19/02/2015

♪ prince - starfish and coffee

Oglądamy spektakl Apokalipsa (dla mnie 8/10, głównie za monolog Gelnera o ścierwie; dla Moni 6/10). W międzyczasie płonie most. Gdy wracamy, wybuchają fajerwerki i całe niebo staje się jasne, a my myślimy, że to łuna bijąca od płonącego mostu. Jesteśmy głodne jak wilki, pierwsze metro to przejazd techniczny, a w kolejnym jedzie chłopak, z którym studiowałam (piszę to słowo z trudnością, preferowałabym czas teraźniejszy) na pierwszym roku. Jest on znakomitym przykładem człowieka, który nie do końca rozumie, jak działa rzeczywistość. Stoi przy drzwiach z dziewczyną, ona trzyma różę, czerwoną oczywiście, w lekko drżącej dłoni. Na ucho opowiadam Moni, jak to zabawnie było na studiach z koleżką. Przyznaję jednak, że widok jest rozczulający. Wysiadają.

Na klatce schodowej króluje zapach marihuany; powietrze jest wręcz gęste. Bez problemu mogę się zaciągnać i poczuć to samo, co radośni sąsiedzi.

Jestem potwornie zmęczona. Zasypiam od razu po przyłożeniu głowy do poduszki.

Parę dni wcześniej śnią mi się bardzo mocno bardzo dziwne sny. Słyszę muzykę, tak wyraźnie, jakbym zasnęła przy włączonej płycie, a przecież nie zasypiałam przy muzyce, to przecież nie jest dźwięk mojego budzika, a w głowie rozbrzmiewa w kółko i w kółko Lost in the Woods, budzę się do tej melodii; muszę tego słuchać cały dzień. Całymi dniami.

W niedzielę wstaję stosunkowo późno, z trudem dowlekam się do wanny, z trudem wychodzę na krótki spacer, żeby porządnie się obudzić. Na zewnątrz wiatr zrywa czapki, jest przeraźliwie zimno, ale i przeraźliwie pięknie. Udaje się, mam coraz lepszy humor, a o 21:00 zobaczę Afghan Whigs, czy mogłabym marzyć o czymkolwiek innym?

Maluję usta, próbuję naprawić włosy i resztę twarzy (nawet jeśli: Wygląda pani pięknie, nie można oderwać od pani wzroku); wychodzę. Nagle przez moją drogę przebiega wielki i tłusty czarny kot. Oczyma wyobraźni widzę, jak łamię sobie nogę, potykając się na schodach albo mdleję i wzywają karetkę i publiczność mnie tratuje, bo przerwałam koncert.

Kilka przystanków później wsiadają studenci najgorszego sortu; studenci, którymi się pogardza; studenci obrzydliwie tępi, ściągający, nie czytający i chlejący tanie piwa w Indeksie; siadają na końcu autobusu i po wyczerpujących dywagacjach o tym, gdzie konkretnie jest ten Natolin i gdzie konkretnie jest ta Konwiktorska, śpiewają (pseudo)hymn SGGW. Fantastyczny support.

Wysiadam, pędzę, wchodzę do środka, znajduję idealne miejsce na schodach, widzę cały zespół. Dostaję smsa z pytaniem, czy jestem na koncercie; znajome machają z pierwszego rzędu, ale odpisuję, że zobaczymy się potem. Nie lubię stać z przodu na koncertach - swoją ukochaną muzykę czuję wystarczająco w środku, w sobie, muszę trzymać rękę na sercu, żeby ono nie wypadło, czasami na najbardziej energicznych utworach chcę tylko stać i wsłuchiwać się w tekst, dźwięk, nie chcę ani skakać, ani wymachiwać rękoma. Zostaję na swoim doskonałym miejscu, podczas pierwszej piosenki na bis Greg Dulli przechodzi obok mnie dwa razy, światła kierują się na nas, nie mogę się już szerzej uśmiechać.

Dwie godziny mijają jak dwie minuty. Po koncercie podbiegam do dziewczyn, jednej z nich udaje się zdobyć pałkę perkusyjną; setlist nie ma już dawno.

Idziemy na backstage. Idziemy na drinki, na grzane wino, na wszystko.
Ain't Nobody leci przynajmniej dwa razy.

(...)

Od tego czasu oglądam świat z innej perspektywy, ktoś nałożył nań filtr; wspaniale jest tak widzieć, choć aż kości bolą z nieprzyzwyczajenia.

6 comments:

  1. To trochę jakbyś żyła w instagramie, to o tej metaforze z filtrem.

    Mi sie ostatnio śniła marsylianka, cały dzień musiałam nucić. Żałuje, ze nie nasz Mazurek, mogłabym przynajmniej dumnie śpiewać, w końcu znam słowa.

    Czyli koncert pięknie udany?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Żyję o wiele lepiej niż w instagramie. Koncert udany najpiękniej.

      Delete
  2. mnie śniło się, że pod blokiem nocami jest tartak.

    ReplyDelete