21/04/2015

♪ the cars - drive

4:10. Polski Bus ospale wjeżdża na dworzec Górczyn w Poznaniu. Kierowca anonsuje to tak tubalnym tonem, że obudziłby umarłego, więc podrywam się na siedzeniu i czekam aż wsiądzie Żelunia, wyciągam z uszu słuchawki i przygładzam trochę włosy, długo się nie widziałyśmy, niech się biedaczka nie przerazi.
4:20. Jakiś pan pyta, czy obok mnie jest wolne. Mówię, że, niestety, zajęte, ale nie widzę nigdzie charakterystycznych blond włosów ani najdłuższych nóg na świecie. Mój mózg zaczyna aktywnie pracować: Ela wywaliła się na tym rowerze i nie ma jak zadzwonić po pomoc, już jest w szpitalu, może powinnam odezwać się do Tomka, może był wypadek, co się stało.
4:23. To nie są żarty, dzwonię do niej, choć jestem święcie przekonana, że nie odbierze telefonu, bo leży nieprzytomna w rowie. Ku mojemu zaskoczeniu odbiera. Okazuje się, że też jest na dworcu Górczyn, ale z drugiej strony i jakoś nie przyszło jej do głowy, żeby się ODWRÓCIĆ. Biegnie przez tory, pobija swój życiowy rekord, w autobusie brakowało tylko jej. Podróżniczka! Nowe Jorki, Sri Lanki, Madery i Paryże!

Gadamy non stop. Kiedyś Wam wspominałam, że Żelka jest jest jedną z osób, które lubię najbardziej na tej planecie, bo po prostu zaczynamy rozmowę tam, gdzie ją ostatnio przerwałyśmy i możemy dyskutować bez końca, a momenty ciszy nigdy nie są krępujące. Żela przywiozła mi słynną drożdżówkę, o której słyszę od stu lat, ale rzecz jasna ta, którą Żelunia ma ze sobą, akurat jest nieudana, to znaczy pyszna, ale nie taka kształtna. Naturalnie. Decydujemy się na drzemkę, w końcu cały dzień przygód przed nami. Budzę się już u celu, wyskakujemy z autobusu i o mało się nie przewracamy, zamiast nóg mamy makaron spaghetti, pędzimy do metra i na samym początku naszej eskapady odkrywamy, że Berlin nie jest przyzwyczajony do ludzi w kapeluszach - dziwne spojrzenia towarzyszą nam do końca podróży.

Mijamy Prinzenstraße. Jestem w siódmym niebie.
 
Najpierw śniadanie. Wybieramy  Le Bon, które otwarte jest od 9:30, a my zjawiamy się na miejscu o 9:00. Nie ma tego złego, spacer przedśniadaniowy pozwoli nam poznać okolicę i zaostrzyć apetyty. Do tej pory czuję ukłucie żalu, gdy przypomnę sobie tę piekarenkę, do której wiła się kolejka, Ty nie, Żelu? Spotykamy Sfinksa. Sfinksicę.


Wracamy do Le Bon, już otwarte! Siadamy, zamawiamy, a wszystko w menu brzmi niesamowicie kusząco. Żela zostaje przy starym, dobrym croissancie, a ja stawiam na ultrahipsterskie musli Birchera. Żela podchodzi do lady, ja pędzę do łazienki, bo jestem totalnie bez makijażu, a bez makijażu wyglądam jak dwunastolatka. Malowanie się w toalecie w Le Bon, a potem przy stoliku, należy do moich najfajniejszych wspomnień. Jemy, pijemy pierwszą kawę, stwierdzamy, że było pysznie, ale nie możemy się obijać, bo czeka na nas Blub Badeparadies, czyli opuszczony basen. Po drodze poznaję nowych kumpli.

Blub na zdjęciach robi niezwykłe wrażenie, lecz na żywo czegoś mu brakuje. Żela pragnie eksplorować tyły basenu. Ja tchórzę i zostaję przy bramie, bo wydaje mi się, że panowie z papierowymi kubkami kawy i wypchanymi torbami, którzy radośnie wchodzili przez połamane ogrodzenie, w torbach niosą zwłoki. Żela jest odważna (szkoda, że mimo wszystko się wokół siebie NIE rozgląda) i wchodzi z powrotem do basenu. Drepczę nerwowo przy trawniku. Prześladują mnie kolejne koszmarne wizje, w których Elżbieta umiera, a ja muszę płacić tysiące złotych za połączenia do Polski. Na szczęście wkrótce wraca, stwierdza, że widziała lepsze opuszczone miejsca (oczywiście), a podejrzani panowie robili sesję zdjęciową metalowcom. Znów doskwiera nam głód, wracamy do metra, wiatr zrywa Elżbiecie mój kapelusz z głowy. Natykamy się na:

Naziści, wypad z mojego bloga.

