26/04/2015

♪ foo fighters - gimme stitches

Koniec kwietnia, 20 stopni, słońce grzeje w plecy. Świadomie wkładam kurtkę, botki i szalik. Jestem chora, chrypię jak gruźlik, mam prawo się przegrzewać ile mi się zachce. Podążają za mną spojrzenia ludzi noszących szorty, koszulki i lekkie sweterki. Wyraźnie ich korci, żeby dać mi prztyczka w nos i zapytać, czy aby mi nie za gorąco. Dziewczyna, którą mijam na pasach, ubrana jest w bawełnianą szarą sukienkę z krótkim rękawem i z rozcięciem do połowy uda, w okolicach którego kurczowo trzyma materiał, żeby wiatr nie pokazał wszystkim wszystkiego. Na stopach ma czeszki.
Jestem ostatnią osobą na świecie w czapce.

Barbara w tym tygodniu nie przyjechała, bo obecnie i ona chrypie jak gruźlik, więc codwutygodniowego rytuału pieczenia chleba bananowego muszę dokonać sama. Prawie zemdlałam, gdy uświadomiłam sobie, jak bardzo odpowiedzialne to zadanie. Barbara we mnie wierzy i podaje mi listę składników na jeden bochen. Jestem szalona i rozrzutna (vide bilet na Foos za miliony złotych) i podwajam proporcje.

Masa wspaniale wygląda i wspaniale pachnie, już w tej chwili wiem, że uczeń przerósł mistrza. Tłumię swoje głupawe fobie i wysmarowuję masłem blachę (dotykanie masła - NIE). Wykładam ją papierem do pieczenia, przelewam doń masę o doskonałej gęstości, do której dodaję jeszcze kakao i przyprawę do piernika, ponieważ jestem ekscentryczna i przełamuję schematy.

Chleb piecze się pięknie. Pęka, wyrasta, ale nie podoba mi się, że wycieka z niego masło - dodałam za dużo, konstatuję, wyciągam chleb z piekarnika, zostawiam do ostygnięcia.

Rano odkrawam wielki kawał dla Agaty i Piotrka (wszak Tomek i jego delikatne podniebienie wzgardzą) i ze zdziwieniem zauważam, że ciasto w środku jest mokre. Nie upiekło się? Niemożliwe, musiało, sprawdzałam patyczkiem, zresztą zawsze jest wilgotne w środku, w porządku, nikt się nie otruje! Zawijam ciasto i lecę nauczać dziecko (napisać dla pani tren?), a potem razem z moją ulubioną parą i moim ulubionym dziecięciem ruszamy na wycieczkę na Okęcie oglądać samoloty. Bawimy się przednio, jak zawsze. W drodze powrotnej Agata i Piotrek wgryzają się w ciasto, smakuje im, choć jest bardzo, bardzo mokre. Czyż to nie jest ideał chleba bananowego? Moja wewnętrzna Nigella Lawson piszczy z radości na myśl o swoich niebiańskich umiejętnościach.

Wysadzają mnie pod domem, ja radosna - nareszcie odebrałam okulary przeciwsłoneczne, zasłaniają mi 3/4 twarzy, witaj bezmakijażowa wolności - bieżę do windy, gdy nagle uderza mnie pewien fakt.

Podwoiłam wszystkie proporcje poza mąką.

Zaczytałam się dziś w Disneylandzie Dygata tak, że spaliłam garnek. Poddaję się, jestem zupełnie nieprzystosowana do życia. Jak można odżywiać się tylko powietrzem?

