczność. Nie ma Luizy bez Prinsa. Czy ja też zaraz umrę?


Mówiłam już tyle razy o pierwszym tatuażu, o złotym konfetti w powietrzu podczas koncertu Prinsa na Open'erze, o kupowaniu mojego pierwszego winyla Prinsa na Ku'dammie. Od Rene i Oli też dostałam winyl Purple Rain, bo od razu o mnie pomyślały, gdy wypatrzyły go w antykwariacie. Od Magdy i Dominiki na urodziny dostałam DVD Purple Rain - siedziałyśmy w Piwnicy Kany i ona eksplodowała od mojego szczęścia. Od dziewcząt z grupy parę lat temu dostałam winyl 1999. Od Moniki i Mike'a mam koszulki Prinsa. Karolina na urodziny daje mi płytę "ze śmiesznym wzorem na okładce, bo na pewno jej jeszcze nie masz, taka dziwna" - a to moja ukochana płyta Prinsa, którą mam od właściwie samego początku mojej miłości. Od Magdy (która mówi: ty to powinnaś dostać spadek) mam love symbol z pleksi. Jest polaroid na którym siedzę w cieniu, trzymając z przejęciem winyl Purple Rain. Zobacz, mamo, co znalazłam - wykrzykuję z podłogi Empiku - Diamonds and Pearls!, A, to ten kolorowy pajac - odpowiada moja mama. Rene wręcza mi The Hits 1, z moją ulubioną sesją zdjęciową. Weronika daje mi na Mikołajki kubek z moim ukochanym zdjęciem Prinsa. Jeśli ktoś chce słuchać Prinsa, to musi porozmawiać z Luizą, bo ona się na nim zna. Kiedy słyszę cokolwiek Prinsa, od razu myślę o tobie. Przez Prinsa poznałam wiele Dobrych Ludzi, z którymi mogę oglądać nagrania z koncertów, te tak okropne filmy Prinsa, że aż wspaniałe (na przykład Grafitti Bridge) i filmy dokumentalne oraz słuchać winyli ze starych adapterów. Chcę mieć czapkę z doczepionymi łańcuchami i koronkowe kombinezony, mikrofon w kształcie pistoletu. Ile już masz wersji "Purple Rain"? 

*

- Właściwie nikogo nie ma przy barierkach... - posyłamy sobie znaczące spojrzenia.
- Możemy spróbować.
Cały koncert Moderat przeżywamy w pierwszym rzędzie. To oczyszczenie, plaster na rany, balsam i bandaż. Może będzie mniej boleć.

*

Czarnym markerem wymazuję dwudziestego pierwszego kwietnia z kalendarza. Ten dzień dla mnie nie istnieje.

12/04/2016

♪ the 1975 - an encounter

Jest ósmego kwietnia roku dwa tysiące szesnaście, 9:58. Pociąg odjeżdża za dwie minuty. Ja wsiadłam do niego o 9:57. KWD nadal nie ma. 9:59 - wysyłam jej spanikowanego smsa "HESU KUTWA MINUTA KASKAAAA" (???), nagle widzę ją w korytarzu; wchodzi do przedziału, kładzie na stoliku kanapki i pyta, czy wolę z serem czy z hummusem.

Jest któryś lutego roku dwa tysiące czternaście i chyba strasznie chce mi się iść na jakiś koncert, więc przeglądam zapowiedzi. Widzę The 1975. Przyciąga mnie nazwa, coś o nich słyszałam, posłucham sobie. Beznadzieja, nudny indie pop, który aspiruje do bycia poważnym, alternatywnym i Z Przesłaniem. Walcie się.

Jest połowa października roku dwa tysiące piętnaście i KWD pyta, co chciałabym dostać na urodziny. Chciałabym dostać bilet na koncert The 1975 w Berlinie, odpowiadam i zapominam o sprawie.

Jest ósmego kwietnia roku dwa tysiące szesnaście, po piętnastej. Nie jedziemy na Hauptbahnhof, decydujemy w przypływie odwagi i przygody, wysiądziemy na Ostbahnhof i będzie super. Kupujemy Berlin WelcomeCard, dostajemy książeczkę pełną zniżek, dojeżdżamy do Jannowitzbrücke, gdzie przesiadamy się i jedziemy na Schönleinstraße. To nasz dom na dwa dni, tu, między Kreuzbergiem i Neukölln. Czas coś zjeść, bo zbliża się długi wieczór.

Jest połowa października roku dwa tysiące czternaście. Znów atakuje mnie informacja o koncercie The 1975. Dobra, niech będzie, posłucham jeszcze raz. Nadal nie słyszę na tej płycie nic ciekawego, ale Pressure... Pressure zatrzymuje mnie na dłużej. Ten tekst jest o mnie, w jakiś dziwny sposób, transcendentalny. Podoba mi się ss w pressure, końcówka jest niesamowita (3:00-3:41). Ta piosenka bardzo mnie uspokaja, bo to dla mnie trudna jesień: ktoś chce ode mnie rzeczy, których nie mogę mu dać; próbuje mnie szantażować, doprowadza do tego, że trzęsą mi się ręce, boję się wyjść z domu. Mimo wszystko to jednak trochę za mało, żeby iść na koncert. Dla jednej piosenki? Nie żartuj sobie.

