20/12/2015

♪ b i g s l e e p - ghosts

- Ma pani świetne wyniki, poza żelazem. Żelazo jest bardzo niskie. Unika pani mięsa?
No i klops, sojowy.
- Mmm... jestem wegetarianką.
/wstrzymać oddech/
- Ludzie są mięsożerni, proszę pani. Minie jeszcze wiele lat ewolucji, zanim odzwyczaimy się od jedzenia mięsa, na pewno jeszcze nie teraz.
Przygrywa orkiestra dęta, pożerając weselne kurczęce uda.
- Mmm.
Ciekawe jak by zareagowała, gdybym teraz wstała i zrobiła fikołka na środku gabinetu.
- Proszę suplementować żelazo i wrócić za miesiąc na badania krwi.
Po południu pojechałam do Żaby i jadłyśmy wegańską pizzę z burakiem. Oglądałyśmy głupie programy i poszłyśmy spać. Niedobór żelaza to pyszna wymówka na wszystko: nie pójdę na uczelnię, nie będę uczyć się na egzamin, nie ugotuję obiadu, nie posprzątam, nie odbiorę telefonu, nie odpiszę na żadne wiadomości, już nigdy.

Od kursantki z okazji świąt dostałam aniołka z czekolady (figurka z mlecznej czekolady pusta w środku), bo kocha zajęcia ze mną. Chciałabym być takim aniołkiem z czekolady; ktoś by wziął i mnie zjadł i byłoby po wszystkim, a tak to trzeba jeszcze trwać, prawdopodobnie nieskończenie długo - przecież łykam żelazo i jem tyle pietruszki, że nać wkrótce zacznie mi wychodzić uszami. Wyglądam już lepiej, bladość nie jest chorobliwa, nie boli mnie podejrzanie głowa, choć nadal prawą część twarzy muszę traktować wyjątkowo delikatnie, nie jestem bezczelnie wyczerpana. Uosobienie, przytłoczonej nieco, radości, która spogląda na świat spod półprzymkniętych powiek i stara się nic nie rozumieć, żeby się nie męczyć.

Poszliśmy z Wojteczkiem na ciasto, kawę (nie wolno mi) i na spacer. To skandal, że w grudniu noszę jesienny płaszcz, pod nim mam tylko cienką niebieską/granatową/kobaltową bluzkę, a czapkę miętoszę w ręku. Gdzie zaspy śniegu, oblodzone chodniki i Buka, czająca się za rogiem? Nie podoba mi się to. Podoba mi się tylko ciemność, zaczynająca się o godzinie piętnastej.

Zaprzyjaźniliśmy się z wiewiórką. Uciekała od dzieci, które chciały zwabić ją na zrozpaczoną basiębasiębasię, a ona biegła za nami. Skręciliśmy w lewo.

Basiabasiabasia. Pięknie pozowała profilem.

She would imagine the various bacteria waiting in each block of ice. She counted bacteria instead of sheep.
- A Book of Common Prayer, Joan Didion
Zasypiam o 22:30, budzę się dwie godziny później i trwam w niebycie do 4:00 albo i 5:00, zrywam się przed budzikiem, który nastawiony jest na parę minut po ósmej. Czy to potrwa, dopóki nie zemdleję kolejny raz i nie obiję się cała po lewej stronie, dla odmiany?

Próbowałam znaleźć swoje postanowienia na rok 2015. Nie pamiętam, gdzie je zapisałam, nie ma ich w moim kalendarzu (w miejscu na notatki przekrój cytatów od Updike'a przez Witkaca do Husserla i Heideggera, strasznie ze mnie pretensjonalny snob; jest jeszcze lista zakupów na przyjęcie urodzinowe, spis wszystkich stanów USA i proste rosyjskie słowa, żeby nie zapomnieć cyrylicy), czy były na osobnej kartce? Jeśli tak, gdzie ona jest? Było ich dziesięć albo piętnaście. W tym roku nie postanawiam niczego, bo można się od tego tylko pochorować.

- Jak zamierzasz udowodnić, że ci bohaterowie z książek faktycznie odczuwają pustkę i napisać o tym pracę magisterską?
- Nie mam zielonego pojęcia - odpowiadam, przesuwając rodzynki po talerzyku, otwierając małą paczuszkę cukru i rozsypując go po znużonych rodzynkach. - Naprawdę nie wiem.