Dopóki kuchenne rewolucje nie przekształcają się w te żołądkowe, zapomnijmy o sprawie. Od kiedy dowiedziałam się, że Foo Fighters zagrają w Polsce i to na osobnym koncercie, a nie na jakimś zapchlonym festiwalu (Faith No More, Prince, Pearl Jam), wiedziałam, że kupię bilet, choćbym miała płacić w dukatach i faktycznie mniej więcej tak wyszło. Próbowałam sobie ostatnio przypomnieć jak poznałam tych gagatków i nie wpadłam na nic sensownego. Na pewno nie przez Nirvanę, nigdy nie lubiłam Nirvany. Poza tym, gdy pomyślę o Grohlu w Nirvanie, to mam ochotę rżeć niczym konisko na łące. Czyżbym trafiła na FF tak, jak na większość mojej ulubionej muzyki, czyli przez nieodżałowane grono.net? Pamiętam, że zachwyciła mnie ich nazwa, a potem już poszło. Nosiłam niebiesko-czarne glany, bransoletki z ćwiekami i dumnie obnosiłam przypinkę Dave Grohl is God, gdzie ją zapodziałam? Ciułałam grosze, byle tylko kupić sobie koncertowe DVD Foos, a do ich oglądania przygotowywałam się niczym do skomplikowanego magicznego obrzędu. I teraz, gdy bilet na ich koncert spokojnie spoczywa w mojej szufladzie i w mojej skrzynce mailowej, codziennie przed snem zaciskam oczy i powtarzam: niech tylko zagrają Aurorę, niech tylko zagrają Aurorę (nie mam co liczyć na Gimme Stitches), niech tylko zagrają Aurorę.

21/04/2015

♪ the cars - drive

4:10. Polski Bus ospale wjeżdża na dworzec Górczyn w Poznaniu. Kierowca anonsuje to tak tubalnym tonem, że obudziłby umarłego, więc podrywam się na siedzeniu i czekam aż wsiądzie Żelunia, wyciągam z uszu słuchawki i przygładzam trochę włosy, długo się nie widziałyśmy, niech się biedaczka nie przerazi.
4:20. Jakiś pan pyta, czy obok mnie jest wolne. Mówię, że, niestety, zajęte, ale nie widzę nigdzie charakterystycznych blond włosów ani najdłuższych nóg na świecie. Mój mózg zaczyna aktywnie pracować: Ela wywaliła się na tym rowerze i nie ma jak zadzwonić po pomoc, już jest w szpitalu, może powinnam odezwać się do Tomka, może był wypadek, co się stało.
4:23. To nie są żarty, dzwonię do niej, choć jestem święcie przekonana, że nie odbierze telefonu, bo leży nieprzytomna w rowie. Ku mojemu zaskoczeniu odbiera. Okazuje się, że też jest na dworcu Górczyn, ale z drugiej strony i jakoś nie przyszło jej do głowy, żeby się ODWRÓCIĆ. Biegnie przez tory, pobija swój życiowy rekord, w autobusie brakowało tylko jej. Podróżniczka! Nowe Jorki, Sri Lanki, Madery i Paryże!

Gadamy non stop. Kiedyś Wam wspominałam, że Żelka jest jest jedną z osób, które lubię najbardziej na tej planecie, bo po prostu zaczynamy rozmowę tam, gdzie ją ostatnio przerwałyśmy i możemy dyskutować bez końca, a momenty ciszy nigdy nie są krępujące. Żela przywiozła mi słynną drożdżówkę, o której słyszę od stu lat, ale rzecz jasna ta, którą Żelunia ma ze sobą, akurat jest nieudana, to znaczy pyszna, ale nie taka kształtna. Naturalnie. Decydujemy się na drzemkę, w końcu cały dzień przygód przed nami. Budzę się już u celu, wyskakujemy z autobusu i o mało się nie przewracamy, zamiast nóg mamy makaron spaghetti, pędzimy do metra i na samym początku naszej eskapady odkrywamy, że Berlin nie jest przyzwyczajony do ludzi w kapeluszach - dziwne spojrzenia towarzyszą nam do końca podróży.

Mijamy Prinzenstraße. Jestem w siódmym niebie.
 