Jest dwudziestego pierwszego listopada roku dwa tysiące piętnaście i KWD podaje mi zadrukowaną kartkę papieru.
- Bilet jeszcze nie doszedł, ale masz potwierdzenie zakupu - mówi.
Mało jej nie zgniatam w uścisku pełnym wdzięczności.

Jest ósmego kwietnia roku dwa tysiące szesnaście, po siedemnastej. Prowadzę KWD do zaufanego Tischendorfu i znów jest przepysznie i przepięknie, dwie kawy stawiają mnie na nogi, tak samo jak tłuściutki i pulchny nowojorski sernik cytrynowy. Z Tischendorf idziemy piechotą pod Columbia Halle - dzień jest cudowny. Świeci słońce, wieje lekki wiatr, można iść, dokądkolwiek bądź.

Jest końcówka roku dwa tysiące czternaście. Nasłuchałam się Pressure po kokardy, ale nadal nie mam dość. To chyba niemożliwe, żeby reszta płyty była kiepska, skoro Pressure jest doskonała, zastanawiam się, przyznacie, dość głęboko. Posłucham, znów. Ale tak naprawdę. Zaczynam rozumieć, o co chodzi. Teraz w sumie mogłabym iść na ich koncert. Są okej.

(Nadal nie uświadamiam sobie, że z Prince'em zaczęło się tak samo, t a k s a m o.)

Jest rok dwa tysiące piętnaście. Słucham The 1975 coraz częściej i oni coraz bardziej pasują do mojego życia, do tego, co myślę o moim życiu w kontekście wszystkich innych żyć. To fajne, dawno już nie odkryłam nikogo tak interesującego. Teraz w sumie chcę iść na ich koncert. W dwa tysiące piętnastym w ogóle nie grają w Polsce. 

Jest ósmego kwietnia roku dwa tysiące szesnaście, około osiemnastej trzydzieści. Pod Columbia Halle zbierają się tłumy wszech czasów. Mam ochotę podstępem przebić się między ludźmi na schodach, ale KWD zabrania, każe grzecznie stanąć w kolejce. Wszyscy stoją grzecznie w kolejce, a ona ciągnie się i ciągnie. Nikt się nie wpycha, nie udaje, że kogoś zna, każdy spokojnie maszeruje na koniec. Jestem zachwycona. 

Jest końcówka lutego roku dwa tysiące szesnaście. The 1975 wydają nową płytę pod bardzo pretensjonalnym tytułem. Od końcówki lutego roku dwa tysiące szesnaście do dziś słucham wyłącznie The 1975.

Jest ósmego kwietnia roku dwa tysiące szesnaście, po dziewiętnastej. Wiedziałam, że chcę znaleźć się po prawej stronie sceny - bas, saksofon. Wszystko widzę, wszystkich widzę. Chyba nie do końca rozumiem, co się dzieje. Słyszę angielski i niemiecki, rozglądam się, dostrzegam polską flagę, jesteśmy wszędzie. Anfang: 20:00, mówi bilet. Support wychodzi około 19:30, to The Japanese House, bardzo utalentowana dziewczyna. Słucham z przyjemnością, choć po dwóch piosenkach chciałabym, żeby zeszła ze sceny i wpuściła The 1975. Kiedy, kiedy, kiedy, szumi mi w głowie. Kiedy.

Jest ósmego kwietnia roku dwa tysiące szesnaście, po dwudziestej. Support skończył grać chwilę temu, techniczni zabierają instrumenty, przynoszą instrumenty, sprawdzają mikrofony. Spoglądam na błyskające ekrany telefonów dookoła mnie (Snapchat, Instagram, Snapchat, Instagram, Facebook, WhatsApp). Niecierpliwię się, Anfang 20:00, kiedy, kiedy, kiedy. 20:30. Już. Czuję się tak, jak gdybym była zakochana.

Uwielbiam ich estetykę, gry światłem. James Turrell to ważne nazwisko.
(Nie zrobiłam z tym zdjęciem nic - żadnych filtrów,
kombinowania z kolorem, kadrem.)

Jest ósmego kwietnia roku dwa tysiące szesnaście, około dwudziestej drugiej. Zupełnie inaczej przeżywa się koncert, gdy nie ma się dystansu do wykonawcy, gdy m i ł o ś ć jest świeża, nie lekko przechodzona, zużyta, odkopana z kąta, żeby przypomnieć sobie parę utworów, zanim usłyszy się je na żywo. Tak było z Prince'em - gdy zjawił się w Gdyni, największe zasłuchanie było dawno za mną, a tutaj, w Columbia Halle przy Columbiadamm 13-21 jestem w samym środku jakiegoś idiotycznego huraganu. Serce mi wali, w oczach mam łzy, więc szybko mrugam. Nie wierzę, nie dociera to do mnie, nie mam pojęcia, co się właśnie stało. 

Jest ósmego kwietnia roku dwa tysiące szesnaście, około dwudziestej drugiej trzydzieści. Wsiadam do U-Bahnu U6 przy Platz der Luftbrücke. Stacja jest pełna szczęśliwych ludzi. Pierwsza łza, czuję ją na policzku. Ty durna kretynko, myślę. Najdurniejsza.