09/12/2015

♪ the 1975 - medicine

Jestem bardzo zmęczona.
Nogi mam miękkie, nie mogę ustać prosto. Mam wrażenie, że albo nigdy nie usiądę, albo nie wstanę. Że oprę się o tablicę i rozpłaczę. Z pracy wychodzę wyczerpana, wykończona, wycieńczona. Boli mnie głowa i ciągle chcę spać, ale nie mogę, bo muszę uczyć innych, uczyć siebie, pisać esej. Mam szramę pod prawą brwią. Kładę się do łóżka i nie mogę zasnąć. Dramacik w jednym akcie. Nużącym i przydługim akcie.

Omdlenie i zapaść, R55. Zapaść brzmi okropnie, jak wyrok, śmierć, koniec.
Zemdlałam w zeszłym tygodniu, brzydko obijając sobie prawą stronę ciała. Nie mogłam na niej spać, bolała mnie twarz, bolały mnie dziąsła. Zdarta skóra nad ustami i siniaki. Gdyby nie Żaba, która mnie ukoiła w ten straszny dzień, i KWD, która sprawdzała, czy oddycham, nie wiem, co by się stało. Leżałabym na tej podłodze w kuchni ze spuchniętą szczęką, aż blok rozpadłby się na drobne kawałki, a mnie rozdziobały kruki i wrony.

Badania krwi, neurolog, kardiolog, EKG. EKG, które jest gówno warte. Ciśnienie w porządku, źrenice dobrze reagują, pani doktor ma na sobie foliowe jednorazowe rękawiczki, elektrody są zimne. Wydaje mi się, że jestem przezroczysta. Czuję ucisk w klatce piersiowej, nie wiem, czy będę miała za chwilę zawał, czy to nerwy, czy to wszystko, o czym starałam się zapomnieć, zdecydowało się wyjść, przywalić mną o ziemię i nie pozwalać zasnąć. 

Próbuję, pewnie, że próbuję. Zastanawiam się, dlaczego niektóre mandarynki są w papierku, a inne nie. Piekę i gotuję. Czytam Didion i myślę, jak wspaniale byłoby nią być. Kupuję świeżo wyciśnięty sok anty-stres, bo nie będę się przecież stresować. Wmawiam sobie, że kawa nie istnieje. Nie zapominam o płynie do płukania, uzupełniam kalendarz na przyszły rok, maluję paznokcie, nie sprawdzam maili, nie załapuję się na seminarium, bo pada USOS. Server error.

Czekam na ratunek. Na zbawienie. Na cud. Nie mogę tego wytrzymać. Nie mam pojęcia, jak przywrócić poprzednie proporcje czasowi, którego w ogóle już nie kontroluję. Może nie powinnam, ani jednego, ani drugiego. 
Przyjmuje pani zaproszenia na fejsbuku od swoich uczniów? Niezdrowo wyglądasz. Jesteś strasznie blada. Wyglądasz na bardzo zmęczoną.
Jestem bardzo zmęczona.

27/11/2015

♪ the blue nile - let's go out tonight

Zdjęcie mogła zrobić tylko Elżbieta.
Her expectations of herself were of utter perfection, and each time she fell short of perfection she was filled with an unbearable plunging despair that threatened to shatter her like a cheap mirror.
- Suicide as a Sort of Present, Brief Interviews with Hideous Men, David Foster Wallace
Tegoroczne przyjęcie urodzinowe było wspaniałe pod każdym względem - nie tylko dlatego, że moja mądra doktorancko-magistersko głowa postanowiła kupić świeczki w kształcie koników cyrkowych. Najważniejsi byli ze mną, gdy 21. listopada wkroczyłam w wiek starczy. Dość powiedzieć, że imprezę zwieńczyło wspólne oglądanie filmu porno o Smerfach (przy okazji serdecznie pozdrawiam trafiających tu po hasłach marcin bosak nago oraz sandra korzeniak nago - przepraszam, że nie posiadam żadnych zdjęć). Kiedy siedzieliśmy w pokoju KWD, która spisała się na medal w roli senior event menagera, zażeraliśmy się kokosowym tofurnikiem wypieku Żabki, śmialiśmy do rozpuku i opowiadaliśmy historie, ze wzruszeniem spoglądałam na tych wszystkich ludzi, których lubię najmocniej. Znają mnie tak dobrze, słuchają tego, co do nich mówię i chcą sprawić mi radość, a to, że ktoś robi coś z myślą o mnie i chce, żebym była szczęśliwa, nie zawsze mieści mi się w głowie. Nie mam pojęcia, czy zmieści się kiedykolwiek.