Najpierw śniadanie. Wybieramy  Le Bon, które otwarte jest od 9:30, a my zjawiamy się na miejscu o 9:00. Nie ma tego złego, spacer przedśniadaniowy pozwoli nam poznać okolicę i zaostrzyć apetyty. Do tej pory czuję ukłucie żalu, gdy przypomnę sobie tę piekarenkę, do której wiła się kolejka, Ty nie, Żelu? Spotykamy Sfinksa. Sfinksicę.


Wracamy do Le Bon, już otwarte! Siadamy, zamawiamy, a wszystko w menu brzmi niesamowicie kusząco. Żela zostaje przy starym, dobrym croissancie, a ja stawiam na ultrahipsterskie musli Birchera. Żela podchodzi do lady, ja pędzę do łazienki, bo jestem totalnie bez makijażu, a bez makijażu wyglądam jak dwunastolatka. Malowanie się w toalecie w Le Bon, a potem przy stoliku, należy do moich najfajniejszych wspomnień. Jemy, pijemy pierwszą kawę, stwierdzamy, że było pysznie, ale nie możemy się obijać, bo czeka na nas Blub Badeparadies, czyli opuszczony basen. Po drodze poznaję nowych kumpli.

Blub na zdjęciach robi niezwykłe wrażenie, lecz na żywo czegoś mu brakuje. Żela pragnie eksplorować tyły basenu. Ja tchórzę i zostaję przy bramie, bo wydaje mi się, że panowie z papierowymi kubkami kawy i wypchanymi torbami, którzy radośnie wchodzili przez połamane ogrodzenie, w torbach niosą zwłoki. Żela jest odważna (szkoda, że mimo wszystko się wokół siebie NIE rozgląda) i wchodzi z powrotem do basenu. Drepczę nerwowo przy trawniku. Prześladują mnie kolejne koszmarne wizje, w których Elżbieta umiera, a ja muszę płacić tysiące złotych za połączenia do Polski. Na szczęście wkrótce wraca, stwierdza, że widziała lepsze opuszczone miejsca (oczywiście), a podejrzani panowie robili sesję zdjęciową metalowcom. Znów doskwiera nam głód, wracamy do metra, wiatr zrywa Elżbiecie mój kapelusz z głowy. Natykamy się na:

Naziści, wypad z mojego bloga.

Na lunch idziemy do Tischendorf. Zachwycający w swej prostocie wystrój i bardzo sympatyczna obsługa umilają wcinanie wegańskich kanapek z batatowym kotletem (Rzabo, pozdrawiam Cię serdecznie). Ukradkiem obserwujemy dwie piękne panie, które ma ochotę się fotografować i kręcić o nich filmy. Potem fruniemy do - wedle podań i legend - jednej z najlepszych kawiarni na świecie, Five Elephant Coffee & Cake. Kawa jest idealna. Sernik jest perfekcyjny. Ciasto czekoladowe doskonałe. Obsługa zbyt zblazowana. Jesteśmy jednak ukontentowane, wpadamy jeszcze do ekologicznej, jak wszystko w Berlinie, cukierni i zaopatrujemy się w drobny prowiancik na drogę.

W międzyczasie ratuję Elżbiecie życie w drogerii DM. Nasza podróżniczka, podkreślam, włożyła buty z pozdzieranymi flekami, żeby je, cytuję, dobić. Jak Ty do tej pory przeżyłaś te wszystkie wojaże? Ale i tak myślę o Tobie z miłością.

Następny przystanek: Veganz. Nie rozumiem, dlaczego nie ma tego sklepu pod każdym blokiem. Gnamy tam głównie dla Rzaby, ale sobie też sprawiam drobiazg. Prawie kilogramowy drobiazg. Kupuję... musli Birchera. Przesiąknęłam ultrahipsterskością. Gdzie, jeśli nie w Berlinie? Himmel über Berlin wygląda tak:

Obejrzyjcie ten film.