19/03/2016

♪ the 1975 - undo

Jako że jestem ucieleśnieniem zabawy, gramy z moją uczennicą w grę planszową, która ma jej pomóc zapamiętać, jak stosować konstrukcje z I wish. Moja kolej. Wyrzucam trzy, trafiam na pole A real regret that you have. Wypalam pierwsze, co przychodzi mi do głowy:
- I wish I hadn't started my PhD studies.
Moja uczennica przygląda mi się ze zdziwieniem.
- So quit it - mówi - what are you waiting for?
Czyżby to było aż tak proste?

Ostatnio prowadzę sporo zajęć w słynnym Mordorze. Wszyscy tam chcą uczyć się od ósmej rano, więc poranki spędzam w zatłoczonych autobusach - nawet nie mam jak wyjąć Kindle'a i poczytać. Stoję zatem bez sensu między mordorowianami, którym przyglądam się do woli, bo zajęcia mam na końcu tej Tajemniczej i Skomplikowanej Krainy. Oni wydają mi się okrutnie nieszczęśliwi, szczególnie wtedy, gdy wysiadają ze spuszczonymi pokornie głowami, ale może to po prostu szary ranek i mżawka, a tak naprawdę są zachwyceni życiem. Za każdym razem, gdy jednoczę się z nimi w środkach komunikacji miejskiej, obiecuję sobie, że nigdy, choćbym miała przymierać głodem. Nigdy.

- Dzień dobry pani Luizo, jestem taka i taka z banku takiego i takiego. Dzwonię z oddziału na placu takim i takim w takim i takim mieście. Chciałam zaprosić panią do nas zaprosić i omówić najnowszą ofertę kredytową.
Myślę sobie: niech pani sprawdzi stan mojego konta i weźmie pod uwagę, że mamy dopiero siedemnastego marca.
- Bardzo dziękuję, ale od dawna nie mieszkam w takim i takim mieście... poza tym to nie jest dobry czas na kredyt.
- Aha - niepewny głos na drugim końcu kabla - dziękuję. Do widzenia.
Myślę sobie: ciekawe, kiedy się zorientują, że kredyt wezmę po moim trupie.

Spotkałyśmy się dzisiaj z Karoliną. Instagram to od jakiegoś czasu moja ulubiona rozrywka, więc wyszukałam odpowiednią ścianę, postawiłam pod nią Karolinę i obfotografowałam ją swoim telefonem tak, że palce lizać. Rozpustnie uznałam, że właściwie też chciałabym jakieś piękne zdjęcie. Na każdym wyglądam przeraźliwie blado. Leżę na łożu śmierci. Nie wiem, skąd wziąć kolor.

Dzieci niedawno pisały listy. Jedno swój zakończyło tak:
Best regrets,
XYZ

14/03/2016

♪ the 1975 - this must be my dream

I personify the "adolescent on a phone", speaking like I'm bigger than my body-

Nie doszłam do żadnych sensownych wniosków. W ogóle nie czytam książek, tylko gapię się przez okno w metrze, a tam przecież nic nie ma, do cholery, są ściany, rury i kolorowe mozaiki na różnych stacjach. Powinnam zostać czyjąś utrzymanką, myślę sobie, wysiadając na Polu Mokotowskim, dlaczego nie jestem niczyją utrzymanką?, zastanawiam się, wychodząc na Rakowiecką i idąc, sama nie wiem już dokąd, może na Matkę do Teatru BAZA. Dorosłość to ciągłe ukrywanie załamania nerwowego, myślę sobie w środku nocy, kiedy wydaje mi się, że nie wytrzymam i wybiję pięścią dziurę w ścianie - nie stać mnie na nic lepszego ani wznioślejszego. Próbuję się chować w kołdrze, poduszkach, szaliku. Stawiam wysoko kołnierz płaszcza. Beznadziejne to wszystko, uciekłam z oszałamiającym sukcesem od wielu rzeczy, ale nie od dorosłości; ona jest bardzo blisko, na tyle blisko, że czuję jej oddech na karku. Ktoś pyta: jak się przy mnie czujesz? I co ja mam odpowiedzieć? Co się wtedy odpowiada? Zmieniam temat.

Przy (stosunkowo) zdrowych zmysłach utrzymuje mnie czekanie, naturalnie. Co ja zrobię, gdy okaże się, że już nie mam na co czekać? Codziennie wstaję bardzo szczęśliwa, bo to znaczy, że minął kolejny dzień i kwiecień jest coraz bliżej. Pies Gustaw wita mnie z radością i szalonym merdaniem ogona; noc to wiele godzin rozłąki. Bez oporów wskakuje na moje łóżko, układa się w rozkoszny bochen albo precel. Leżymy tak przez chwilę oboje, zadowoleni z życia. Podnoszę się w końcu, a pies Gustaw spogląda na mnie z łagodnym zdziwieniem, nie rozumiejąc, po co; nie rozumiejąc, że nie wszyscy mają tak klawe życie jak on. Mnie w ciągu dnia nastrój spada do poziomu pogodnego rozczarowania i zazwyczaj tam zostaje, a jak się ma pies Gustaw właściwie nie wiem. Ale chyba lepiej niż ja.