2015 jest dla mnie o wiele lepszy niż 2014. Jest łagodniejszy, nie atakuje znienacka. Jasne, że działy się rzeczy, które wywracały świat na drugą stronę i dobitnie przypominały, że nic nie jest czarno-białe, choćby nie wiadomo jak się chciało, bo w czerni i bieli jest łatwiej. Nie można było zasnąć i nie można było wstać, leżało się bezczynnie na łóżku, gapiło w sufit i myślało gdyby, kiedyś, może, chyba. Chodziło się na długie spacery, namiastki ucieczki. Upiekło się mnóstwo ciast, babeczek i ciasteczek, ugotowało litry zup, czytało książki, zapamiętywało cytaty i naprawdę słuchało muzyki, ze słuchawkami na uszach, czując każdy dźwięk i każde słowo. Jeśli mogę być czegoś pewna w tym swoim rozchwianym jestestwie, to tego, że nie przestanę się zachwycać. Nigdy.

Nadal jednak nie jestem tutaj. Nadal jestem zawieszona pomiędzy przeszłością i przyszłością, panicznie bojąc się wylądować na stabilnym gruncie teraźniejszości. Doskonale wiem, jak było; wyobrażenia o tym, jak będzie, mamią i niebezpiecznie koją; świadome ocenianie tego, co teraz wyprawiam i co się ze mną dzieje jest ponad moje siły.

W kwietniu czeka nas przygoda dzięki prezentowi od KWD. Zrelacjonuję wszystko (jeśli dotrwam). (Oto waga słowa dzisiaj w moim życiu).

17/11/2015

♪ allen toussaint - southern nights

August Strindberg napisał piękny dramat pod tytułem Do Damaszku. Właśnie ta sztuka w reżyserii Klaty wywołała skandal. Erotyczne sceny kazały paru oglądającym wykrzyczeć oburzenie podczas spektaklu i wyjść. To, czego nie rozumiem i nie potrafię zaakceptować, to naruszanie czyjejś wolności w imię swojej, którą uważa się za jedyną godną szacunku.
NIEZNAJOMY: Czy jest pani osobą religijną?
KOBIETA: Ja jestem niczym.

Ja również.

W krakowskim MOCAK-u. Wspaniałe miejsce.

- Co zrobiłam nie tak ze swoim życiem? - wzdycham ciężko, gdy KWD opowiada o kliencie, który mógłby banknotami wylepić swoje wielkie mieszkanie.
- Cóż, poszłaś na doktorat, drugie studia, jesteś nauczycielką... czy mam wymieniać dalej?
Chichocik raczej gorzki.

Foo Fighters nie zagrali Aurory i było to jak rozżarzone żelazo tuż obok mojej twarzy, które miało mi pomóc odskoczyć i tym samym wyrwać ząb przywiązany nitką do płotu. Wybaczenie przychodzi z trudem, bo Aurora uratowała mi życie, gdy miałam siedemnaście albo osiemnaście lat, było bardzo zimno, wiatr boleśnie uderzał w twarz i cała trzęsłam się od płaczu w Mieście Portowym Szczecin. Usłyszenie jej na żywo byłoby idealnym zwieńczeniem tego cholernego gówna.

Nie zmienia to jednak faktu, że zanim Foos weszli na scenę, a ja grzecznie siedziałam na trybunach i arktyczny nawiew w Tauron Arenie mroził plecy, ciężko było mi powstrzymać wzruszenie, bo kocham ich od lat; co też mogło być przed nimi?

Tuż przed, moment, chwila.
 
Podczas Best of You ledwo utrzymałam się na nogach. Na nagraniu widać mnie przez dwie sekundy; trzymam ręce na piersiach, ponieważ boję się, żeby nie wypadło mi serce z nadmiaru emocji. To najbardziej zachwycający irracjonalny lęk na świecie.

