24/09/2015

♪ wale - the girls on drugs

Budzę się i jest mi bardzo miło, bo miałam bardzo miły sen. Śniło mi się, że mam psa. Wspaniale jest mieć psa we śnie, bo pies we śnie nie śmierd pachnie psem, nie je, nie robi kupek, nie zostawia sierści na sweterkach, nie trzeba go odrobaczać.
A potem robi mi się jakby nieswojo i powoli dociera do mnie kolejny sen minionej nocy, mianowicie: Jan Wieczorkowski odłączający doktora House'a od kroplówki i wyrzucający jego ciało przez okno, prosto do rzeki.
Jeśli potraktować doktora House'a jako mój doktorat, miałoby to resztki sensu. Jeśli nie, to kwalifikuję się do leczenia zamkniętego.

Wyobraźcie sobie, że nareszcie porozmawiałam z moim opiekunem naukowym na rozmaite tematy. Brak głębszych przemyśleń.
- Napracowała się pani - mówi sz. p. prof. z lekkim przekąsem, przeglądając moje sprawozdanie za rok akademicki 2014/2015.
- Owszem - odpowiadam, czując, że pocę się jak dziki świniak.
- A jak w ogóle pani idzie ten doktorat? - pyta nonszalancko, podpisując się na dostarczonym przeze mnie stosie papierów.
- Wybornie - odpowiadam, czując, że pocę się jak dziki świniak.
- Oczywiście. Tutaj akurat coś mógłbym jeszcze dopisać...
- Nie marnujmy pana talentu - mówię, czując, że pocę się jak dziki świniak.
- A wie pani, w ten weekend będę spacerował uliczkami Lizbony.
Na samą myśl o uliczkach Lizbony pocę się jak dziki świniak.
- No, wynocha - żegna mnie sz. p. prof., bardzo z siebie zadowolony.
Obiecałam, że przyniosę mu porównanie oryginału i tłumaczenia Szewców. Na szczęście nie sprecyzowałam daty oddania.

Pierwszy dzień jesieni to również pierwszy dzień mojego przeziębienia. Boli głowa, szumi w uszach, drapie w gardle. Leżę więc krzyżem na łóżku (w koszulce Prince'a) i marzę o rychłym końcu wszechświata. Mam gęsią skórkę z zimna. Czekam. Zastanawiam się, jaki jest sens istnienia. Do tej pory nie przeczytałam Heideggera, do tej pory więc nie wiem. Po co w ogóle wstawać co rano i kichać w metrze. Zacinać się nożem przy krojeniu warzyw i patrzeć, jak sączy się krew; przecieka plaster w statki kosmiczne i planety. Udawać, że chce ci się z kimś gadać. Tracić na kogoś czas. Pić kawy w knajpach. Męczyć struny głosowe, wyjaśniając, że w języku angielskim można używać czasów przeszłych, by odnieść się do przyszłości i teraźniejszości. Mój repertuar obejmuje mierzenie sobie temperatury przynajmniej raz dziennie i nieustanne sprawdzanie wielkości węzłów chłonnych.

Przemawia Philip Larkin:

This Be The Verse

They fuck you up, your mum and dad.
They may not mean to, but they do.
They fill you with the faults they had
And add some extra, just for you.

But they were fucked up in their turn
By fools in old-style hats and coats,
Who half the time were soppy-stern
And half at one another's throats.

Man hands on misery to man.
It deepens like a coastal shelf.
Get out as early as you can,
And don't have any kids yourself.

Dobranoc.

12 comments:

  1. Ostatnio również kontempluje sens życia. Serio, jakiś depresyjny zbieg okoliczności. Przy czym nastrój mam raczej radosny i cieszą mnie małe rzeczy i inne takie, wiesz, robie plany i rozmawiam z ludźmi. Tyle ze po kiego chuja tak w gruncie rzeczy?

    Wygrałam zawody krokowe w pracy. Kompletna paranoja.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Rozmawiasz z ludźmi? Jak Ty to robisz?

      Gratuluję.

