03/05/2015

♪ blood orange - it is what it is

Dawno, dawno temu Agata doniosła, że w Łaźni Nowej ponownie będą wystawiać Macieja Korbowę i Bellatrix (twórca: mistrz Wituś), przedstawienie dyplomowe Krystiana Lupy, które premierę miało w 1993 roku. Dawno, dawno temu kupiłyśmy bilety i równie dawno, dawno temu kupiłam bilety do Krakowa.

Wycieczka rozpoczęła się 30 kwietnia 2015 po 13:00. Specjalnie przyjechałam tak wcześnie. Chciałam samotnie poszwendać się po Kazimierzu, zjeść obiad w Cafe Młynek i dojechać na Hutę (do Huty? na litość boską, ci Krakusi!) z odpowiednim zapasem czasu.

Najpierw mknę na ulicę Świętego Wawrzyńca. Dlaczego? Kilka lat temu odkryłam pewien napis, który znajduje się właśnie tam i kilka lat temu ujrzałam go na własne ślepia:

 

Przecudny, prawda? I w ten czwartek chciałam zobaczyć go ponownie. Zastałam to:


Smutek ścisnął moje lodowate serce. Cofnęłam się do Placu Wolnica z nieco mniejszym entuzjazmem, ale myśl o pysznym żarciu w Młynku podtrzymywała mój turystyczny płomień. Po drodze zahaczyłam o:

Wisła je babole.
  

A oto jedzenie. Ludzie lubią oglądać zdjęcia jedzenia, lecz czy takie?:


Czytanie Witkacego w Krakowie, doprawdy, ultra splendid.

Potem doszło do tragedii. Postanowiłam wejść na Wawel.

Po co? Świetne pytanie, na które, niestety, nie jestem w stanie udzielić odpowiedzi.

Drałuję pod tę górę razem z resztą ludzkości, której też się zachciało Wawelu. Nie ma ich za co winić, pogoda zachwyca, słońce wali w oczy. Reszta ludzkości ma selfie sticks. One faktycznie istnieją! Czuję się staro. Już w połowie spaceru odczuwam jego dramatyczną bezcelowość, ale idę w pocie czoła (kurtka, botki, sweter - znacie mnie; zresztą na drugi dzień miało padać, więc musiałam być gotowa na każdą ewentualność, ok?) i docieram. Jestem. Natychmiastowe zejście z powrotem uwłaczyłoby mojej godności, więc podsycam swój turystyczny płomień i robię parę turystycznych ujęć:


Czy ten piktogram kiedyś przestanie mnie bawić? Wątpię.

Godność zachowana. Schodzę tą samą drogą, a nie obok smoczka, który ledwo zionie. Uświadamiam to sobie, gdy już wchodzę w Kanoniczą. Moja frustracja sięga zenitu. Wlazłam na Wawel i nie zobaczyłam smoczka. Zasługuję na owacje na stojąco.

Wyłączam myślenie (to ostatnio moje ulubione zajęcie) i spaceruję dalej. Docieram do Rynku, obchodzę wszystkie uliczki, wędruję po Ogrodzie Profesorskim, oglądam wystawę:

Skupienie artysty. Zauważcie, zdjęłam szal. I czapkę.

Przyglądam się ludziom w kawiarniach, urocza starsza para delektuje się ogromnymi ptysiami wypełnionymi różowym kremem. Idę Plantami, śliczny ten Krakówek. Zawsze, gdy go odwiedzam, stwierdzam, że się przeprowadzę. To nastąpi. Nie dziś, nie jutro i nie za rok, ale nastąpi, od razu, gdy przestanę się spieszyć, bo w Krakowie jest to zakazane, a ja jeszcze nie potrafię się nie spieszyć. Gdy się przeniosę, będę pracować w Wydawnictwie Literackim i odziana w białą sukienkę będę robić pikniki pod Sukiennicami. Nigdy nie będzie padać na mnie deszcz, nawet wtedy, gdy będę wracać do swojego loftu na Kazimierzu. Luiza z Kopca Kościuszki. Potencjał jest przyzwoity.


