30/09/2015

♪ the 1975 - head.cars.bending

- O, co to? - pytam moją dwunastoletnią uczennicę, wskazując na fioletową pieczątkę well done, obok której widnieje fioletowa uśmiechnięta minka.
- Pani zaczęła nam stawiać pieczątki za aktywność na lekcji... - mówi z wahaniem w głosie.
- I co ty na to?
- Czy ja wiem. To takie... dziecinne.

Ktoś nieustannie wierci w ścianie, suficie, podłodze. Każda sekunda wiercenia w ścianie, suficie, podłodze wwierca mi się w mózg. Od godziny ósmej rano do godziny ósmej wieczorem. Dokąd ten ktoś chce się przewiercić? Gdy wiercenie na chwilę zamiera, słyszę miarowe łupanie techniawy zza okna. Chwilami słyszę i wiercenie, i miarowe łupanie techniawy zza okna. To wyraźnie mi uświadamia, że żyję.

Na początku myślisz, że ci niedobrze. Że będziesz rzygać. Gorycz w ustach, ciężar w brzuchu. Trudniej się oddycha. Masz wrażenie, że nie wstaniesz, nie podejdziesz do drzwi i nie wysiądziesz, tylko do końca życia będziesz jeździć metrem. To nie jest grypa żołądkowa. To jest bliżej niesprecyzowane uczucie, które dręczy. Może to smutek. Może to niechęć. Obrzydzenie. Złość. Czasami myślisz, że się rozpłaczesz, ale nie możesz, bo musisz umyć naczynia i zrobić pranie, bo masz zajęcia, bo uczysz innych, co to inwersja, bo idziesz na uczelnię, bo robisz notatki i przemoknie zeszyt; rozmaże się pióro. Drżą ręce, nogi i usta, ale to z zimna, tak sądzisz, wystarczy, że napijesz się kawy, zgodnie z zaleceniem Ping Pong Barbary, która cię odwiedziła, na podwójnym espresso, rozgrzejesz się i wszystko wróci do normy. Nadzieja jest płonna.

Uczniowie lubią rozmawiać ze mną na różne tematy, nie tylko na te związane z gramatyką i słownictwem. W końcu uczę ich tyle czasu; jesteśmy prawie kumplami. Musisz lubić ludzi, skoro jesteś nauczycielką, prawda?, pytają albo swobodnie stwierdzają fakt. Nienawidzę ich, odpowiadam z kamienną twarzą.
Kursanci wybuchają śmiechem. Niezły żarcik.

There are these two young fish swimming along and they happen to meet an older fish swimming the other way who nods at them and says:
"Morning, boys, how is the water?"
And the two young fish swim on for a bit, and then eventually one of them looks over at the other and goes:
"What the hell is water?"

- David Foster Wallace

24/09/2015

♪ wale - the girls on drugs

Budzę się i jest mi bardzo miło, bo miałam bardzo miły sen. Śniło mi się, że mam psa. Wspaniale jest mieć psa we śnie, bo pies we śnie nie śmierd pachnie psem, nie je, nie robi kupek, nie zostawia sierści na sweterkach, nie trzeba go odrobaczać.
A potem robi mi się jakby nieswojo i powoli dociera do mnie kolejny sen minionej nocy, mianowicie: Jan Wieczorkowski odłączający doktora House'a od kroplówki i wyrzucający jego ciało przez okno, prosto do rzeki.
Jeśli potraktować doktora House'a jako mój doktorat, miałoby to resztki sensu. Jeśli nie, to kwalifikuję się do leczenia zamkniętego.