Ostatnio przestraszyłam się, że zrobiłam mu krzywdę i rozpłakałam się nad nim w korytarzu, gorąco go przepraszając, a on, nieustająco wesoły, przyglądał mi się jak skończonej wariatce. Ryczałam nawet, gdy uświadomiłam sobie, że nic mu nie zrobiłam, że nic się nie stało. Chyba nad sobą.

29/02/2016

♪ the 1975 - anobrain

Nigdy wcześniej nie doświadczyłam uczucia muzycznego surrealizmu - jestem na koncercie, czuję każdy utwór wyraźniej niż kiedykolwiek i z każdą minutą coraz bardziej mnie to męczy i drażni, bo to nie jest muzyka, której teraz potrzebuję. Wolałabym siedzieć pod kocem ze słuchawkami na uszach i słuchać czegoś zupełnie innego aż do rozerwania bębenków.

Ktoś pyta: Luiza? Poznaje mnie po włosach i ustach.
 
Wychodzę z tłumu, przyglądam się publice, wzdycham i próbuję nie zasnąć (tu usprawiedliwiają mnie trzy godziny snu poprzedniej nocy i zajęcia na uczelni od 9:00 do 16:00). Może ja jestem już za stara, po prostu. Została mi tylko filharmonia, długie suknie i chrapiący mąż we fraku. Z koncertu nie pamiętam nic, bo z głowy od kilkunastu miesięcy nie mogę wyrzucić innych słów i melodii. Nie potrafię z tym wygrać. Nawet nie chcę. I can't give you my soul, 'cos we're never alone.

Jadę daleko, znów jestem niewyspana. Swoim sprytnym oczkiem dostrzegam wolne miejsce. Siadam z zamiarem czytania Snow White (We are not particularly proud of you, but you exist, in some rough way, and that is enough, for our purposes), gdy nagle kaskadą spływają na mnie krople deszczu. Faktycznie okropnie pada i jest obrzydliwie wilgotno, ale żeby od razu przeciekał autobus? Przypadek, myślę naiwnie. Kap, kap, kap. Kolejna kaskada kropli. Przemoknie mi kolano. Największa Kropla na Świecie, widzę ją. KAP. Mokra plama na prawym kolanie.

- Wie pani - zwierza mi się dwunastoletnie dziecko - musimy nauczyć się grać na flecie temat z Gwiezdnych Wojen.

Ktoś postawił w korytarzu przy windach sztuczne drzewko pomarańczowe. Sztuczne liście, idealnie zielone, sztuczne pomarańcze, idealnie okrągłe. Za każdym razem myślę, że to (skradający się) człowiek. Już parę razy powiedziałam mu dzień dobry.

12/02/2016

♪ tourist - placid acid

Napisałam w tym tygodniu ostatni egzamin. Tej samej nocy śnię, że Nathaniel Hawthorne ma swoją kolekcję makijażu, która świetnie się sprzedaje. Cienie, pudry, pomadki, lakiery do paznokci. Niewątpliwie był to egzamin z literatury amerykańskiej. A może amerykańskiej literatury. Nie mam zielonego pojęcia. A może biało-czerwono-niebieskiego... Okej, dość.

(Śni mi się także odwołany koncert oraz otwieranie w środku nocy drzwi półnagiemu, bełkoczącemu i zaćpanemu praktycznie na śmierć nieznajomemu; budzę się przerażona, serce bije z prędkością światła, oddycham głęboko, żeby się uspokoić).

Żelazo podskoczyło z 37 do 82,3. Czuję się najzdrowsza na świecie, co pozwala mi wypić dowolną ilość kawy. Pozwala mi to również z niejakim triumfem w głosie stwierdzić, że i wegetarianie mogą być odpowiednio użelazowieni. Niech żyją natka pietruszki, szpinak, groszek i łuska gryczana. Kolejna ciekawostka dla fanów mojej zapaści: irracjonalnie obawiam się pomalować paznokcie na kolor, który miałam na nich tego dnia, gdy zemdlałam. (Jasnoniebieski).

- Lubię się z tobą spotykać - mówi G. - bo gdy cię słucham, to od razu znajduję usprawiedliwienie dla wszystkich głupot, które robię.
- Ja cię w ogóle podziwiam - mówi G. - że dalej studiujesz, pracujesz na umowę-zlecenie i nie masz pracy na etat. Ja już bym tak chyba nie mogła.
- Myślisz, że będziesz kiedyś miała normalną pracę? - pyta G.

W tym tygodniu ten blog skończy drugi rok. W walentynki, naturalnie. 14. lutego będę na wykładzie z mojej ukochanej metodologii badań literaturoznawczych od 8:30 do 13:30, potem będę uczyć dziecko, a potem idziemy z Mau na spacer i kawę. Czy będziemy się pysznie bawić czy raczej płakać nad swoimi losami? Ziarno niepewności kiełkuje w nas wszystkich.

