10/04/2015

♪ tennis system - such a drag

- Dzień dobry - mówię pokornie, widząc, że ktoś siedzi na moim miejscu; psychicznie przygotowuję się na walkę - ale mam miejsce 62.
- Pozabierali wagony, miejscówki są nieważne - chórem informują mnie pasażerowie.
Nie może być.
Podróż zaczyna się od godzinnego opóźnienia, które ostatecznie zwiększa się do osiemdziesięciu minut, ale przecież szczęśliwi czasu nie liczą, a ja jestem szczęśliwa jak świeża i różowa rzodkiewka, nie muszę jeść przez ponad osiem godzin, ani sikać w kiblu i) zarzyganym, ii) obszczanym i z zepsutym zamkiem. Trenuję swoją cierpliwość, jestem zen, nic nie wytrąci mnie z równowagi. Cały wagon wysłuchuje komentarzy politycznych pana z przedostatniego przedziału, gdybym robiła notatki, napisałabym z nich na boku drugi doktorat. Pan Pełen Poglądów spanikowany przebiega obok mnie, ma okulary w grubych oprawkach, wąsy, jest łysawy i grubawy, od razu widać, że nie można czuć się przy nim wygodnie. W Bydgoszczy zabierają wagony, mój został ostatni, mam przednie widoki przy kiblu, w którym rzygi wyglądają jak piękne, modernistyczne malowidło. Nie mogę usiedzieć na miejscu, urządzam sobie przechadzki, wyglądam przez każde okno, jestem uosobieniem łagodności.

Kupiłam blachę do pieczenia muffinów. Chrzanić pracę i wykształcenie, będę musiała wykarmić swojego męża i potomstwo swoje. Pierwsza partia wychodzi nieźle, ale czuję na języku proszek do pieczenia - wy nie czuliście, czy czuliście, ale nie chcieliście zrobić mi przykrości, kłamcy? Napędzana nowoodkrytą radością pieczenia, kupuję kolorowe papilotki, białą czekoladę i płatki migdałów, narobię muffinów na święta i zostanę Muffinową Magnatką, tak właśnie będzie, przybywam do domu, ostatnie dwa jajka, przygotowuję masę, och, jak pachnie, doprawdy niepojęte. Wstawiam blachę do piekarnika, nastawiam zegar na 20 minut i jako perfekcyjna gospodyni zabieram się za sprzątanie kuchni i mycie naczyń, żeby nie krzyczał mąż i żeby dziecko w mąkę nie wdepnęło. Po dwudziestu minutach z muffinków wycieka surowa masa, wyglądają, jakby chciały popełnić samobójstwo, co robi mąż mój i dziecko moje, a ja powstrzymuję się resztką zdrowego rozsądku. Zapał nieco opada.

Po co zresztą mam piec, jest sernik i jest keks, już kiedyś opowiadałam o swojej skomplikowanej relacji z keksem, który mógłby zastąpić każdy mój posiłek. Z keksa powstałam i w keks się obrócę. Ewentualnie w chmurę. Nadal zadziwia mnie niebieskość tamtego nieba i rozgwieżdżenie tamtych nocy. Kilkanaście lat temu była to dla mnie codzienność, zwykła i oczywista, niezmienna; pewnie nieistotna. Pies stał się lwem, najmilszym, najbardziej uroczym i najzabawniejszym lwem na świecie, o którym można pisać bajki.

- Zjedz sałatkę ze śledziem - zachęca babcia.
Przewracam tylko oczami.
- NO CO! - wykrzykuje.
- Nie jem mięsa - odpowiadam.
- Ryba to NIE MIĘSO! - podkreśla babunia. - Co ty, nie wiesz, jak mięso wygląda?
- Nie musisz zabić ryby, żeby ją zjeść? - pytam, będąc przekonana, że wygrałam tę bitewkę.
- NIE.
Byłam blisko.

Jestem starą konserwą, co boleśnie uświadamiam sobie, gdy na widok piętnastoletniej kuzynki w topie, który odsłania połowę jej brzucha, szukam dla niej swetra. Gdy opowiada, że jej dwudziestodwuletni kolega (...), a ja pytam, SKĄD MASZ TAKICH ZNAJOMYCH i to chórem z moją mamą. Witaj, definitywny końcu młodości.

Do stolicy wracam słynnym Pendolino. Faktycznie, na stacjach gra Chopin. Gra subtelnie i delikatnie, zapewne przedumny, że to on, a nie Dobrzyński, w tym rakietowo-delfinowym cudzie techniki w klawisze nawala.  Pasażer obok popija syrop na zgagę. Zobacz, jaka ładna pani będzie siedzieć obok ciebie. DING DONG, rozbrzmiewa nagle, zdezorientowana podskakuję w fotelu, Witkacy podskakuje na moim kolanie, GDAŃSK GŁÓWNY, podskakujemy z Wiciem ponownie, a tu już z powrotem gra Fryderyk, lekko i z uśmiechem, potrząsając burzą loków. I tak co stację. DING DONG MALBORK, przerywane dyskretnym Fryderykiem. DING DONG.

19 comments:

  1. Ostatnio tez mam te odruchy koncowomlodosciowe. Ale potem dzwonie do mamy, klocimy sie, pare razy zajecze "ty mnie w ogole nie rozumiesz!" i znowu czuje sie jak rozwydrzona nastolatka, i wszystko wraca do normy.