Wyobraźcie sobie, że nareszcie porozmawiałam z moim opiekunem naukowym na rozmaite tematy. Brak głębszych przemyśleń.
- Napracowała się pani - mówi sz. p. prof. z lekkim przekąsem, przeglądając moje sprawozdanie za rok akademicki 2014/2015.
- Owszem - odpowiadam, czując, że pocę się jak dziki świniak.
- A jak w ogóle pani idzie ten doktorat? - pyta nonszalancko, podpisując się na dostarczonym przeze mnie stosie papierów.
- Wybornie - odpowiadam, czując, że pocę się jak dziki świniak.
- Oczywiście. Tutaj akurat coś mógłbym jeszcze dopisać...
- Nie marnujmy pana talentu - mówię, czując, że pocę się jak dziki świniak.
- A wie pani, w ten weekend będę spacerował uliczkami Lizbony.
Na samą myśl o uliczkach Lizbony pocę się jak dziki świniak.
- No, wynocha - żegna mnie sz. p. prof., bardzo z siebie zadowolony.
Obiecałam, że przyniosę mu porównanie oryginału i tłumaczenia Szewców. Na szczęście nie sprecyzowałam daty oddania.

Pierwszy dzień jesieni to również pierwszy dzień mojego przeziębienia. Boli głowa, szumi w uszach, drapie w gardle. Leżę więc krzyżem na łóżku (w koszulce Prince'a) i marzę o rychłym końcu wszechświata. Mam gęsią skórkę z zimna. Czekam. Zastanawiam się, jaki jest sens istnienia. Do tej pory nie przeczytałam Heideggera, do tej pory więc nie wiem. Po co w ogóle wstawać co rano i kichać w metrze. Zacinać się nożem przy krojeniu warzyw i patrzeć, jak sączy się krew; przecieka plaster w statki kosmiczne i planety. Udawać, że chce ci się z kimś gadać. Tracić na kogoś czas. Pić kawy w knajpach. Męczyć struny głosowe, wyjaśniając, że w języku angielskim można używać czasów przeszłych, by odnieść się do przyszłości i teraźniejszości. Mój repertuar obejmuje mierzenie sobie temperatury przynajmniej raz dziennie i nieustanne sprawdzanie wielkości węzłów chłonnych.

Przemawia Philip Larkin:

This Be The Verse

They fuck you up, your mum and dad.
They may not mean to, but they do.
They fill you with the faults they had
And add some extra, just for you.

But they were fucked up in their turn
By fools in old-style hats and coats,
Who half the time were soppy-stern
And half at one another's throats.

Man hands on misery to man.
It deepens like a coastal shelf.
Get out as early as you can,
And don't have any kids yourself.

Dobranoc.

15/09/2015

♪ miguel - coffee

Zatem poszłam do mojego opiekuna naukowego. Zniesmaczona tym, że wkrótce będę się przed nim płaszczyć i - subtelnie - udowadniać mu, że mój intelekt naprawdę istnieje, pokornie stawiam się pod salą 316 o godzinie 12:50, mając w pamięci słowa mego Mistrza i Natchnienia, który rzekł, że będzie rezydować w swoim gabinecie od 12:00 do 14:00.
Nikogo nie ma. Widzę, że w pokoju świeci się światło.
Myślę, że może umarł.
Rozpoczynam tułaczkę od sekretariatu do sekretariatu, od piętra do piętra, by w końcu zalec pod 316 i czekać. Na cud. Na worek pieniędzy, który zleci z nieba idealnie pod moje stópki. Na zniknięcie syfów z mordy. Na zmywacz do paznokci, bo odprysł mi lakier.
To chyba żart, dumam nadal, skoro go tam nie ma, po co świeci się światło? Czy będąc utytułowanym literatem, można mieć aż tak wywalone na ekologię? Humanistyka w tym kraju upada, psorze!
Naciskam, pukam i stukam, zapomniawszy o honorze i wstrzemięźliwości.
Cisza.
Po godzinie odchodzę. Całkowicie pokonana. I tak źle wypełniłam dokumenty, bo, zdaje się, mam obecnie do mojego doktoratu stosunek mocno obojętny. A raczej: żaden.

Nic nie odbija mi się większą czkawką niż droga ku naukowej sławie. Czy ktoś zdobył ją tylko dzięki czytaniu książek w łóżku? Czy mogę być pierwsza?

