20/12/2015

♪ b i g s l e e p - ghosts

- Ma pani świetne wyniki, poza żelazem. Żelazo jest bardzo niskie. Unika pani mięsa?
No i klops, sojowy.
- Mmm... jestem wegetarianką.
/wstrzymać oddech/
- Ludzie są mięsożerni, proszę pani. Minie jeszcze wiele lat ewolucji, zanim odzwyczaimy się od jedzenia mięsa, na pewno jeszcze nie teraz.
Przygrywa orkiestra dęta, pożerając weselne kurczęce uda.
- Mmm.
Ciekawe jak by zareagowała, gdybym teraz wstała i zrobiła fikołka na środku gabinetu.
- Proszę suplementować żelazo i wrócić za miesiąc na badania krwi.
Po południu pojechałam do Żaby i jadłyśmy wegańską pizzę z burakiem. Oglądałyśmy głupie programy i poszłyśmy spać. Niedobór żelaza to pyszna wymówka na wszystko: nie pójdę na uczelnię, nie będę uczyć się na egzamin, nie ugotuję obiadu, nie posprzątam, nie odbiorę telefonu, nie odpiszę na żadne wiadomości, już nigdy.

Od kursantki z okazji świąt dostałam aniołka z czekolady (figurka z mlecznej czekolady pusta w środku), bo kocha zajęcia ze mną. Chciałabym być takim aniołkiem z czekolady; ktoś by wziął i mnie zjadł i byłoby po wszystkim, a tak to trzeba jeszcze trwać, prawdopodobnie nieskończenie długo - przecież łykam żelazo i jem tyle pietruszki, że nać wkrótce zacznie mi wychodzić uszami. Wyglądam już lepiej, bladość nie jest chorobliwa, nie boli mnie podejrzanie głowa, choć nadal prawą część twarzy muszę traktować wyjątkowo delikatnie, nie jestem bezczelnie wyczerpana. Uosobienie, przytłoczonej nieco, radości, która spogląda na świat spod półprzymkniętych powiek i stara się nic nie rozumieć, żeby się nie męczyć.

Poszliśmy z Wojteczkiem na ciasto, kawę (nie wolno mi) i na spacer. To skandal, że w grudniu noszę jesienny płaszcz, pod nim mam tylko cienką niebieską/granatową/kobaltową bluzkę, a czapkę miętoszę w ręku. Gdzie zaspy śniegu, oblodzone chodniki i Buka, czająca się za rogiem? Nie podoba mi się to. Podoba mi się tylko ciemność, zaczynająca się o godzinie piętnastej.

Zaprzyjaźniliśmy się z wiewiórką. Uciekała od dzieci, które chciały zwabić ją na zrozpaczoną basiębasiębasię, a ona biegła za nami. Skręciliśmy w lewo.

Basiabasiabasia. Pięknie pozowała profilem.

She would imagine the various bacteria waiting in each block of ice. She counted bacteria instead of sheep.
- A Book of Common Prayer, Joan Didion
Zasypiam o 22:30, budzę się dwie godziny później i trwam w niebycie do 4:00 albo i 5:00, zrywam się przed budzikiem, który nastawiony jest na parę minut po ósmej. Czy to potrwa, dopóki nie zemdleję kolejny raz i nie obiję się cała po lewej stronie, dla odmiany?

Próbowałam znaleźć swoje postanowienia na rok 2015. Nie pamiętam, gdzie je zapisałam, nie ma ich w moim kalendarzu (w miejscu na notatki przekrój cytatów od Updike'a przez Witkaca do Husserla i Heideggera, strasznie ze mnie pretensjonalny snob; jest jeszcze lista zakupów na przyjęcie urodzinowe, spis wszystkich stanów USA i proste rosyjskie słowa, żeby nie zapomnieć cyrylicy), czy były na osobnej kartce? Jeśli tak, gdzie ona jest? Było ich dziesięć albo piętnaście. W tym roku nie postanawiam niczego, bo można się od tego tylko pochorować.

- Jak zamierzasz udowodnić, że ci bohaterowie z książek faktycznie odczuwają pustkę i napisać o tym pracę magisterską?
- Nie mam zielonego pojęcia - odpowiadam, przesuwając rodzynki po talerzyku, otwierając małą paczuszkę cukru i rozsypując go po znużonych rodzynkach. - Naprawdę nie wiem.

09/12/2015

♪ the 1975 - medicine

Jestem bardzo zmęczona.
Nogi mam miękkie, nie mogę ustać prosto. Mam wrażenie, że albo nigdy nie usiądę, albo nie wstanę. Że oprę się o tablicę i rozpłaczę. Z pracy wychodzę wyczerpana, wykończona, wycieńczona. Boli mnie głowa i ciągle chcę spać, ale nie mogę, bo muszę uczyć innych, uczyć siebie, pisać esej. Mam szramę pod prawą brwią. Kładę się do łóżka i nie mogę zasnąć. Dramacik w jednym akcie. Nużącym i przydługim akcie.

Omdlenie i zapaść, R55. Zapaść brzmi okropnie, jak wyrok, śmierć, koniec.
Zemdlałam w zeszłym tygodniu, brzydko obijając sobie prawą stronę ciała. Nie mogłam na niej spać, bolała mnie twarz, bolały mnie dziąsła. Zdarta skóra nad ustami i siniaki. Gdyby nie Żaba, która mnie ukoiła w ten straszny dzień, i KWD, która sprawdzała, czy oddycham, nie wiem, co by się stało. Leżałabym na tej podłodze w kuchni ze spuchniętą szczęką, aż blok rozpadłby się na drobne kawałki, a mnie rozdziobały kruki i wrony.

Badania krwi, neurolog, kardiolog, EKG. EKG, które jest gówno warte. Ciśnienie w porządku, źrenice dobrze reagują, pani doktor ma na sobie foliowe jednorazowe rękawiczki, elektrody są zimne. Wydaje mi się, że jestem przezroczysta. Czuję ucisk w klatce piersiowej, nie wiem, czy będę miała za chwilę zawał, czy to nerwy, czy to wszystko, o czym starałam się zapomnieć, zdecydowało się wyjść, przywalić mną o ziemię i nie pozwalać zasnąć. 

Próbuję, pewnie, że próbuję. Zastanawiam się, dlaczego niektóre mandarynki są w papierku, a inne nie. Piekę i gotuję. Czytam Didion i myślę, jak wspaniale byłoby nią być. Kupuję świeżo wyciśnięty sok anty-stres, bo nie będę się przecież stresować. Wmawiam sobie, że kawa nie istnieje. Nie zapominam o płynie do płukania, uzupełniam kalendarz na przyszły rok, maluję paznokcie, nie sprawdzam maili, nie załapuję się na seminarium, bo pada USOS. Server error.

Czekam na ratunek. Na zbawienie. Na cud. Nie mogę tego wytrzymać. Nie mam pojęcia, jak przywrócić poprzednie proporcje czasowi, którego w ogóle już nie kontroluję. Może nie powinnam, ani jednego, ani drugiego. 
Przyjmuje pani zaproszenia na fejsbuku od swoich uczniów? Niezdrowo wyglądasz. Jesteś strasznie blada. Wyglądasz na bardzo zmęczoną.
Jestem bardzo zmęczona.