26/01/2015

♪ the neighbourhood - sweater weather (little daylight remix)

Właściwie to lubię poniedziałki. Kiedy niedziela z całą swoją miałkością zbliża się do końca, od razu mi lepiej. Mieszkanie jest wypucowane (choć resztkami sił), ja jestem wypucowana i stosunkowo nienaganna (nie wiem, jakim cudem), paznokieć w odcieniu bliżej nieokreślonym lśni (klasa). Poniedziałek jest pełen obietnic: napiszę, nauczę się, zrobię, pojadę, spotkam się i to wszystko od poniedziałku właśnie będę sukcesywnie realizować. Od pewnego poniedziałku. Oczywiście.

Na pytanie jak tam twój doktorat? reaguję alergicznie. Bo, jak można się domyślić, ogólnie to nijak, a w szczegółach to nawet bardzo nijak. Ale jeśli pyta kursant, któremu pokazuję niemieckie światy, to nie mogę go od razu zdzielić przez łeb, tylko grzecznie odpowiadam:
- No... yyy... eee... dobrze jakoś.
(He, he, he.)
- A jak twoje projekty?
- No... yyy... eee... może pojadę na dwie konferencje.
(He, he, he.)
- A co potem?
(Rozbiegany wzrok, panika, drżące ręce.)
- Ale że po konferencjach?
(Przeczuwanie, co nadciąga; odsuwanie tego w czasie.)
- Nie, po doktoracie.
(Po doktoracie to dla mnie aktualnie jak dotarcie do szmalu po drugiej stronie tęczy - niemożliwe, a przede wszystkim, NIEISTNIEJĄCE.)
- No... yyy... eee... jestem na pierwszym roku, więc nie wiem czy mi się w ogóle uda... eee... Ale chciałabym zostać na uczelni i habilitować się i w ogóle takie tam.
(Za takie wypowiedzi i w ogóle - od razu profesura.)
- Fajnie. Fajnie, że masz cel. Super. A masz jakąś alternatywę?
(Nareszcie to skończymy.)
- Tak. Zabić się.
- Aha... to ten... cześć.

W supermarkecie namiętnie podrywał mnie - na oko - trzyletni chłopiec, ciągnąc za szal i włosy. Wróżę sobie zatem wspaniałą starość. Będę sponsorką wszystkich młodych i aspirujących ursynowskich raperów, a oni będą robić mi masaże i herbatę na wspomożenie trawienia.

W sobotę - spójrzmy prawdzie w oczy - zabawiałam się. Zabawiałam się ostro z Agatą, mężem Agaty oraz synem ich. Graliśmy w Arkham. Moi złoci, co to za gra, można się od niej nabawić spoconych skroni i migotania przedsionków; moja bohaterka przy okazji wariowała co i rusz, więc nie za bardzo pomogłam moim dzielnym współgraczom (trzeba było nie wybierać studentki, tylko wziąć tego kolesia z nieskończoną skutecznością).
W pewnym momencie jednak - najwidoczniej dokazywałam za bardzo - nieświadomość pokazała mi, gdzie ma moje radosne spędzanie czasu i przedstawiła resztkom mojego mózgu wiele wizji, w których - mniej więcej - umieram, a wątpia me robią sobie ze mnie jaja, więc musiałam czym prędzej opuścić Natolin apartaments™, żeby gospodarze piękni nie musieli patrzeć, jak się rozkładam. Rzecz jasna, gdy tylko wyszłam na zimną, natolińską noc, magicznie ozdrowiałam. Chciałam wziąć rozbieg i wpaść na pierwsze drzewo. Hipochondria to jest jednak nieśmieszne skurwysyństwo.

Miałam poprawiać beznadziejny konspekt i wydusić z siebie beznadziejny abstrakt beznadziejnego artykułu, ale, że tak powiem, nie składa się. Jedyne wyjście idzie mi wybornie, czytam jed(y)ną kartkę dziennie, bo po dwóch od razu chce mi się spać.

Załączam pozdrowienia,
Najbardziej Leniwa Dziewczyna Na Całym Świecie aka The Laziest Girl in the World.