Na lunch idziemy do Tischendorf. Zachwycający w swej prostocie wystrój i bardzo sympatyczna obsługa umilają wcinanie wegańskich kanapek z batatowym kotletem (Rzabo, pozdrawiam Cię serdecznie). Ukradkiem obserwujemy dwie piękne panie, które ma ochotę się fotografować i kręcić o nich filmy. Potem fruniemy do - wedle podań i legend - jednej z najlepszych kawiarni na świecie, Five Elephant Coffee & Cake. Kawa jest idealna. Sernik jest perfekcyjny. Ciasto czekoladowe doskonałe. Obsługa zbyt zblazowana. Jesteśmy jednak ukontentowane, wpadamy jeszcze do ekologicznej, jak wszystko w Berlinie, cukierni i zaopatrujemy się w drobny prowiancik na drogę.

W międzyczasie ratuję Elżbiecie życie w drogerii DM. Nasza podróżniczka, podkreślam, włożyła buty z pozdzieranymi flekami, żeby je, cytuję, dobić. Jak Ty do tej pory przeżyłaś te wszystkie wojaże? Ale i tak myślę o Tobie z miłością.

Następny przystanek: Veganz. Nie rozumiem, dlaczego nie ma tego sklepu pod każdym blokiem. Gnamy tam głównie dla Rzaby, ale sobie też sprawiam drobiazg. Prawie kilogramowy drobiazg. Kupuję... musli Birchera. Przesiąknęłam ultrahipsterskością. Gdzie, jeśli nie w Berlinie? Himmel über Berlin wygląda tak:

Obejrzyjcie ten film.

Potem już tylko chwila na Alexander Platz (Lush!, Żela nadal nie łapie idei peelingu do ust) i Hackesche Höfe, gdzie po krótkim kluczeniu udaje nam się trafić. Bo nie na tych oczywistych podwórkach nam zależało, a na tych pokręconych i dziwnych. Jest tam specyficznie, nieco niebezpiecznie, ale bardzo intrygująco i ciekawie. U Żeli będzie więcej, z pewnością wyraźniej i dokładniej, ale tak widziało to moje amatorskie oko i rozpadająca się Nokia:



Beach Foam, Future Islands.


Po tylu latach chciałam ponownie zobaczyć Siegessäule, głównie z powodu Himmel über Berlin, ale nad to przekładamy Bonanza Coffee Roasters, siedzenie na placu zabaw, zażeranie się ciastem w ciepłym, powoli zachodzącym słońcu i zdążenie na powrotny autobus - rozsądne priorytety, prawda? Na stacji kupuję prasę, a Elżbieta wodę i słodycze, którymi zamierza rozpieścić mężusia chlejusia (główka bardzo bolała, Tomaszu?). Jako że zostało mi trochę drobnych, dorzucam się do sterty słodkości:


Frapująca nazwa firmy dociera do nas, gdy dwie godziny tkwimy na lotnisku Schönefeld. Ktoś nieopatrznie wpuścił do naszego autobusu osoby z błędną rezerwacją, które chciały dostać się do Bydgoszczy i Gdańska. Nie usłyszeliśmy żadnego wyjaśnienia, ani, co gorsza, żadnego przepraszam. Bardzo brzydko, Polski Busie. Nawet zmniejszenie opóźnienia do, bagatela, czterdziestu trzech minut nie jest żadną wymówką. Gorący i zimny nawiew, którym na przemian raczyli nas kierowcy, zapalił mi uszy i gardło. Mniam, antybiotyk.

Oglądamy zdjęcia. Sesja zdjęciowa Kejtera, kota państwa Nieśmigielskich.
- Wygląda tu jak down, co? - chichocze Elżbieta, a ja z nią, bo mamy po osiem lat. Nagle Elżbieta spogląda do tyłu i daje mi kuksańca w bok.
Jedziemy z kolonią osób cierpiących na zespół Downa.
Nie pozostaje nam nic innego jak z politowaniem poklepać się po plecach. Wyliczyłyśmy to zgrabnie i w listopadzie stuknie nam dziesięć lat znajomości. Planujemy uczcić to w szalony sposób.

A to moje ulubione zdjęcie z naszego wyjazdu. Zapewne nie powinnam tak mówić, mając w pamięci fantastyczne portrety, jakie zrobiło mi sprawne oko Żelżbiety, ale... Elu, wybaczysz?

You can't go on thinking nothing's wrong.