Listopad jest dla mnie miesiącem, często okropnych, wspominek i znienacka pojawiają się w oczach szklanki, a tu trzeba wyjaśnić kursantom różnice między present perfect simple i continuous (proszę nas nigdy więcej nie opuszczać, żądają), parafrazować przemowę Nixona na proseminarium, umyć wannę mleczkiem lawendowym, skupić się na tym, co śpiewa do mnie D'Angelo. Znikąd - ha, znikąd! Z głębi trzewi, które za parę dni będą starsze o kolejny rok - pojawia się ochota na czytanie książek, które czytało się zamiast podręcznika do geografii, odgrzebywanie muzyki, z którą kiedyś się zasypiało, przeglądanie pamiętników i zdjęć, co nie jest najmądrzejsze, umówmy się. Dorosły człowiek tak nie robi, na litość. Dorosły człowiek nie zapomina odpowiedzieć na maile, na pewno nie na te oznaczone wykrzyknikiem, je marchewkę i chodzi spać o 22:30. Czasami zaciskam oczy i myślę sobie, że kiedy je otworzę, będę już na zawsze dorosła i nie będę robić głupot. Czy to autozaprzeczanie? Gdyby tak móc poddać się redukcji fenomenologicznej. Albo lobotomii.

Magda, na szczęście, zawsze wie, co powiedzieć; wie także jak nadać rozmaitym sprawom odpowiednie proporcje i przegrywa ze mną spektakularnie w Uno (ja przegrywam spektakularnie w Scrabble). Lżej oddychać, choć w Krakowie straszą smoki i smogi. Niezrażone spacerujemy wszędzie, oglądamy Prinsa na wielkim ekranie Marysi (dziękujemy, Mario!) i jemy ohydny makaron z brokułami (brokuły były niezłe). Kraków jest dla mnie brutalnie dobry, nie wiem więc, czy przeprowadzka to dobry pomysł, choć tutaj, w Stolicy Wszystkiego, zaczynam się tym Wszystkim dławić. Ucieczka zawsze mi wychodzi. Ku obrzydzeniu innych.

She had a sense the dream had ended and she had slept on.
- Joan Didion, Play It as It Lays

02/11/2015

♪ gallant - jupiter grayscale


Diamonds on a silver platter weren't enough.

Przyznaję, że na chwilę dołączyłam do smarkających studentów. Na krześle obok ułożyłam Mount Everest ze zużytych chusteczek. Jednakowoż! Siedziałam na samym końcu sali i czytałam Bukowskiego zamiast robić notatki (ambicje w roku akademickim 2015/2016 skończyły się 20 października 2015). Myślałam o tym, jak wspaniale byłoby zjeść ciepłą zupę. Siedzieć pod kocem w pingwiny. Nie chodzić do pracy z zatkanym nosem i bolącym łbem. Skoro jednak jestem bohaterką życia nowoczesnego, a w nowoczesnym życiu pracuje się na umowę zlecenie, trzeba było iść do pracy z zatkanym nosem i bolącym łbem. Bawiliśmy się wcale nieźle. Zawsze bawimy się wcale nieźle.

To bardzo trudny temat i raczej odradzałbym go studentom, ale nie pani, mówi prowadzący proseminarium i robię się tak szczęśliwa, że mam ochotę uśmiechać się do obcych na ulicy, ale ta dziwna chęć, ku uldze mojej i obcych na ulicy, szybko przechodzi. Zastanawiam się, co miałby do powiedzenia na mój temat mój opiekun naukowy ze studiów doktoranckich. Nasuwam czapkę bardziej na czoło i chowam się w szalik.

Jedziemy z Żabą na Powązki. Jest chłodno, ja nadal nie mam rękawiczek, a Żaba zapomniała wziąć z samochodu szalika. Żaba ma okropny katar i pełno chusteczek w Smerfy w kieszeni, więc niezabranie szalika było dość kretyńskie, prawda, Żabko? Dziewczyny chodzą po cmentarzach, stwierdza na nasz widok obcy facet, który mija nas razem z innym obcym facetem. Po czym innym mamy chodzić, przecież Aleja Zakochanych z Ani z Zielonego Wzgórza nie istnieje. Na Powązkach jest pięknie i bardzo ciepło od wszystkich świec. Księżyc jest wielki i bardzo blisko, wydaje się, że można wyciągnąć rękę i go dotknąć. Łazimy różnymi alejkami i gadamy o sensie życia; nie ma lepszego miejsca na akurat taką rozmowę. Odwiedzamy Mirona Białoszewskiego i Stanisława Dygata (przeczytajcie Disneyland). Bardzo mocno pachnie marihuaną. Nie wierzymy własnym nosom, ale gdy grupka zwiedzających puszcza w eter pytanie: czujecie trawę?, wiemy, że się nie myliłyśmy. Po chwili zaczyna pachnieć przetrawionym jabolem. Wspaniały dzień.

