13/08/2015

♪ gallant - weight in gold (ta-ku remix)

Aparat ortodontyczny zaczęłam nosić w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Jako że byłam wtedy młódką, był to aparat ruchomy, więc zakładałam go w domu, po posiłkach i do snu. Nie miałam nic przeciwko aparatowi; byłam wręcz zdziwiona swoim brakiem sprzeciwu. Nosiłam go chętnie i jak tylko najdłużej mogłam. Zazwyczaj wybierałam tęczową akrylową płytkę. Prawdopodobnie dzięki mojemu nieprawdopodobnemu zdeterminowaniu leczenie prędko się skończyło. Na ostatniej wizycie ortodontka zapytała, czy chciałabym zatrzymać aparat. Chciałam. Sądziłam, że może się jeszcze przydać, jak by tak znienacka skrzywił mi się ząbek. Tęczowe ustrojstwo schowałam, jak zwykle, do różowego pojemnika i upchnęłam w szafce. Oczywiście nie założyłam go nigdy więcej, a on tkwił i tkwił na półce. Nie pamiętam, kiedy się go pozbyłam. A dziś w nocy śniłam, że go znalazłam, gdzieś. Włożyłam do ust, przecież aparat nie zrobi mi krzywdy. Gdy go wyjęłam, lewa jedynka była cofnięta i ledwo co trzymała się dziąsła; płynnie przeszłam do kolejnego snu, tuż zanim ząb odpadł. Drugi sen skończył się tak, że powiedziałam One day I will come*, obudziłam się, była trzynasta, o trzynastej trzydzieści musiałam wyjść.

W sobotę pojechałam do Poznania spotkać się z  Elżbietą, bo ją, tak po prostu, lubię. Zrobiłam się bardzo szczęśliwa, gdy wysiadłam i, tradycyjnie, zaczęłyśmy kontynuować naszą rozmowę od momentu, w którym ostatnio się urwała. Zjadłyśmy bardzo dużo bardzo dobrych rzeczy (zapamiętać: Poznań w weekendy otwiera się od 10:00 - nawet mimo świętego przekonania Żelżbiety, że jest inaczej, bo skoro w dni powszednie hulać można od 7:00, to w weekendy z pewnością od 9:00, ba, od 8:00 - przed 10:00 można siedzieć w Ogrodzie Zamkowym i jeść wymiętolone po podróży muffiny z porzeczkami), spotkałyśmy się z Natalką i jej kapeluszem, nie obaliłyśmy mitu La Ruiny, mit trwa i trwać będzie, ponieważ to faktycznie jedna ze wspanialszych knajpek w całym wszechświecie, dla tych serników i kawy po wietnamsku można oszaleć; złożyć coś w ofierze. Paliłyśmy potajemnie papierosy, bo w głębi ducha mamy lat piętnaście i buntujemy się przed rodzicami. Dowód:

Papieros mentolowy orzeźwia w czterdziestostopniowym upale.

Odwiedziłam słynne mieszkanie państwa Nieśmigielskich i bawiłam się wspaniale z ich kotem (nie znoszę kotów). Państwo Nieśmigielscy spożywają nieumyte jagody, a na jagody sikają lisy. Tak tylko zaznaczam. By sprawiedliwości stało się zadość, przyznaję, że Elżbieta umyła dla mnie maliny. Doceniam, Elżbietko. Gdy mąż Elżbiety opuścił nas, by szaleć na grillu, na którego przygotował sałatkę ananasowo-czosnkową (ponoć smakuje lepiej niż brzmi), my też zaczęłyśmy szaleć. Ja, na przykład, rozebrałam się do stanika. Ale bez przesady.


Średnik dyskretnie zaznacza swoją obecność na karku. Disorder to Joy Division. Podobno Ian Curtis napisał Disorder o swojej epilepsji. Dla mnie ten utwór mówi o czymś zupełnie innym, disorder na moich plecach mówi o tym czymś zupełnie innym. Kiedy pierwszy raz usłyszałam I've been waiting for a guide to come and take me by the hand wiedziałam, że to o mnie. Kwintesencja mnie jest tam, w tych słowach, co, jeśli dobrze się nad tym zastanowić, jest kurewsko straszne.

Kiedy patrzę na siebie, na swoje plecy, na tym właśnie zdjęciu, widzę jakąś bezbronność, trochę lęku, strachu, niepewności. Trochę Pendulum, trochę [...] bo istniało takie prawo życia, wyjątkowo okrutne i nader sprawiedliwe, wymagające od człowieka, by dojrzał lub zapłacił jeszcze wyższą cenę za to, że się nie zmienił (Mailer, Jeleni park).

Kilka ostatnich chwil przed moim odjazdem spędziłyśmy w Taczaka 20. Zrobiłam tam Elżbiecie piękne zdjęcie, prawdziwa ze mnie artystka, per aspera ad astra:

Królowa fotografii w swoim żywiole.