Ruszył book club! Marzyliśmy o nim, ponieważ mamy po osiemdziesiąt lat i literatura to jedyne szczęście w naszym życiu; narkotyki już za mocno trzepią. Dyskusja odbyła się na poziomie najwyższym. Nikt na nikogo nie krzyczał, nikt nikomu nie przerywał, nikt nikogo nie walił książką po łbie. Kiedy dotarliśmy do pytań egzystencjalnych (odwieczna walka zła i dobra w człowieku), uznaliśmy, że czas na pizzę.

Plakat Kabaretu Warszawskiego w środku nocy odkleił się od ściany i zleciał mi na łeb; przerażona zerwałam się z łóżka na równe nogi. Od tamtej pory kiepsko sypiam. W tej chwili plakat zwinięty w trąbkę leży w szafie. Na ścianie została lepka plamka, którą widzę przez swój nędzny, lekki sen. Źle czekać, gdy nie wie się, na co.

*
Osobie, która na tego bloga trafiła przez hasło czy Muminek kocha Migotkę, chcę powiedzieć, że oczywiście. Muminki i Prince to jedyne tematy, w których czuję się ekspertem.

07/09/2015

♪ the weeknd - real life

Nie zamierzam narzekać, wręcz przeciwnie. Jest cudownie. Jest zimno, dostaję wiatrem w twarz, deszcz puszy mi włosy, jest zimno. Nareszcie. Nie chciałam niczego więcej poza owijaniem się szalikiem piętnaście razy, szybkim wiązaniem koka, żeby zmieścił się pod kaptur i noszenia botków zamiast vansów. Jesień to dla mnie początek. Prawdopodobnie będzie tak jeszcze przez dwa lata. A potem? Potem może się zabiję.

I only want 2 see u underneath the (purple) rain.

Pierwszy winyl Prince'a przywiozłam z Berlina, kiedy byłam hasającą licealistką i z matematyki miałam dwójkę, a nie pałę. Weszłyśmy do jakiegoś antykwariatu na Ku'dammie. Gdy zauważyłam Purple Rain między półkami, myślałam, że oszaleję z radości. Winyl kosztował 8 euro i zostanie uratowany jako pierwszy, jeśli na Ursynowie wybuchnie pożar. Nie wybuchnie; za bardzo leje. Czekam, aż deszcz zmieni się w śnieg. Wtedy dopiero będzie idealnie.

Jutro idę do swojego opiekuna naukowego. Nie mam zielonego pojęcia, po co. Zabawnym znajduję fakt, że żeby zaliczyć rok studiów, szanowny pan prof. musi wystawić mi opinię. Mam wielką nadzieję, że ma jakiś wzór, którym może się posłużyć w moim wypadku, ponieważ moim jedynym doktoranckim osiągnięciem jest to, że ten rok w ogóle przeżyłam. Dostałam się na kolejne studia magisterskie, owszem, lecz nie mają one nic wspólnego z moim doktoratem. W samym tylko sierpniu przeczytałam dziewięć książek, ale nie są one choćby luźno związane z moją pracą. Jestem wspaniała. Nabiłabym siebie na pal, gdybym nie była skończonym tchórzem.

Do osiągnięć, choć zdecydowanie nie tych doktoranckich, można zaliczyć również to, że nie jestem już nędznym piekarzem, który zapomina podwoić proporcje albo nie wie, kiedy ciasto jest za rzadkie lub za gęste. Jestem teraz piekarzem, który w środku nocy, gdy nie może zasnąć, gdy czuje gnębiący go smutek i żal, miesza w jednej misce składniki suche, w drugiej mokre, szybko je łączy, wkłada do piekarnika i czeka na pęknięcia na cieście. Jeśli coś mi nie wychodzi to tylko dlatego, że wrzucam do masy za dużo owoców czy czekolady, bo chcę przedobrzyć, bo chcę, żeby wszyscy byli szczęśliwi.

Naczytałam się Céline'a i ciągle chce mi się płakać. Po pierwsze, nigdy nie będę tak pisać*, po drugie, ludzie to kłamliwe kurwy.


*- Najchętniej zostałabym pisarką, najlepiej bogatą - mówię mamie.
- Nie ma takich - słyszę w odpowiedzi.