Chciałabym gorąco pozdrowić osobę, która trafiła na tego wątpliwej jakości bloga po haśle "koszulka z Witkacym co sądzicie". Sądzimy (ja i wszystkie moje osobowości), że koszulka z Witkacym jest czadowa. Mamy (ja i wszystkie moje osobowości) jeszcze taką z Gombrowiczem. Gorąco polecamy (ja i wszystkie moje osobowości).

Weak defenses are the only things you’ve got.

18/10/2015

♪ twin shadow - turn me up

- Ustaliła już pani, jaki to mit Witkacego?
- Ćpun, kretyn, idiota, nie wie, o czym pisze.
Myślę tylko o tym, że rozorałam sobie pół twarzy, chce mi się spać, jestem głodna, włożyłam koszulę, której rękawy ubabrałam i nie uczesałam włosów. A stoję na środku sali i prowadzę dywagacje na temat swojego doktoratu. Którego fizycznie nie ma, dodajmy. Istnieje tylko w mojej głowie.

W takich sytuacjach zastanawiam się, dlaczego ludzie, gdy wchodzę do sali i zaczynam perorować o wymowie palm czy o tym, jak tworzy się passive voice, decydują się mi zaufać. Przecież wyglądam jak rozczochrany żul. Sama na swój widok zapewne bym uciekła. Oto właśnie mój problem - w wakacje w sali obok mnie lekcje prowadziła niesamowicie elegancka lektorka. Zawsze na obcasie, w spódnicy, z nienagannie ułożoną fryzurą. Ja, oczywiście, chodziłam w dresie, trampkach i koszulce z Witkacym. (Witkacy na zawsze.) I pamiętam, że pewnego dnia, w ten cholerny, masakryczny upał, weszłam podczas zajęć do łazienki, by umyć ręce, a ona przed lustrem poprawiała szminkę koloru koralowego.

- A pani dlaczego czytała rozprawy doktorskie?
- W poszukiwaniu taniej sensacji. Kojarzą państwo Marka Goliszewskiego?

Gdy marznę późnym wieczorem na przystanku, przypominam sobie o czterdziestu stopniach i od razu mi lepiej. Tęsknię jednak za dwiema wakacyjnymi rzeczami: tęsknię za uczuciem roztapiającego się asfaltu pod stopami - jedyna chwila, gdy zostawiasz po sobie trwały ślad na tej ziemi - i za uczuciem ulgi, która na mnie spływała, gdy po skończeniu zajęć wchodziłam na Pole Mokotowskie i otaczał mnie nagły chłód i nagła, kojąca ciemność.

- Wiesz, że zmienili wymagania? Sprawdź zasady otwarcia przewodu doktorskiego. Teraz najlepiej byłoby wydać książkę.

Czy mogłabym wydać tego bloga jako książkę? Czy ten blog nadałby mi tytuł doktora? Oto prawdziwy test dla każdego blogaska. Czy dzięki opowiadaniu o tym, jak nie chcesz być stara, bo starzy ludzie pachną wilgocią i śmiercią, można zostać doktorem?
Darujmy sobie odpowiedź na to pytanie.

12/10/2015

♪ d'angelo - higher

Zaczynają się już. Glutowe arie operowe. Nie słyszę, co mówi wykładowca, ponieważ co chwila ktoś głośnym smarkiem udowadnia swoją obecność. Lub kaszelkiem z głębi trzewi. Ktoś musi sięgnąć po chusteczki higieniczne dziesięć sztuk w opakowaniu i wyjść z sali, bo złapał go glut gigant, więc przechodzi przez ludzi i zamyka drzwi z trzaskiem. Gdy wchodzi z powrotem do środka, też zamyka drzwi z trzaskiem. A ja pytam, jaki był odsetek samobójstw wśród kalwinistów (zadziwiająco niski; lubili cydr).