Nie dowierzam, że wciąż opisuję tę całą swoją codzienność ze skrupulatnością kronikarza. Nie dowierzam, że chce Wam się o niej czytać - jakby nie było Wam dość własnej! - a czasami nawet przyznać, że robicie to z przyjemnością. Wasze miłe słowa to jak... jak... muskające policzek skrzydło motyla. (Moja godność walnęła z głuchym hukiem o podłogę). (Skończyłam dziś czytać Panią Bovary i żadna strawniejsza metafora nie przyszła mi do głowy. Ale już wracam do postmodernistów, będzie lepiej).

Z okazji dwulecia życzę sobie, aby KWD zaczęła wyduszać i osuszać gąbkę po tym, jak umyje naczynia. Aby w ogóle myła naczynia. Oraz pokoju na świecie.

(KWD: Wiesz, co jest bardziej prawdopodobne?
Ja: Tak, wiem. Pokój na świecie.
KWD: You've been a wonderful audience. Thank you. Thank you.)

02/02/2016

♪ you are listening to NASA

Lubię, kiedy zagina się czasoprzestrzeń. Kiedy nie przyjeżdżają autobusy, które powinny, choć czekam już od dwudziestu minut. Gdzie zginął ten z 13:36, co robi tutaj ten, który ma odjechać dopiero o 13:55? Dlaczego on już stoi i czeka, co się stało z tamtym? Co z pasażerami i kierowcą? Rozpłynęli się w niebycie, próżni, przestrzeni kosmicznej? Czy nie trzeba poinformować policji, rodzin zaginionych, rodziny kierowcy? Co się stało z pojazdem, czy nie zmieni to numerów porządkowych wszystkich warszawskich autobusów? Takie rzeczy dają mi nadzieję na to, że ktoś tu się kiedyś zjawi i nas wszystkich uratuje. Bo mnie już się nie chce nikogo ratować.

Człowiek całe życie uczy się rozumu, a i tak umiera głupi, informuje mnie babcia przez telefon. Niewątpliwie zrobiło mi się raźniej, tym bardziej, że byłam tuż po egzaminie z polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Podczas pisania jednego z esejów chyba na chwilę zasnęłam. Kiedy się obudziłam, było już po wszystkim, wróciłam do domu na piechotę, po drodze znalazłam rękawiczkę Batmana.

Nieświadomie muszę być bardzo zdenerwowana, bo codziennie obklejam plastrami palce, które maltretuję do krwi. Mam okropne rany. Dziś, zdesperowana, świeżo rozwalony kciuk wycierałam o plaster, który nakleiłam rano. Ubrudziłam sobie rękę, telefon i mam plamę na torbie. Bebechy na wierzchu, flaki do góry nogami, podłe otępienie, oczy zamykają się same, gdyby tak można było żyć po omacku, na chybił-trafił.

Od kiedy zemdlałam, nie mogę jeść daktyli. Daktyle, które wrzucałam do miski, pokrojone na kawałki i pozbawione pestki, to ostatnie, co zapamiętałam. Potem już ocknęłam się na zimnej podłodze. Sam zapach daktyli wzbudza we mnie niepokój.

Śniło mi się, że moim psychologiem jest mąż Magdaleny Cieleckiej. Wparowała do gabinetu podczas mojej sesji. Pewnie opowiadałam jakieś bzdury o czasoprzestrzeni i daktylach.