PS KWD zaczęła myć włosy w pracy, ponieważ gdy schną same, mają ładniejszy skręt.
PS 2 Jako że rozstanie z moim blue screenowym komputerem na chwilę obecną mnie przerasta, znalazłam genialne wyjście z sytuacji - trzymam go na poduszce, albowiem laptop rozwalił się na pewno od stania na twardym biurku. Jestem chora psychicznie.

28 comments:

  1. Dżizas, pamiętam, jak mnie WSZYSCY, nawet obcy ludzie pytali, jak tam magisterka. Chciałam powybijać sku*wysynów.
    Dziękuję, dobranoc.

    ReplyDelete
    Replies
    1. A pisałaś też licencjat czy ominęła Cię ta przyjemność? Bo ja miałam to przy licencjacie, magisterce i mam teraz. Delicje.

      Delete
    2. wohooo, mnie licencjat ominal, naszej grupie licencjackiej uwierzyli na slowo, ze umiemy pisac i nikt niczego od nas nie chcial. ale za to proces powstawania magisterki - bez zadnego doswiadczenia ani jakiegokolwiek punktu odniesienia - to istna droga krzyzowa. ja malo nie zostalam matkobojczynia.

      i jeszcze chcialam dodac, ze kocham "the neighbourhood" i kochalam before they were cool. i nawet caly album mam.

      Delete
    3. Wyobrażam sobie. Ja miałam mnóstwo chwil załamania przy licencjacie (o depresji), a przy magisterce chciałam podciąć sobie żyły (o schizofrenii).

      A ja Ci powiem, że ich nie kocham chyba ani trochę. Trafiłam przypadkiem na ten remiks i zawładnął on uszami memi, więc pomyślałam, że zespół sam bez remiksów musi być pyszny, a taki jakiś przezroczysty jest. Może to nie to miejsce i nie ten czas /łza/.

      Delete
    4. Sama jesteś przezroczysta.

      Delete
  2. rację masz, jest cos nie tak z niedzielą. miałka to dobre slowo. sobota taka super, a w niedzielę zawsze mam zjazd.

    a od trzymania na poduszce Ci się może przegrzać, więc uważaj ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Pomyśl, jaki zjazd dopiero nadchodzi.

      Spoko. Jest na gwarancyji. Hehe.

      Delete
    2. Niedziela jest do dupy, bo zwiastuje koniec wszystkiego. Przynajmniej u mnie. Skoro u Lu zwiastuje początki, znaczy że nie ma depresji. Znaczy że zdrowa. Ja chętnie brałam w „Dzienniku” dyżury niedzielne w imię wolnego innego dnia w tygodniu. Nikt nie chciał wtedy pracować, a ja szłam z przyjemnością – bo co lepszego można zrobić z tym gównianym dniem, gdy wszystko jest zamknięte? Niedziela jak zaraza. Odrażający dzień tygodnia.

      Delete
    3. Dopiero koniec niedzieli zwiastuje początek! Okolice 23:59. Reszta niedzieli to marazm i śmierć. Powinna być jakaś ustawa, która nakazywałaby przesypiać niedziele.

      Delete
  3. Z włosami to na pewno prawda. Podpowiedz KWD żeby trochę je pougniatała, skręt będzie jak ta lala.
    Jak nie dadzą mi etatu po doc to zakładam restaurację. Postanowione, i jaka ulga. Ja nic już nie muszę, lalalala, nic nie muszę.

    ReplyDelete
    Replies
    1. KWD, słyszysz?
      Czy ja mogę być tam kelnerką, proszę? Jakby co. Bo wiadomo, jak to z tymi etatami.

      Delete
    2. Zapraszam :) Będziemy w pracy jeść, radować się i weselić, i żadnych doktoratów.

      Delete
    3. o ugniataniu, serum na końcówki, fluidzie podkreślającym skręt mówił mi mój fryzjer; dopiero od miesiąca lokiszcza moje mam, wciąż się ich uczę

      Delete
    4. Henrietto, dziękuję, dziękuję serdecznie!
      Dziś podczas mycia naczyń wyobrażałam sobie moje życie bez doktoratu wiszącego nad moją głową. Było wspaniale.