    Tak sie zastanawiam, kiedy ten upadek PKP sie rozpoczal? I czemu go przegapilam? Ja wiem, ze w sumie nic fajnego jechac w rzygach i miec odebrana swoja zasluzona miejscowke, ale serio, czasem mysle, ze warto zyc dla takich emocji, od czasu do czasu. Ja dosc regularnie pokonywalam przez prawie 4 lata trase Warszawa-Torun i zawsze mialam gdzie siedziec, nawet bez obaw moglam sie wysikac i nikt nie jadl salcesonu w mojej obecnosci. Raz konduktor zaproponowal mi przesiadke do wagonu pierwszej klasy - wtedy dowiedzialam sie, ze taki podzial w ogole istnieje. Ja bylam taka totalna kolejowa dziewica, nie wiedzialam nic a nic. Nie wiedzialam nawet, ze jak sie kupuje bilet u konduktora - a ze tak w ogole mozna, to tez kiedys nie wiedzialam - to jest drozej i robi sie problem, gdy wraca sie z torunskiego weekendu i wszystkie pieniadze poszly na wodke i taksowki, z wyjatkiem tych odlozonych, nietykalnych i dokladnie odliczonych na bilet. Ale nawet wtedy wystarczylo przelknac dume, zrobic rundke po sasiednich przedzialach i pieniadze na konduktorska marze sie znalazly. Mam same piekne wspomnienia z PKP. I wtedy jeszcze mozna bylo palic. Tak romantycznie, przez okno.

    Upiecz ciasto migdalowo-cytrynowe, przynajmniej nie zmarnujesz migdalow, a ja mam przepis z PINTERESTA i DZIALA.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Zuzanno, ja przestałam się kłócić z mamą. To dopiero heca.

      Pamiętam tę historię z Toruniem! Pisałaś o niej na blogu czy zdążyłyśmy to omówić w kuluarach? Dlaczego my w ogóle nie fejsbukujemy? To skandal.

      Dawaj przepis. Nie ma nic lepszego niż migdały.

      Delete
    2. http://pinterest.com/pin/231935449533399442/

      Masz przepis.

      Znajde cie na fejsbuku TERAZ ZARAZ, nie ma to tamto.

      Delete
    3. Dziękuję. Zapisuję.

      Idę Cię zestalkować.

      Delete
  2. Jeszcze a propos ryby i wspomnianych torunskich podrozy, to mialam jedno przejscie w restauracji. No, jakiejs knajpie. Takim miejscu, ze daja jedzenie i nawet maja papierowe menu na stolikach, wiesz, nie to ze wielobranzowy z przypadku. Wiec poszlismy tam ze znajomymi i w tej restauracji w Toruniu mieli nawet podpunkt "DANIA WEGETARIANSKIE", z ktorymi ja wowczas nie mialam nic wspolnego, ale tak sobie rzucilam okiem, z ciekawosci. A tam nalesniki z owocami morza. I wyszczegolnione, ze krewetka, ze osmiorniczka i inne takie. Wiec podchodzi kelner, a ja nie wytrzymalam, i sie pytam, ze jak to tak, ze podaja mieso w wegetarianskich i nawet sie nie wstydza, nie kryja z tym, no zero przyzwoitosci. Na co kelner, ze to przeciez tylko frutti di mare, OWOCE, nic zdroznego. Wiec ja wykrzyknelam zszokowana - "Taka krewetka miala matke! I twarz! Jak miala matke i twarz, to znaczy, ze to mieso!". Na co kelner, juz kompletnie zrezygnowany i ewidentnie majacy mnie za kompletna idiotke - "Prosze pani, owoce nie maja twarzy. Ani tym bardziej matek".

    ReplyDelete
    Replies
    1. A skąd on wie, czy owoce nie mają twarzy ani matek. Mądrala za dychę. Mam nadzieję, że nie otrzymał napiwku! Ciekawe czy byłoby mu miło, gdyby rozprawiała tak o nim jakaś ostryga: kelnerzy nie mają matek, a twarze nalane.

      Delete
    2. Matka wszystkich twarzowych owoców pozdrawia kelnera: http://graphics8.nytimes.com/images/2007/10/09/arts/arcislide6.jpg

      Delete
  3. Replies
    1. Już nie, zabił się przecież.

      Delete
    2. Uff, czyli wszystko w normie.

      Delete
    3. Fair enough. Ale dajże spokój, drogi, wszak zostałbyś zaproszony na tę podniosłą uroczystość!

      Delete
  4. Nie wiem jak trafiłam na Twojego bloga ale jest FAN TA STY CZNY
    #entuzjazm i za to przepraszam
    pozdrawiam i miłego dnia

    ReplyDelete
    Replies
    1. Przepiękny komplement, dziękuję!

      Delete
  5. właśnie przeczytałam "najgorszego człowieka na świecie" (za Twoja namowa w sumie, że tak powiem... upiekło Ci się, hłe hłe) i ona też piekła. muffiny. martwię się o Ciebie.

    a i czegoś nie rozumiem. gdzie szczecin, gdzie warszawa, gdzie wracanie do domu na święta - a gdzie gdańsk głowny? zajebiście nie po drodze to było.

    ReplyDelete
    Replies
    1. (Jestem trendsetterem.)
      Nie martw się, moje życie to jednostajnie ciągnące sie pasmo. Oto pasmo: ____

      Nie byłam w Szczecinie, byłam u babuni (prawie) nad morzem!

      Delete
  6. Czy ten pociąg miał na imię Pogoria? Jest taki i nazwa brzmi jak to, co opisałaś.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Wyparłam nazwę z pamięci. Ale chyba najgorsze przejażdżki to te Portowcem.

      Delete