      Delete
  2. Jak kwestionujesz sens życia to przypadkiem nie sięgaj po "Drogę" McCarthy'ego (ani po ekranizację), bo miałam po niej poważną depresję przez parę miesięcy (to znaczy, nie, że kliniczną i z niewychodzeniem z łóżka, ale nie mogłam się otrząsnąć ze zwątpienia "po co to wszystko"). Jeśli kiedyś już to u Ciebie pisałam, to przepraszam, że się powtórzę, ale - wydaje mi się, że problem naszego pokolenia (bo odrzucam myśl, że możemy być pokoleniami odrębnymi, Ty i ja), polega na nadmiarze możliwości. Jest za dużo informacji, za łatwo dostępnych (ale jednocześnie w ogóle niedostępnych) miejsc, ludzi, perspektyw na przyszłość. Jest tego tyle, że czuję się przytłoczona i uciekam w swój niezadowalający kokon: pracy, w której niewiele mnie może zaskoczyć (ale frustrującej i kiepsko płatnej), domu, w którym nie chce mi się sprzątać (ale jest czterema ścianami, w których mogę poruszać się po omacku), miasta, które zmienia się, ale mnie nie ekscytuje, wszystkich tych sytuacji, które muszę kiedyś w końcu zmienić, ale jeszcze nie teraz (i rok temu też nie, może za pół, a może nigdy). I tylko co jakiś czas uderza mnie myśl, że jestem tak kurewsko bystra, bystrzejsza niż wielu ludzi, którzy mają się lepiej niż ja, a marnuję się ze strachu przed zmianą.

    I pan Larkin, jakkolwiek ładnie ujął myśl, też - moim zdaniem, z mojej perspektywy, nie ma racji. Świadomość własnych obciążeń i niedoskonałości jest bardzo cennym krokiem do przerwania takiego wstrętnego łańcuszka. Taką mam nadzieję.

    Luizo, wiesz, czemu jesteś chora? Ja, niestety, wiem. Zaraziłam Cię przez Instagram. To jest Apokalipsa lotnego wirusa. Zdrowiej, koleżanko.

    ReplyDelete
    Replies
    1. ... był to komentarz z serii "kochany pamiętniku".

      Delete
    2. Sięgnę. McCarthy jest na mojej odwiecznej liście "czytaj, ignorancie", więc sięgnę. Ale ponoć każda jego książka to sieka dla psychiki.

      Masz absolutną rację. Strach przed zmianą paraliżuje najbardziej.

      Błogosławię Twoje potomstwo już teraz.

      A JA CI OFEROWAŁAM ZUPĘ! Chrzanię ten internet i takie podstępem zarażające koleżaneczki. Apfe! Apsik!

      (... był on również bardzo piękny.)

      Delete
    3. madam z., serio „Droga” tak dobija? miałam ją zacząć niebawem, ale w połączeniu z ponurą jesienią to może być nie do przełknięcia. może lepiej wrócę do jakiegoś kochanego błazna typu Douglas Adams.

      Delete
    4. Agata, nie wiem, mojego męża nie tknęła w ten sposób. Ale jak skończyłam (oglądać, bo czytałam później, ale ekranizacja jest bardzo wierna), to mnie dopadło bardzo silne poczucie kompletnego bezsensu, wpadłam w jakiś stupor. Chociaż wydźwięk tej opowieści jest (chyba) zupełnie odwrotny. Myślę, że warto "Drogę" poznać, ale trzeba sobie uświadomić, że to bardzo, bardzo realistyczna postapokalipsa. Nie wiem, może wejdź w nastrój łagodnie, "Bastionem" Kinga i dopiero później "Drogę". Albo po prostu uważać, w jakim ogólnym stanie psychicznym po to sięgasz?
      (Adams oprócz "Autostopem..." miał kupę fajnych, ciekawych i mądrych felietonów, są zebrane w "Łososiu zwątpienia", czytałaś?)

      Delete
  3. Przykro mi z powodu doktora House'a.

    ReplyDelete
  4. jakie przeziębienie, wtf, hola hola! a zdrowa już jesteś? a zaraź mnie tylko.
    a na serio, mam tygodniowego laga przez wyjazd i dopiero dziś to czytam. jak sie czujesz? dasz radę przyjechac na sernik?

    a pamiętasz że jan wieczorkowski grał kiedyś w klanie? to jest moja pierwsza myśl jak widzę nazwisko wieczorkowski. a zaraz po nim idzie bozenka, tj. ta dziewczynka co najpierw grała bożenkę a potem zniknęła.

    kiedy masz pierwsze zajęcia?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Moja droga, jestem zdrowiutka niczem rybka, więc przybywam bez zmian. Sorry!

      Pamiętam, przystojniaczek był z niego. Ja najbardziej z Klanu pamiętam jednak Kaję Paschalską; była taka super.

      W czwartek! Plus ekstra super specjalne szkolenie biblioteczne. Wszystko opowiem (sorry! [2]). Ponoć mamy mieć 20 stopni, koleżanko.

      Delete
  5. wieczorkowski to cienias. ja w moim ostatnim śnie zabiłam, ugotowałam, a nastepnie zjadłam dwójkę dzieci. who's the winner?

    ReplyDelete