20/01/2016

♪ the 1975 - she way out

W niedzielę budzi mnie nieustępliwy alarm. Wstawaj, leniwy gnoju, wita mnie z ekranu telefonu. Co się dzieje, przecież to niedziela? Zastanawiam się, dlaczego w ogóle nastawiłam budzik. Zastanawiam się stosunkowo długo, bo zasnęłam stosunkowo późno.
Ach, faktycznie, mam egzamin.
Egzamin, na który uczyłam się - z bardzo długimi przerwami - sześć godzin (czyli pewnie jakieś trzy), około czterech wczoraj, około dwóch dzisiaj.
Może nie pójdę, w mojej głowie pojawia się idea odważna i dzika. Może pójdę spać dalej, pod kołdrą w Muminki jest tak wspaniale, a świat na zewnątrz jest ohydny. Umówmy się też, że nie czuję się żadnym specem w temacie metodologii nauk literaturoznawczych.
Już prawie obracam się na drugi bok, gdy uświadamiam sobie, że drugi termin może być ustny. A od trzynastego stycznia egzamin ustny kojarzy mi się jedynie z traumą.
Dobrze, dobrze, wstanę. Ale najpierw jeszcze troszkę poleżę i poczytam notatki, ustalam sama ze sobą.
Czytam. Przysypiam; budzę się z kartkami na twarzy. Królowa wdzięku i gracji. Jako że ewidentnie nie ma to sensu (i ja, i egzamin, i egzystencja ogólnie), wstaję naprawdę, kontempluję osiemdziesiąt osiem nowych syfów na twarzy, jedną ręką myję zęby, drugą robię śniadanie. Królowa wdzięku, gracji i wielozadaniowości.
Poczytam notatki teraz, przy śniadaniu. Ledwo trafiam łyżką do ust, ale staram się. Zapamiętuję jeszcze przypadkowe nazwiska (Ignacy Fik) i przypadkowe fakty (quasisądy). Ponosi mnie wyobraźnia i marzę, jak to dostaję pytanie o ulubionego metodologa i z rozmachem opisuję pomysły Ingardena.
Powoli wariuję, co poznaję po tym, że zaczynam uważać się za najzabawniejszą osobę na świecie. Resztkami sił wciągam na siebie dwa swetry (?), spodnie; czapka, płaszcz, rękawiczki, wychodzę. Mieszają mi się informacje, dokumentnie i całkowicie, korci mnie, żeby czytać notatki, idąc do metra, ale kapituluję i słucham muzyki najgłośniej jak tylko się da.
W metrze przez chwilę poważnie rozważam szybką powtórkę, ale daję sobie siana. Muszę być szczera sama ze sobą. Muszę być dla siebie dobra. Wyciągam książkę.
Mnóstwo świeżego śniegu nieco spowalnia moje kroki i przez chwilę chcę potraktować to jako znak, który każe mi wrócić do domu i zawinąć się w koc, ale jestem dorosła, tak czy nie?
Docieram pod wydział mocno już zrezygnowana. Wzdycham ciężko, wchodzę na pierwsze piętro i zasiadam, pogrążona w melancholii, w ostatnim rzędzie w sali 113. Wszyscy w skupieniu i przeszywającej wręcz ciszy czytają notatki, oddychanie wydaje się niegrzeczne. Doskonale wiem, że przeglądanie stosu karteluszków nie da mi nic poza frustracją, ale decyduję się nie odstawać od tłumu. Przeglądam karteczki i zeszycik. Rozwala się, zauważam. W ostatniej chwili wpada K. i pyta, jak nastrój. Posyłam jej nieco kwaśny uśmiech i informuję ją, że tak sobie, na co ona mówi, że to dziwne, bo wyglądam świeżutko.
W końcu nadciąga pani prof. i rozdaje nam testy, jest na nich pięć pytań.
Na dwa pytania odpowiedź znam ot tak, g e n i u s z e k, rozwalam ten test i ratuję świat. (Ingarden i mimesis). Jednak trzy pozostałe pytania nieco psują mi humor.
Zupełnie zapomniałam, czym jest epistemologia. Mam ochotę poklepać się po plecach albo gorzko zapłakać. Albo jedno i drugie. Mogę pisać eseje o ontologii i aksjologii, ale czym była ta zasrana epistemologia? Dobra, zostawiam to. Dalej.
Reguły klasycyzmu i coś tam o regułach romantyzmu. Ślicznie, w ogóle nie pamiętam tych reguł z notatek, ale pamiętam je z liceum, oczywiście. Szkoda, że nie pamiętam ich za wiele, więc powiększam literki, robią się brzuchate. Ale się rozpisałam, kto by pomyślał. Reguły romantyzmu, tu strzelę poemat, przy okazji zahaczę o cel ludzkiego istnienia. Pyszności. Ty to jesteś, Luizko. G e n i u s z k i e m.
Metody genologiczne w metodologii pozytywistycznej. Co to, do kurwy nędzy, są metody genologiczne. Tu troszkę odpływam. Wyobrażam sobie, jak wskakuję na ławkę i wykrzykuję coś podniosłego. Zaczynam śpiewać. Do sali wchodzi dwustu trębaczy. Nie mam nic na obiad. Myślę o rachunku prawdopodobieństwa i rozważam, jakie są szanse, że to zaliczę i w mailu zobaczę naciąganą tróję, a jakie są szanse, że z hukiem to przejebię. Może napiszę wiersz i pani prof. się nie zorientuje, że nie mam zielonego pojęcia, czym są metody genologiczne, tak zachwyci ją mieszanka mnie, Frosta i Bursy z odrobiną Rimbauda. Potem, nareszcie, przychodzi olśnienie. Napiszę wszystko, co wiem o pozytywizmie, a także dodam tu i tam pojedyncze fragmenty z notatek, które przyszły mi do głowy. Inteligencja, wolne skojarzenia, strumienie świadomości, eklektyzm, Nobel. Mniej więcej tak to widzę.
Późnym wieczorem znajduję w skrzynce maila z ocenami. Krzywię się, ale otwieram wiadomość, jestem dorosła, tak czy nie?
Dostałam czwórkę.
G e n i u s z e k.