Elżbieta orzekła, że się spisałam, więc chyba spoko. Nikt nie będzie negować sztuki, prawda? Dobrze, że widzimy się wkrótce, dowcipnisiu.

Zrobiłam się bardzo nieszczęśliwa, gdy wsiadłam do pociągu powrotnego i to nieszczęście trzyma mnie do teraz bardzo mocno. Nie wpadam miękko w życie, nie obejmujemy się radośnie ramionami; boleśnie się z nim zderzam i mam od tego siniaki na nogach.


*kłamałam

04/08/2015

♪ iamamiwhoami - fountain

Jest minimalnie przed dziewiątą, a może to już dziewiąta. Wchodzę do biurowca, winda jak zwykle zamyka się przed moją zaspaną i kretyńsko opaloną twarzą, ale jakaś szczupła dłoń blokuje drzwi, mogę wsiąść. Grzecznie dziękuję. Winda pełna jest korporacyjnych twarzy i ciał w korporacyjnych ubraniach, ja w swoim rozciągniętym sweterku, dresie i vansach pomagam współpasażerom przenieść się w świat książąt i żebraków. Wysiadam na trzecim piętrze, jak zawsze, jak zawsze nie mogę powstrzymać się od myślenia, że recepcjonistka jest strasznie nieszczęśliwa i czekam na swojego korporacyjnego ucznia, któremu na mój widok opada szczęka i przeprasza mnie, że nie odwołał zajęć, ale urodziny żony, rozumiesz. Pewnie, że rozumiem. Zrywam się rano, budzę pod chłodnym prysznicem, mechanicznie wkładam do ust łyżkę z musli, próbuję nadać sobie poważny wygląd, chowając rumieńce pod warstwą pudru, jednocześnie słuchając FKA twigs i półprzytomna idę do metra, w którym jednym okiem rzucam na Mailera (na razie mi się podoba, ale naczytałam się, że Jeleni park przypomina Wielkiego Gatsby'ego i straciłam przynajmniej 1/4 przyjemności z lektury, Wielki Gatsby to jęczybułowatość do kwadratu), a drugie zamykam, by złapać trochę snu, żeby rozumieć.

W zeszłym tygodniu obejrzeliśmy z Wojteczkiem Als wir träumten w kinie Praha. Donoszę, że Wojtek się SPÓŹNIŁ. Film doceniamy, polecamy, przede wszystkim tym, którzy mówią językiem naszych zachodnich braci, bo chwilami napisy sięgały dna den niezgodności z oryginałem. Motywem przewodnim W rytmie marzeń (oto przykład dna den) jest piosenka Moderat, A new error, która dobitnie i mnie, i Wojteczkowi uświadomiła, że jesteśmy w dupie z naszymi życiami, bo kompletnie nie wiemy, co z nimi robić. Stoisz na rozdrożu i cudem wybierasz jakąś drogę, raczej na oślep, a strach obejmuje nawet koniuszki twoich włosów, okazuje się, że ta nowa droga to kolejne cholerne rozdroże, ile to może trwać, jak długo można to ciągnąć, kiedy będzie prosto, jasno, nie pod górkę? Czy to nie jest tak, że kiedy człowiek kończy 25 lat, to otrzymuje magiczną księgę, w której jest napisane jak żyć i jak podejmować decyzje, a autorem tego opasłego tomiszcza nie jest Martin Heidegger, ani, tym bardziej, Friedrich Nietzsche? Do listopada zamierzam karmić się nadzieją. Dziwnie jest nie mieć pojęcia, co dalej. Jeszcze dziwniej jest je stracić. Kiedyś byłam pewna, mogłam recytować plan na swoją świetlaną przyszłość zerwana z łóżka w środku nocy, prawdopodobnie to mnie zgubiło. Gdy człowiek, który żyje przyszłością, nagle traci jej wizję i musi zacząć faktycznie zderzać się z teraźniejszością, bo zapodział to, co go przed nią chroniło, utyka w bardzo niebezpiecznej próżni, mierzy sobie temperaturę kilkanaście razy dziennie, potrząsa histerycznie głową, bo chce się obudzić, wierząc, że to zły sen, drżą mu powieki.

Z okazji urodzin Witolda G., które są dziś, a co odnotowuję, bo jestem górnolotnym intelektualizmem podszyta, życzę sobie posiąść jego mądrość. Za piskliwy głosik dziękuję.

W portfelu noszę złote konfetti, które przypomina mi o jednym z najważniejszych wydarzeń w moim życiu, o koncercie Prince'a. Jakiś czas temu, płacąc w osiedlowym warzywniaku, do dziesiątaka przyczepił się jeden złoty pasek. W niemym przerażeniu obserwowałam, jak pani warzywniakowa ściąga go z banknotu z wyraźnym niesmakiem i upuszcza na podłogę, nie byłam w stanie zareagować. Little red corvette, 3:00-3:17.