Dobrze jest być znów studentką. To obecnie jedyna rzecz, dzięki której zachowuję jako taki balans. Naprawdę nie potrafię w życiu robić nic poza uczeniem siebie i uczeniem innych. Chciałabym, czasem marzę w metrze, gdy nie mam żadnych assigned readings, być korpodziewczyną. Pracować od 8:00 do 17:00, wracać do domu i zapominać. Trzepać te 2500 (brutto) jako junior, może 3500 (brutto) jako senior. Może miałabym już kredyt i kawalerkę na Targówku Fabrycznym. Może miałabym ekspres do kawy i ajfona sześć plus. Na pewno nie męża. Miałabym to wspaniałe ustabilizowane życie, które śni się ludziom po nocach, i mama byłaby dumna. 

Stabilizacja. Na samą myśl o tym słowie cofa mi się obiad sprzed tygodnia (pewnie zupa cukiniowa).

By uratować swoją rozklekotaną duszę przed zapaścią ostateczną, pojechałam do Elżbiety, żeby na leżakach ("park przy Starym Browarze") puszczać bańki i grzać się w ostatnim słońcu. Żeby przekonać się, że wszystko, co chciałyśmy odwiedzić, jest zamknięte. Żeby Elżbieta pogubiła prezenty, które jej przywiozłam (znalazły się dwa dni później!). Żeby łazić po Wildzie i prawdopodobnie spotkać tam kogoś. Żeby patrzeć, jak ładnie odbija się świat w fontannie ("park przy fontannie"). Żeby wypić najgorszą kawę w życiu w nowo otwartym miejscu niedaleko dworca.

Elżbietko, żywię dużo dobrych uczuć wobec Ciebie.

Tydzień później Elżbieta z Tomaszem przybywają do Warszawy. Tym razem nic nie jest zamknięte, bo wszystko jest zajęte, a starsza pani w pomarańczowych szatach zajmuje całą kanapę i dwa stoliki. Gdy wychodzi, szybko rzucamy się na wygodniejsze miejsca i zauważamy, że starsza pani zostawiła pół kawałka tortu czekoladowego (gluten free). Namawiamy Tomka, żeby zjadł. Trochę się krępuje. Nie je. Cienias! Ja puszczałam bańki w komunikacji miejskiej! Elżbieta przywozi mi kolejne zdjęcie do kolekcji oraz przepyszny blok czekoladowy, który w amoku zjadam, nie bacząc na ból zęba. Ząb zaczął boleć od razu po moim powrocie z Poznania. Przypadek? Doprawdy nie sądzę. Pewnie to kara za grzechy (nie opuszcza mnie kalwinistyczna aura, jak widać).

Bardzo się boję, że sobie nie poradzę. Nieradzenie sobie jest czymś, co przeraża mnie prawie tak samo jak wojna, a wojna to coś, co przeraża mnie najbardziej na świecie. Tymczasem przybieram dziarską minę, maluję usteczka i idę pokazać kursantom, jaka jestem super i sprawić, że rok ze mną będzie najlepszym rokiem w ich życiu.

30/09/2015

♪ the 1975 - head.cars.bending

- O, co to? - pytam moją dwunastoletnią uczennicę, wskazując na fioletową pieczątkę well done, obok której widnieje fioletowa uśmiechnięta minka.
- Pani zaczęła nam stawiać pieczątki za aktywność na lekcji... - mówi z wahaniem w głosie.
- I co ty na to?
- Czy ja wiem. To takie... dziecinne.

Ktoś nieustannie wierci w ścianie, suficie, podłodze. Każda sekunda wiercenia w ścianie, suficie, podłodze wwierca mi się w mózg. Od godziny ósmej rano do godziny ósmej wieczorem. Dokąd ten ktoś chce się przewiercić? Gdy wiercenie na chwilę zamiera, słyszę miarowe łupanie techniawy zza okna. Chwilami słyszę i wiercenie, i miarowe łupanie techniawy zza okna. To wyraźnie mi uświadamia, że żyję.