Potem już tylko chwila na Alexander Platz (Lush!, Żela nadal nie łapie idei peelingu do ust) i Hackesche Höfe, gdzie po krótkim kluczeniu udaje nam się trafić. Bo nie na tych oczywistych podwórkach nam zależało, a na tych pokręconych i dziwnych. Jest tam specyficznie, nieco niebezpiecznie, ale bardzo intrygująco i ciekawie. U Żeli będzie więcej, z pewnością wyraźniej i dokładniej, ale tak widziało to moje amatorskie oko i rozpadająca się Nokia:



Beach Foam, Future Islands.


Po tylu latach chciałam ponownie zobaczyć Siegessäule, głównie z powodu Himmel über Berlin, ale nad to przekładamy Bonanza Coffee Roasters, siedzenie na placu zabaw, zażeranie się ciastem w ciepłym, powoli zachodzącym słońcu i zdążenie na powrotny autobus - rozsądne priorytety, prawda? Na stacji kupuję prasę, a Elżbieta wodę i słodycze, którymi zamierza rozpieścić mężusia chlejusia (główka bardzo bolała, Tomaszu?). Jako że zostało mi trochę drobnych, dorzucam się do sterty słodkości:


Frapująca nazwa firmy dociera do nas, gdy dwie godziny tkwimy na lotnisku Schönefeld. Ktoś nieopatrznie wpuścił do naszego autobusu osoby z błędną rezerwacją, które chciały dostać się do Bydgoszczy i Gdańska. Nie usłyszeliśmy żadnego wyjaśnienia, ani, co gorsza, żadnego przepraszam. Bardzo brzydko, Polski Busie. Nawet zmniejszenie opóźnienia do, bagatela, czterdziestu trzech minut nie jest żadną wymówką. Gorący i zimny nawiew, którym na przemian raczyli nas kierowcy, zapalił mi uszy i gardło. Mniam, antybiotyk.

Oglądamy zdjęcia. Sesja zdjęciowa Kejtera, kota państwa Nieśmigielskich.
- Wygląda tu jak down, co? - chichocze Elżbieta, a ja z nią, bo mamy po osiem lat. Nagle Elżbieta spogląda do tyłu i daje mi kuksańca w bok.
Jedziemy z kolonią osób cierpiących na zespół Downa.
Nie pozostaje nam nic innego jak z politowaniem poklepać się po plecach. Wyliczyłyśmy to zgrabnie i w listopadzie stuknie nam dziesięć lat znajomości. Planujemy uczcić to w szalony sposób.

A to moje ulubione zdjęcie z naszego wyjazdu. Zapewne nie powinnam tak mówić, mając w pamięci fantastyczne portrety, jakie zrobiło mi sprawne oko Żelżbiety, ale... Elu, wybaczysz?

You can't go on thinking nothing's wrong.

10/04/2015

♪ tennis system - such a drag

- Dzień dobry - mówię pokornie, widząc, że ktoś siedzi na moim miejscu; psychicznie przygotowuję się na walkę - ale mam miejsce 62.
- Pozabierali wagony, miejscówki są nieważne - chórem informują mnie pasażerowie.
Nie może być.
Podróż zaczyna się od godzinnego opóźnienia, które ostatecznie zwiększa się do osiemdziesięciu minut, ale przecież szczęśliwi czasu nie liczą, a ja jestem szczęśliwa jak świeża i różowa rzodkiewka, nie muszę jeść przez ponad osiem godzin, ani sikać w kiblu i) zarzyganym, ii) obszczanym i z zepsutym zamkiem. Trenuję swoją cierpliwość, jestem zen, nic nie wytrąci mnie z równowagi. Cały wagon wysłuchuje komentarzy politycznych pana z przedostatniego przedziału, gdybym robiła notatki, napisałabym z nich na boku drugi doktorat. Pan Pełen Poglądów spanikowany przebiega obok mnie, ma okulary w grubych oprawkach, wąsy, jest łysawy i grubawy, od razu widać, że nie można czuć się przy nim wygodnie. W Bydgoszczy zabierają wagony, mój został ostatni, mam przednie widoki przy kiblu, w którym rzygi wyglądają jak piękne, modernistyczne malowidło. Nie mogę usiedzieć na miejscu, urządzam sobie przechadzki, wyglądam przez każde okno, jestem uosobieniem łagodności.