13/01/2016

♪ hans zimmer - you're so cool

Wstaję, naturalnie po którejś z kolei drzemce. Zrobiło się strasznie zimno, więc z niechęcią ściągam się z łóżka, wkładam bluzę (tył na przód, jak się okazuje w lustrze) i idę do łazienki. Telefon nagle rozbłyska, a na nim wiadomość: David Bowie nie żyje.
Niech to szlag.
Na poważnie i naprawdę zaczęłam go słuchać kiedy wiadomo było, że nie ma już szans na żadną trasę koncertową. Nie przeszkadzało mi to jednak w niczym - po prostu byłam przeszczęśliwa, że Bowie jest, a ja potrafię go docenić. David Bowie nigdy nie był kimś, kogo słuchałam zrozpaczona przez pół nocy, rozkładając jego utwory na części pierwsze. Nigdy nie towarzyszył mi w ważnych dla mnie chwilach. Nigdy gorączkowo nie powtarzałam w myślach tekstów jego piosenek. Bowie był dobrym tłem do codziennego życia, a bycie dobrym tłem do codziennego życia jest jeszcze trudniejsze niż bycie dobrym tłem do wydarzeń, które trwale zapisują się w głowie. Pewnie, odpowiednio przechodziłam wszystkie Bowie-fazy, włącznie z rysowaniem krzywej jak jasna cholera błyskawicy przez pół twarzy. Być jak Bowie, to dopiero coś.
Jest mi okrutnie przykro. Okrutniej, niż spodziewałam się, że będzie.
Potem pomyślałam o tym, że kiedyś na pewno umrze Prince.
Zbieranie się po śmierci kogoś, kogo w jakiś durny, infantylny sposób uważa się za nieśmiertelnego, jest przerażające, niepojęte. Bo umrze mama, Żaba* i Agata, ale żeby umarła Joan Didion, umarł Tom Waits albo Tom Wolfe? Legendy są przecież Nietykalne i zrobione z Innego Tworzywa. Ono nie powinno się psuć.
Moja ulubiona piosenka Davida to Young Americans.

Jako że jestem władczynią czasu, a czas nie istnieje, znajduję się właśnie we wtorkowej nocy, próbuję zrobić milion rzeczy jednocześnie, pisać esej, kończyć bibliografię, czytać Queer Burroughsa (Lee wzbudza moją sympatię, wydaje mi się to dość niebezpieczne), nauczyć się wszystkiego o amerykańskim społeczeństwie - a może społeczeństwie amerykańskim - niestety zupełnie nie pamiętam kolejności słów w języku polskim.
Rozmawiamy ostatnio często z KWD o marnotrawieniu czasu (choć skoro faktycznie nie istnieje, czy można go marnotrawić?): wstajesz rano, żeby znów się umyć, choć myłeś się wieczorem, jesz śniadanie w miseczce, którą myłeś wczoraj, bo w czym zjesz dziś śniadanie, ponownie myjesz miseczkę, wkładasz ubrania, które przedtem musiałeś uprać i dziś też będziesz musiał, bo w czym pójdziesz - już chyba pojutrze, zależy od liczby ubrań i delikatnej kwestii potliwości - do pracy, ścierasz kurze z półek, choć ścierałeś je dwa dni temu i tak w kółko, wieczny taniec wokół własnej osi, piruety powtórzeń do wyrzygania. To jest ostateczny koszmar. I jakoś go znosimy, ku mojemu nieustającemu zdziwieniu. W imię czego? Może po prostu nie wiemy, że utknęliśmy w koszmarze. Średnio strawna ta metafizyka o 01:29.

Nie było lepiej o 14:15, kiedy to stłoczyliśmy się w sali 317, by posłuchać wykładu na temat State Department. Przynajmniej skończyłam Queer (siedziałyśmy z tyłu). Potem grzecznie staliśmy w kolejce po podpis za obecność, a ktoś zaczepił mnie i zapytał, czy przypadkiem wiem, jak nazywał się ten wykład. Nie znoszę studentów. Chcemy zrobić wszystko jak najmniejszym kosztem, przysypiając w środkowym rządku i kradnąc notatki od starszych roczników. Wypiłam z Weroniką dwie kawy, a na pasach prawie przejechał mnie samochód. Udało mi się zapisać na Wymarzone Seminarium, zjadłam siedem czekoladek przyozdobionych twarzą Myszki Miki (a może to była Minnie) i nadal próbuję nauczyć się wszystkiego o amerykańskim społeczeństwie - a może społeczeństwie amerykańskim. Umiarkowanie mi się nie chce. Przysięgam, że ten blog jest gorszy niż Ulysses.

Amerykańskie społeczeństwo - czy też społeczeństwo amerykańskie - rozumiem według Sz. P. Dr na czwórkę. Skoro jesteśmy już w popołudniowej środzie, muszę iść do pracy i wypić dużą kawę. Czuję się z tym rozdrobnionym czasem prawie jak Italo Calvino. Metafizyka, metafikcja, metaczas. (Meta)nieźle, co?


*Żaba zamierza umrzeć przede mną, bo zaklepała mnie sobie jako wodzireja na jej pogrzebie. Będziemy się pysznie bawić, gdy będę opowiadać upokarzające ją historie.

02/01/2016

♪ the naked and famous - the mess (the 1975 remix)