Mam jeszcze czas, ale wolę być wcześniej na miejscu. Pieczołowicie opracowana trasa każe dotrzeć do Ronda Mogilskiego i tam wsiąść w 501. Do Ronda Mogilskiego docieram bez problemu, ale odnalezienie 501 jest ponad moje niekrakowskie siły. Wychodzę wyjściem, które wydaje się właściwe (a mam niezłą orientację w terenie) i rzeczywiście, jest tam przystanek, ale nic się na nim nie zatrzymuje. Rondo jest ogromne, wyjść jest sto tysięcy, prędko kombinuję alternatywę. Jadę na Rondo Czyżyńskie tramwajem i przesiądę się tam w 174. Tramwaj ospale porusza się po ciepłym Krakowie. Mijamy Tauron Arenę, a w moich słuchawkach właśnie rozlega się What Did I Do?/God as My Witness i przysięgam, God as my witness, że dziewiątego listopada I'm gonna heal my soul. Wysiadam nieco dalej, przystanek 174 znajduję już bez problemu i grzecznie czekam. Czyżyny bardzo mi się podobają. Dwa dni później Klaudia mówi mi, że Czyżyny uznaje się za niebezpieczną część Krakowa. Najwyraźniej ciągnie mnie do miejsc, w których ktoś może dać mi w mordę albo wsadzić nóż w brzuch.

Zresztą, wszystko mi się podoba w tym cholernym Krakówku. Wysiadam na Struga i podążam ku Łaźni Nowej. Tu też miałam rozpisaną trasę, ale swoim zwyczajem decyduję się sobie nie ufać i idę dalej. Numeracja w (na?) Nowej Hucie jest kopnięta. Numeracja ulic a osiedli to dwa różne światy, więc ostatecznie do Łaźni przybywam na 5 minut przed rozpoczęciem spektaklu, śledząc pewną modną parkę, która zapytała starszych państwa o drogę, a szczęście w nieszczęściu jest takie, że akurat rozmawiałam przez telefon z Agatą, więc podsłuchałam, co i jak. Oczywiście moja pierwsza trasa była prawidłowa, ale od kiedy ja siebie słucham?

Łaźnia jest pełna napuszonych pseudointelektualistów z dupy. Nie zrozumcie mnie źle; ja również jestem napuszoną pseudointelektualistką, ale przynajmniej nie jestem z dupy. 


Spektakl ma trwać cztery godziny. Trwa trzy. Zgrzyt pierwszy.
Antrakt pierwszy (czy to był w ogóle antrakt?) znikąd i niejasny. Zgrzyt drugi.
Paweł Deląg jako Korbowa. Zgrzyt trzeci i najtragiczniejszy. Być może to miało sens w 1993. Teraz nie mogłam zapomnieć o jego tłumokowatej roli w Tygrysach Europy, w ogóle nie wiem, skąd te Tygrysy w mojej głowie, skoro widziałam jeden odcinek, dziecięciem niewinnym będąc. Wystarczyło, żeby mnie straumatyzować. W każdym razie NIE dla Pawełka. Fizycznie pasuje do Korbowy, fakt. Gdy jednak otwierał swoje usta i wypowiadał jego kwestie, to, w rzeczy samej, wypowiadał jego kwestie. Nie stawał się nim. Najbliżej ideału była Bellatrix (Małgorzata Maślanka).

Widzicie, problem z Witusiem jest taki, że ciężko zagrać go tak, żeby nie przesadzić, nie zrobić z tego pastiszu, parodii albo, wręcz przeciwnie, nie uderzyć w ton zbyt patetyczny. Mój Wewnętrzny Krytyk Teatralny - choć wiele w nim miłości dla Krystiana Lupy - orzeka, że tym razem nie wyszło. Trzecia część, reżyserowana przez Tomasza Węgorzewskiego to zgrzyt czwarty i tylko nieco mniej tragiczny niż Deląg Paweł. Na początku niepewność wśród publiki: czy to Witkacy, czy już nie? Duch Witusia unosi się nad nami, ale jakby czegoś brakuje. Ach, tak. Dywagujemy, w jakiejś okropnej, nadętej manierze, nad tym, jak wystawia się ten spektakl obecnie. Barbara Szotek-Stonawski (Hibiscus) chce tańczyć, ale Mozart, lecący z komputera marki Apple nie pasuje, to przecież oczywiste. Zdaje się, że gdzieś tutaj sobie przysypiam. Brawo biję bez przekonania. Witusiu, czy Ty byś bił z przekonaniem? Nie sądzę.