      Delete
  4. Chcialam jeszcze sie podzielic z Toba - jako fanka kodeiny - ze to naprawde najlepsza rzecz na swiecie. od DWOCH TYGODNI umieram na katar, kaszel, goraczke i cale zlo tego swiata, ale mieszam przed snem kodeine z naproksenem i mam pozniej najpiekniejsze sny na swiecie. A gdy wstaje rano, nie moge doczekac sie pory wieczornej, gdy znowu zasune z koktajlem. Nie docenialam sily farmacji.

    do not try this at home.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Kodeina ♥ naproksen ♥ a ketonal też lubisz?

      I pilnuj się tam! Dwa tygodnie to niepokojący wynik.

      Delete
    2. Ketonal jasne, ale mimo wszystko to naproksen zostaje moim numerem jeden. Mi tam pomaga na wszystko! Taki faworyt.

      Pilnuje sie, poszłabym nawet na zwolnionko jak normalny człowiek, ale walczę o umowę na czas nieokreślony, wiec póki oddycham, nie dam im wygrać!

      Delete
    3. Pod koniec roku nałykałam się tyle tego świństwa, że na razie unikam wszelkich tableteczek, ale naproksen wspominam z rozrzewnieniem.

      Znam ból. Nie poddawaj się!

      Delete
    4. Ketonal? Pfff, przecież to nie działa.
      Amatorki!

      Delete
    5. im dłuższa kreska, tym lepiej się czuję.

      Delete
  5. Jesteś najsłodziej chorą psychicznie osobą na tym łez padole. Sobota była wyborna, a poza tym: rozumiemy. Jest tam jeszcze gdzieś wśród bohaterów jakaś pinda z wiolonczelą (?), która też ma świetne zdolności, ale chyba była w pudle z dodatkami, następnym razem trzeba będzie ją zatrudnić.

    ReplyDelete
  6. ja zawsze patrzyłam na to tak. jak piszesz magisterkę albo i ten licencjat, no to możesz powiedzieć jeszcze, że życie zmusza do takich, a nie innych zachowań społecznych. jak już się uda, a przeważnie w końcu się udaje i po całym tym wkurwianiu się na siebie, że dlaczego nie jestem normalna i nie mogę normalnie po trochu napisać i przez rok by się napisało samo.. jak po tym wszystkim idziesz i kurwa robisz to wszystko jeszcze raz, tyle, że teraz na poważnie zamierzasz pisać doktorat to moim zdaniem nie ma, że boli. chcesz to pisz, nie chcesz to przestań. ja pomyślałam o tym w ten sposób i nie poszłam na doktorat, chociaż chcieli, żebym poszła. nie poszłam. nie nie nie.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Po tym wszystkim, czego się codziennie dowiaduję, a o czym nie miałam zielonego pojęcia wcześniej, jeszcze nie wiem, co będzie.

      Chcę bardzo, tylko lubię jęczeć. Ok?

      Delete
    2. Ja tez bym se poszła (ale nikt mi nie proponował, nie błagał ani chyba nawet by nie chciał), mimo tego całego wkurwiania sie na siebie, świat, profesorów i całe środowisko naukowe... Przy pisaniu dzieła życia przynajmniej coś sie działo, wiecie, emocje, niedosypianie, ludzie, rzeczy, zjawiska. A teraz chuj nie życie, robo i sen, czasem na nielegalu film z torrentow i witamina c przed snem. Boże co za marazm.

      Tez uwielbiam jęczeć. Wiec obstaje przy przekonaniu, ze bym sie nadawała.

      Delete
    3. a ja bym nawet nie mogła pogłębić moich nadzwyczaj wartościowych badań, które poczyniłam w pracy magisterskiej, bo w międzyczasie zlikwidowali „Dziewczynę”. To o czym doktorat? o języku "Cosmo"? coś z pogranicza językoznawstwa i psychologii: Jak rozwijałaby się psychika młodych kobiet, gdyby w miesięczniku „Cosmopolitan” poziom tekstów był o co najmniej trzy stopnie wyższy?

      Delete
    4. Nie czytalyby, nie rozwijalaby sie.

      Jezykoznawstwo <3 <3 <3

      Delete