Kupiłam blachę do pieczenia muffinów. Chrzanić pracę i wykształcenie, będę musiała wykarmić swojego męża i potomstwo swoje. Pierwsza partia wychodzi nieźle, ale czuję na języku proszek do pieczenia - wy nie czuliście, czy czuliście, ale nie chcieliście zrobić mi przykrości, kłamcy? Napędzana nowoodkrytą radością pieczenia, kupuję kolorowe papilotki, białą czekoladę i płatki migdałów, narobię muffinów na święta i zostanę Muffinową Magnatką, tak właśnie będzie, przybywam do domu, ostatnie dwa jajka, przygotowuję masę, och, jak pachnie, doprawdy niepojęte. Wstawiam blachę do piekarnika, nastawiam zegar na 20 minut i jako perfekcyjna gospodyni zabieram się za sprzątanie kuchni i mycie naczyń, żeby nie krzyczał mąż i żeby dziecko w mąkę nie wdepnęło. Po dwudziestu minutach z muffinków wycieka surowa masa, wyglądają, jakby chciały popełnić samobójstwo, co robi mąż mój i dziecko moje, a ja powstrzymuję się resztką zdrowego rozsądku. Zapał nieco opada.

Po co zresztą mam piec, jest sernik i jest keks, już kiedyś opowiadałam o swojej skomplikowanej relacji z keksem, który mógłby zastąpić każdy mój posiłek. Z keksa powstałam i w keks się obrócę. Ewentualnie w chmurę. Nadal zadziwia mnie niebieskość tamtego nieba i rozgwieżdżenie tamtych nocy. Kilkanaście lat temu była to dla mnie codzienność, zwykła i oczywista, niezmienna; pewnie nieistotna. Pies stał się lwem, najmilszym, najbardziej uroczym i najzabawniejszym lwem na świecie, o którym można pisać bajki.

- Zjedz sałatkę ze śledziem - zachęca babcia.
Przewracam tylko oczami.
- NO CO! - wykrzykuje.
- Nie jem mięsa - odpowiadam.
- Ryba to NIE MIĘSO! - podkreśla babunia. - Co ty, nie wiesz, jak mięso wygląda?
- Nie musisz zabić ryby, żeby ją zjeść? - pytam, będąc przekonana, że wygrałam tę bitewkę.
- NIE.
Byłam blisko.

Jestem starą konserwą, co boleśnie uświadamiam sobie, gdy na widok piętnastoletniej kuzynki w topie, który odsłania połowę jej brzucha, szukam dla niej swetra. Gdy opowiada, że jej dwudziestodwuletni kolega (...), a ja pytam, SKĄD MASZ TAKICH ZNAJOMYCH i to chórem z moją mamą. Witaj, definitywny końcu młodości.

Do stolicy wracam słynnym Pendolino. Faktycznie, na stacjach gra Chopin. Gra subtelnie i delikatnie, zapewne przedumny, że to on, a nie Dobrzyński, w tym rakietowo-delfinowym cudzie techniki w klawisze nawala.  Pasażer obok popija syrop na zgagę. Zobacz, jaka ładna pani będzie siedzieć obok ciebie. DING DONG, rozbrzmiewa nagle, zdezorientowana podskakuję w fotelu, Witkacy podskakuje na moim kolanie, GDAŃSK GŁÓWNY, podskakujemy z Wiciem ponownie, a tu już z powrotem gra Fryderyk, lekko i z uśmiechem, potrząsając burzą loków. I tak co stację. DING DONG MALBORK, przerywane dyskretnym Fryderykiem. DING DONG.