18/10/2015

♪ twin shadow - turn me up

- Ustaliła już pani, jaki to mit Witkacego?
- Ćpun, kretyn, idiota, nie wie, o czym pisze.
Myślę tylko o tym, że rozorałam sobie pół twarzy, chce mi się spać, jestem głodna, włożyłam koszulę, której rękawy ubabrałam i nie uczesałam włosów. A stoję na środku sali i prowadzę dywagacje na temat swojego doktoratu. Którego fizycznie nie ma, dodajmy. Istnieje tylko w mojej głowie.

W takich sytuacjach zastanawiam się, dlaczego ludzie, gdy wchodzę do sali i zaczynam perorować o wymowie palm czy o tym, jak tworzy się passive voice, decydują się mi zaufać. Przecież wyglądam jak rozczochrany żul. Sama na swój widok zapewne bym uciekła. Oto właśnie mój problem - w wakacje w sali obok mnie lekcje prowadziła niesamowicie elegancka lektorka. Zawsze na obcasie, w spódnicy, z nienagannie ułożoną fryzurą. Ja, oczywiście, chodziłam w dresie, trampkach i koszulce z Witkacym. (Witkacy na zawsze.) I pamiętam, że pewnego dnia, w ten cholerny, masakryczny upał, weszłam podczas zajęć do łazienki, by umyć ręce, a ona przed lustrem poprawiała szminkę koloru koralowego.

- A pani dlaczego czytała rozprawy doktorskie?
- W poszukiwaniu taniej sensacji. Kojarzą państwo Marka Goliszewskiego?

Gdy marznę późnym wieczorem na przystanku, przypominam sobie o czterdziestu stopniach i od razu mi lepiej. Tęsknię jednak za dwiema wakacyjnymi rzeczami: tęsknię za uczuciem roztapiającego się asfaltu pod stopami - jedyna chwila, gdy zostawiasz po sobie trwały ślad na tej ziemi - i za uczuciem ulgi, która na mnie spływała, gdy po skończeniu zajęć wchodziłam na Pole Mokotowskie i otaczał mnie nagły chłód i nagła, kojąca ciemność.

- Wiesz, że zmienili wymagania? Sprawdź zasady otwarcia przewodu doktorskiego. Teraz najlepiej byłoby wydać książkę.

Czy mogłabym wydać tego bloga jako książkę? Czy ten blog nadałby mi tytuł doktora? Oto prawdziwy test dla każdego blogaska. Czy dzięki opowiadaniu o tym, jak nie chcesz być stara, bo starzy ludzie pachną wilgocią i śmiercią, można zostać doktorem?
Darujmy sobie odpowiedź na to pytanie.

12/10/2015

♪ d'angelo - higher

Zaczynają się już. Glutowe arie operowe. Nie słyszę, co mówi wykładowca, ponieważ co chwila ktoś głośnym smarkiem udowadnia swoją obecność. Lub kaszelkiem z głębi trzewi. Ktoś musi sięgnąć po chusteczki higieniczne dziesięć sztuk w opakowaniu i wyjść z sali, bo złapał go glut gigant, więc przechodzi przez ludzi i zamyka drzwi z trzaskiem. Gdy wchodzi z powrotem do środka, też zamyka drzwi z trzaskiem. A ja pytam, jaki był odsetek samobójstw wśród kalwinistów (zadziwiająco niski; lubili cydr).

Dobrze jest być znów studentką. To obecnie jedyna rzecz, dzięki której zachowuję jako taki balans. Naprawdę nie potrafię w życiu robić nic poza uczeniem siebie i uczeniem innych. Chciałabym, czasem marzę w metrze, gdy nie mam żadnych assigned readings, być korpodziewczyną. Pracować od 8:00 do 17:00, wracać do domu i zapominać. Trzepać te 2500 (brutto) jako junior, może 3500 (brutto) jako senior. Może miałabym już kredyt i kawalerkę na Targówku Fabrycznym. Może miałabym ekspres do kawy i ajfona sześć plus. Na pewno nie męża. Miałabym to wspaniałe ustabilizowane życie, które śni się ludziom po nocach, i mama byłaby dumna. 

Stabilizacja. Na samą myśl o tym słowie cofa mi się obiad sprzed tygodnia (pewnie zupa cukiniowa).

By uratować swoją rozklekotaną duszę przed zapaścią ostateczną, pojechałam do Elżbiety, żeby na leżakach ("park przy Starym Browarze") puszczać bańki i grzać się w ostatnim słońcu. Żeby przekonać się, że wszystko, co chciałyśmy odwiedzić, jest zamknięte. Żeby Elżbieta pogubiła prezenty, które jej przywiozłam (znalazły się dwa dni później!). Żeby łazić po Wildzie i prawdopodobnie spotkać tam kogoś. Żeby patrzeć, jak ładnie odbija się świat w fontannie ("park przy fontannie"). Żeby wypić najgorszą kawę w życiu w nowo otwartym miejscu niedaleko dworca.

Elżbietko, żywię dużo dobrych uczuć wobec Ciebie.

Tydzień później Elżbieta z Tomaszem przybywają do Warszawy. Tym razem nic nie jest zamknięte, bo wszystko jest zajęte, a starsza pani w pomarańczowych szatach zajmuje całą kanapę i dwa stoliki. Gdy wychodzi, szybko rzucamy się na wygodniejsze miejsca i zauważamy, że starsza pani zostawiła pół kawałka tortu czekoladowego (gluten free). Namawiamy Tomka, żeby zjadł. Trochę się krępuje. Nie je. Cienias! Ja puszczałam bańki w komunikacji miejskiej! Elżbieta przywozi mi kolejne zdjęcie do kolekcji oraz przepyszny blok czekoladowy, który w amoku zjadam, nie bacząc na ból zęba. Ząb zaczął boleć od razu po moim powrocie z Poznania. Przypadek? Doprawdy nie sądzę. Pewnie to kara za grzechy (nie opuszcza mnie kalwinistyczna aura, jak widać).

Bardzo się boję, że sobie nie poradzę. Nieradzenie sobie jest czymś, co przeraża mnie prawie tak samo jak wojna, a wojna to coś, co przeraża mnie najbardziej na świecie. Tymczasem przybieram dziarską minę, maluję usteczka i idę pokazać kursantom, jaka jestem super i sprawić, że rok ze mną będzie najlepszym rokiem w ich życiu.