Na początku myślisz, że ci niedobrze. Że będziesz rzygać. Gorycz w ustach, ciężar w brzuchu. Trudniej się oddycha. Masz wrażenie, że nie wstaniesz, nie podejdziesz do drzwi i nie wysiądziesz, tylko do końca życia będziesz jeździć metrem. To nie jest grypa żołądkowa. To jest bliżej niesprecyzowane uczucie, które dręczy. Może to smutek. Może to niechęć. Obrzydzenie. Złość. Czasami myślisz, że się rozpłaczesz, ale nie możesz, bo musisz umyć naczynia i zrobić pranie, bo masz zajęcia, bo uczysz innych, co to inwersja, bo idziesz na uczelnię, bo robisz notatki i przemoknie zeszyt; rozmaże się pióro. Drżą ręce, nogi i usta, ale to z zimna, tak sądzisz, wystarczy, że napijesz się kawy, zgodnie z zaleceniem Ping Pong Barbary, która cię odwiedziła, na podwójnym espresso, rozgrzejesz się i wszystko wróci do normy. Nadzieja jest płonna.

Uczniowie lubią rozmawiać ze mną na różne tematy, nie tylko na te związane z gramatyką i słownictwem. W końcu uczę ich tyle czasu; jesteśmy prawie kumplami. Musisz lubić ludzi, skoro jesteś nauczycielką, prawda?, pytają albo swobodnie stwierdzają fakt. Nienawidzę ich, odpowiadam z kamienną twarzą.
Kursanci wybuchają śmiechem. Niezły żarcik.

There are these two young fish swimming along and they happen to meet an older fish swimming the other way who nods at them and says:
"Morning, boys, how is the water?"
And the two young fish swim on for a bit, and then eventually one of them looks over at the other and goes:
"What the hell is water?"

- David Foster Wallace

24/09/2015

♪ wale - the girls on drugs

Budzę się i jest mi bardzo miło, bo miałam bardzo miły sen. Śniło mi się, że mam psa. Wspaniale jest mieć psa we śnie, bo pies we śnie nie śmierd pachnie psem, nie je, nie robi kupek, nie zostawia sierści na sweterkach, nie trzeba go odrobaczać.
A potem robi mi się jakby nieswojo i powoli dociera do mnie kolejny sen minionej nocy, mianowicie: Jan Wieczorkowski odłączający doktora House'a od kroplówki i wyrzucający jego ciało przez okno, prosto do rzeki.
Jeśli potraktować doktora House'a jako mój doktorat, miałoby to resztki sensu. Jeśli nie, to kwalifikuję się do leczenia zamkniętego.

Wyobraźcie sobie, że nareszcie porozmawiałam z moim opiekunem naukowym na rozmaite tematy. Brak głębszych przemyśleń.
- Napracowała się pani - mówi sz. p. prof. z lekkim przekąsem, przeglądając moje sprawozdanie za rok akademicki 2014/2015.
- Owszem - odpowiadam, czując, że pocę się jak dziki świniak.
- A jak w ogóle pani idzie ten doktorat? - pyta nonszalancko, podpisując się na dostarczonym przeze mnie stosie papierów.
- Wybornie - odpowiadam, czując, że pocę się jak dziki świniak.
- Oczywiście. Tutaj akurat coś mógłbym jeszcze dopisać...
- Nie marnujmy pana talentu - mówię, czując, że pocę się jak dziki świniak.
- A wie pani, w ten weekend będę spacerował uliczkami Lizbony.
Na samą myśl o uliczkach Lizbony pocę się jak dziki świniak.
- No, wynocha - żegna mnie sz. p. prof., bardzo z siebie zadowolony.
Obiecałam, że przyniosę mu porównanie oryginału i tłumaczenia Szewców. Na szczęście nie sprecyzowałam daty oddania.

Pierwszy dzień jesieni to również pierwszy dzień mojego przeziębienia. Boli głowa, szumi w uszach, drapie w gardle. Leżę więc krzyżem na łóżku (w koszulce Prince'a) i marzę o rychłym końcu wszechświata. Mam gęsią skórkę z zimna. Czekam. Zastanawiam się, jaki jest sens istnienia. Do tej pory nie przeczytałam Heideggera, do tej pory więc nie wiem. Po co w ogóle wstawać co rano i kichać w metrze. Zacinać się nożem przy krojeniu warzyw i patrzeć, jak sączy się krew; przecieka plaster w statki kosmiczne i planety. Udawać, że chce ci się z kimś gadać. Tracić na kogoś czas. Pić kawy w knajpach. Męczyć struny głosowe, wyjaśniając, że w języku angielskim można używać czasów przeszłych, by odnieść się do przyszłości i teraźniejszości. Mój repertuar obejmuje mierzenie sobie temperatury przynajmniej raz dziennie i nieustanne sprawdzanie wielkości węzłów chłonnych.