Wizyta w słynnym Tesco na Kapelance budzi we mnie większe emocje niż spektakl. To chyba mówi samo przez się.

Drugi dzień w Krakowie jest spokojniejszy, podstępnie kropi i mży. Agata zabiera mnie do Forum Przestrzenie:


Obok pasą się piękne konie pana, który jeździ na nich na oklep.

Wpadamy na smoka (najwidoczniej temat przewodni wyjazdu to smoki):


Idziemy Mostem Grunwaldzkim i trafiamy na smoka prawdziwego. Stoi, jak stał. Po cholerę chciałam go oglądać? Mnie w Krakowie włącza się ogromny turystyczny patriotyzm; chcę wspinać się na Wawele, łazić po Rynku i Brackiej i słuchać co godzinę hejnału. Ratunku! Wpadamy do Bunkra Sztuki, a potem jemy przepysznie w Wielopolu 3, idźcie tam i nacieszajcie swoje żołądki. Rzabo, mam nadzieję, że doceniłaś relację na żywo. Agato, widziałam drobną irytację, gdy robiłam zdjęcie Twoim plackom ziemniaczano-szpinakowym, ale to dla Rzaby w celach wręcz naukowych!

Agata, człowiek z akredytacją na Off Camera, wraca do domu zanieść stos podarunków, jakie z tej okazji otrzymała, a ja spotykam się z Magdą (nią). Magdo, naprawdę się stęskniłam i naprawdę ufam, że (spóźniony) prezent urodzinowy Ci się spodobał! A tutaj (i na zdjęciu, i w bardzo sympatycznym miejscu o nazwie Pies Pianista) piszę Magdzie dedykację na prezencie, ale, by połechtać moje ego, uznajmy, że skreślam autograf na swojej pierwszej książce:

Magdo (Tobie), dziękuję za ujęcie tej podniosłej chwili.


Łazimy, dyskutujemy i jest nam błogo. W Hex odkrywam przejście do innego wymiaru i spotykam dawno niewidzianą Marię i Martę oraz poznaję absztyfikanta Magdy (jej). Przegrywam z hukiem w Dixita. W końcu nie można mieć wszystkiego. Opuszczam planszówkowe towarzystwo i gnam do kina, aby w ramach Off Camery obejrzeć Kebab i horoskop. Oceniłam go na 4/5, ale moja ocena może być zaburzona, bo przysnęłam na jakieś 15 minut. Intensywna patriotyczna turystyka dała mi się we znaki. Ars, macie bardzo wygodne siedzenia.

W sobotę spotykam się ze wspomnianą już Klaudią, pijemy kawę w (jeszcze istniejących w Krakówku!) Coffee Heaven. Tęsknię za tą sieciówką. Podczas studiów chodziliśmy tam na kawę, gdy mieliśmy okienka. A teraz nie ma już ani studiów, ani okienek, ani Coffee Heaven (rzewną muzykę poproszę, może REM). Klaudia, jak wszyscy w Krakówku, jest urocza i łebska, niestety czas pędzi nieubłaganie, muszę wsiadać do Pendolino, Chopin już gra, ktoś pyta: gdzie moje precle?

PS 
Łagiewniki. Urzekające.
Jestem blokersem. Uwielbiam blokowiska.
Doskonały plakat! Jadę.








PS 2 Następnym razem zwiedzamy Żoliborz.
PS 3 Na trzy upieczone przeze mnie chleby bananowe, dwa to zakalce.
PS 4 Mamy dwie lodówki. Aby pozbyć się jednej z nich, potrzebna była piłka do drewna.