15 comments:

  1. Ej, droga redakcjo, bo ja się do Berlina wybieram w ten weekend w meloniku: myślisz że przeżyję te spojrzenia?

    ReplyDelete
  2. Damn it, to nie opłaca mi się zostawiać milionów w Lushu. W takim razie w poniedziałek zgłoś się na Gocław, powiedz R. żeś ode mnie i przygarnij co chcesz z mojej prywatnej drogerii.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Uwierzy mi, że jestem od Ciebie? Może umówmy się na jakiś znak rozpoznawczy.

      Delete
    2. Wytarczyłoby opowiedzieć mu jakąś kompromitującą historyjkę z mojego życia. Albo nazwać obie plagi jakie nawiedziły nasze mieszkanie, ooo!
      Niestety, wróciliśmy: ja, melonik, peeling do ust typu bubblegum i peeling do ust miętowy.

      Delete
  3. Muszę tam jechać koniecznie po ten peeling do ust, coś czuję, że to ta rzecz której potrzebuję
    bardzo mi się podoba "you're so porn baby" i historyjka o kocie z downem (może dlatego że samej mi się zdarza popełniać takie rzeczy)(a nie, chwila, tak wygląda moje życie generalnie)
    zazdroszczę takiego hop-siup na chwilę do innego miasta, pewnie miło się odpoczywa
    pozdrówka

    ReplyDelete
    Replies
    1. Pilnie. Jeśli potrzebujesz jej już teraz, to w Sephorze kupisz taki z firmy Pat&Rub. Cenowo wychodzi podobnie.

      (Generalnie przegrane życie, wiem, coś o tym.)

      Spróbuj kiedyś! Ja nie jestem podróżniczką, a bawiłam się wspaniale. Choć na jakiś czas przygód zdecydowanie mi wystarczy.

      Delete
  4. Nie podoba mi się ta notka z kilku powodów: za dużo pierdolisz po niemiecku, nie ma fotek z Twoją gębą oraz nie ma nic o mnie.

    Poza tym LOVE i cieszę się, że rozpoczęcie antybiotyku poprzedziły tak wielce interesujące wydarzenia, ale następnym razem pojedźcie na dłużej. Może wyjdzie z tego książka – Jej zdjęcia, Twoje bystre opisy. Zresztą co ja tam wiem o książkach i opisach, szczególnie o tych bystrych.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ileż można patrzeć na moją gębę?
      O Tobie piszę w co drugiej notce, natoliński wyzyskiwaczu.

      Ty wiesz bardzo dużo o bystrych książkach i opisach, rozłożysty pędzlu.

      Delete
  5. Caly swiat byl w Berlinie oprocz mnie. Podobnie z Londynem I Krakowem, ja nie wiem, o co chodzi.

    Ladne focie. Mam ochote na ten peeling do ust teraz (go sie zmywa, czy zjada?), pojde sobie zmacam, BO MOGE. Na to jedno emigracja sie przydala, na Lusha. Z ktorego nie mam nic a nic.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nigdy nie byłam w Paryżu, chyba się wyrównuje?

      Dziękuję za komplement, ale uwierz, że dopiero focie Elżbiety zwalą Cię z nóg!

      Peeling możesz albo zmyć albo zjeść.
      Lush jest czadowy, choć ceny mają kosmiczne, czasami aż za bardzo.

      Delete
  6. o nie, zanim zdążyłam skomentować, pojawiła się już nowa notka i zakryła starą, w której byłam głównym bohaterem. wstyd na mnie.

    dzisiaj przyszlam z pracy, polożyłam się spać i teraz wstałam. jak dobrze pójdzie to obrobię 5 zdjęć i napisze jedno zdanie i w ten sposób do końca maja Ci wyślę foty, yay!

    czy ja pisałam, że hitschlery były zaskakująco pyszne?

    mam dla Ciebie chmurki z edyburga, btw. myślałam o Tobie jak je robiłam.

    a wpisik piekny, bodaj Twój najlepszy. HE HE.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Wstyd na Ciebie. Chciałam poczekać z tamtą notką, ale uznałam, że wena nie może się zmarnować. Myślę jednak, że będę miała jeszcze trochę okazji, by tu o Tobie powspominać.

      Do końca maja to i tak nieźle, kochanieńka!

      Nie pisałaś. Ale bardzo mnie to cieszy. Mogę przypadkowo wybierać Wam cukierki.

      LOWE!

      Połechtałam, nie?

      Delete
    2. no raczej, jak ja sprostam :(

      Delete
    3. Wygrasz zdjęciami i poziomem dowcipu.

      Delete