24. grudnia 2015
Jest 8:20 rano i po dworcu kręci się nas garstka, garsteczka. 24. grudnia nie należy być na dworcu, należy być w domu i kłócić się o ubieranie choinki albo krojenie warzyw na sałatkę jarzynową.
Pociąg jest właściwie pusty. Rozwalam się na dwóch siedzeniach, nikt mi nie przeszkadza, słońce razi w oczy tak, że chowam się w płaszczu i udaje mi się zasnąć na parę minut, na błogie parę minut, kiedy nie muszę dumać nad marnym losem, który sama sobie zgotowałam, a już niedługo, już za chwileczkę, trzeba będzie stawić temu pseudodramatowi czoła i postarać się nie zemdleć kolejny raz (postanowienie na 2016: użelazowić się).
Przesiadam się w Gdyni, zaliczam szybki spacer do Starbucks. Z dworca do Armii Krajowej 28 idzie się około 15 minut z ciężką walizą, w której są prezenty i dwa ciasta (chleb bananowy i brownie piernikowe) - jedno spada na dno torby pewnie kiedy chodzę po wyboistej Gdyni i widzę wielką kolejkę przy barze mlecznym na Starowiejskiej, mijam pozamykane banki, pootwierane kawiarnie, nikt się już nie spieszy, tylko ja. Sądziłam, że moja wielka wyprawa przez gdyńskie ulice zajmie mi więcej czasu, ale po powrocie na dworzec okazuje się, że wciąż muszę czekać godzinę na kolejny pociąg. Mam szczęście, znów dwa siedzenia są tylko dla mnie, znów mogę się na nich rozwalić, nikt mi nie przeszkadza, słońce razi w oczy tak.

Pod choinką jest tyle prezentów, że ledwo widać drzewko. Zjadam osiemnaście tysięcy pierogów, a po kolacji bliscy urządzają mi urodzinowe przyjęcie niespodziankę, moja mama wnosi wielki i puchaty tort do pokoju, a wszyscy śpiewają sto lat. Chowam twarz w dłoniach i ryczę jak kretynka.

- Nie wiem, jak otworzyć tę ciężarówkę - rozkładam bezradnie ręce przed trzyletnim szkrabem, moim Całkiem Nowym Kuzynem.
- Musisz tu odblokować - instruuje mnie.
- Już odblokowałam, ale nie wiem, co zrobić z tymi ściankami, chyba zawołamy tatę, co?
- Przecież jesteś dorosła - odpowiada niewzruszenie berbeć.
Jestem. Pewnie, że jestem.

25. grudnia 2015
Tuż przed zaśnięciem hałas narasta. Dźwięki z całego dnia skumulowane w okropną wibrującą chmurę ładują się do moich uszu, słyszę dżingle reklamowe, przerywniki w radio i piosenki, o których myślę. Robi się coraz głośniej, wydaje mi się, że tego nie zniosę i właśnie w tej chwili odpływam, błoga cisza pojawia się znikąd i gwarantuje mocny, dobry sen.

Przyglądam się jak mój Całkiem Nowy Kuzyn bawi się z moją mamą. Chce wycinać, kleić, rysować i naklejać naklejki. Wyłącznie w towarzystwie.
- Też się tak bawiłam? - pytam zaciekawiona.
- Ty zawsze chciałaś sama - odpowiada mama. - Poza tym nie interesowały cię żadne zabawki, tylko książki.
Ja jestem jego podręcznym słownikiem języka angielskiego. Jak jest po angielsku krzesełko, książka, nalepka, latarka, mandarynka? Fałszujemy, podśpiewując wspólnie Jingle bells, bo on pamięta tylko dwa pierwsze wersy.

26. grudnia 2015
Strasznie leje. Kiedy wchodzę na strych po coś z niekończących się zapasów (pomidory, cukinia, miodownik, ogórki, makowiec, klementynki), słyszę, jak deszcz bębni o dach, mocno, agresywnie i nieustępliwie. Pewnie nie pojedziemy nad morze.

27. grudnia 2015
Jedziemy nad morze! Wiatr spycha spacerujących z chodników, zawiewa włosy na twarz, Bałtyku prawie nie widać. Ludzi jest mniej, niż się spodziewałam - nawet na molo - pogoda nie zachęca i jest niepewna. Moja Już Nie Taka Nowa Kuzynka informuje mnie, że mam nieskazitelną twarz i jestem dla niej Kobietą Renesansu oraz że chciałaby być taka jak ja. Mówię jej, że to nie jest najlepszy pomysł. Morze jest na tyle spokojne, że długo zajmuje mu zmycie śladów, które zostawiam na wilgotnym piasku.

*

30. grudnia 2015
Idziemy z Wojteczkiem do kina na Moje córki krowy (jest trochę Marcina Dorocińskiego). Bardzo dobry film. Ojciec córek krów ma (TO CHYBA SPOILER) raka mózgu. Palcami wystukuję równy rytm na oparciu swojego niewygodnego kinowego krzesełka, przez chwilę nie patrzę na ekran.

31. grudnia 2015
KWD charczy owinięta w koce i Gustawa. Ja upiekłam dwa ciasta (ciasto czekoladowo-bananowe i murzynek z polewą). Czekamy na gości i na naszego kameralnego sylwestra. Objadamy się tak, że z ledwością przenosimy się z kuchni do pokoju. Podsumowujemy 2015 i okazuje się, że to był dla nas dobry rok. Film 2015, piosenka 2015, odkrycie muzyczne 2015, to też są ważne rzeczy! Omawiamy cały rok, każdy jego aspekt, który przyjdzie nam do naszych umęczonych głów. O północy wznosimy toast mołdawskim winem musującym, jest pyszne, jak gdyby nigdy nic wracamy do dyskusji o 2015 i zastanawiamy się, czego sobie życzyć na 2016. Przełomu. Przełom jest zawsze potrzebny.

Trochę Warszawy, Zakopanego, Foo Fighters, wypieków, Muminków i mnie. Oto 2015.