Przemawia Philip Larkin:

This Be The Verse

They fuck you up, your mum and dad.
They may not mean to, but they do.
They fill you with the faults they had
And add some extra, just for you.

But they were fucked up in their turn
By fools in old-style hats and coats,
Who half the time were soppy-stern
And half at one another's throats.

Man hands on misery to man.
It deepens like a coastal shelf.
Get out as early as you can,
And don't have any kids yourself.

Dobranoc.

15/09/2015

♪ miguel - coffee

Zatem poszłam do mojego opiekuna naukowego. Zniesmaczona tym, że wkrótce będę się przed nim płaszczyć i - subtelnie - udowadniać mu, że mój intelekt naprawdę istnieje, pokornie stawiam się pod salą 316 o godzinie 12:50, mając w pamięci słowa mego Mistrza i Natchnienia, który rzekł, że będzie rezydować w swoim gabinecie od 12:00 do 14:00.
Nikogo nie ma. Widzę, że w pokoju świeci się światło.
Myślę, że może umarł.
Rozpoczynam tułaczkę od sekretariatu do sekretariatu, od piętra do piętra, by w końcu zalec pod 316 i czekać. Na cud. Na worek pieniędzy, który zleci z nieba idealnie pod moje stópki. Na zniknięcie syfów z mordy. Na zmywacz do paznokci, bo odprysł mi lakier.
To chyba żart, dumam nadal, skoro go tam nie ma, po co świeci się światło? Czy będąc utytułowanym literatem, można mieć aż tak wywalone na ekologię? Humanistyka w tym kraju upada, psorze!
Naciskam, pukam i stukam, zapomniawszy o honorze i wstrzemięźliwości.
Cisza.
Po godzinie odchodzę. Całkowicie pokonana. I tak źle wypełniłam dokumenty, bo, zdaje się, mam obecnie do mojego doktoratu stosunek mocno obojętny. A raczej: żaden.

Nic nie odbija mi się większą czkawką niż droga ku naukowej sławie. Czy ktoś zdobył ją tylko dzięki czytaniu książek w łóżku? Czy mogę być pierwsza?

Ruszył book club! Marzyliśmy o nim, ponieważ mamy po osiemdziesiąt lat i literatura to jedyne szczęście w naszym życiu; narkotyki już za mocno trzepią. Dyskusja odbyła się na poziomie najwyższym. Nikt na nikogo nie krzyczał, nikt nikomu nie przerywał, nikt nikogo nie walił książką po łbie. Kiedy dotarliśmy do pytań egzystencjalnych (odwieczna walka zła i dobra w człowieku), uznaliśmy, że czas na pizzę.

Plakat Kabaretu Warszawskiego w środku nocy odkleił się od ściany i zleciał mi na łeb; przerażona zerwałam się z łóżka na równe nogi. Od tamtej pory kiepsko sypiam. W tej chwili plakat zwinięty w trąbkę leży w szafie. Na ścianie została lepka plamka, którą widzę przez swój nędzny, lekki sen. Źle czekać, gdy nie wie się, na co.

*
Osobie, która na tego bloga trafiła przez hasło czy Muminek kocha Migotkę, chcę powiedzieć, że oczywiście. Muminki i Prince to jedyne tematy, w których czuję się ekspertem.

07/09/2015

♪ the weeknd - real life

Nie zamierzam narzekać, wręcz przeciwnie. Jest cudownie. Jest zimno, dostaję wiatrem w twarz, deszcz puszy mi włosy, jest zimno. Nareszcie. Nie chciałam niczego więcej poza owijaniem się szalikiem piętnaście razy, szybkim wiązaniem koka, żeby zmieścił się pod kaptur i noszenia botków zamiast vansów. Jesień to dla mnie początek. Prawdopodobnie będzie tak jeszcze przez dwa lata. A potem? Potem może się zabiję.

I only want 2 see u underneath the (purple) rain.

Pierwszy winyl Prince'a przywiozłam z Berlina, kiedy byłam hasającą licealistką i z matematyki miałam dwójkę, a nie pałę. Weszłyśmy do jakiegoś antykwariatu na Ku'dammie. Gdy zauważyłam Purple Rain między półkami, myślałam, że oszaleję z radości. Winyl kosztował 8 euro i zostanie uratowany jako pierwszy, jeśli na Ursynowie wybuchnie pożar. Nie wybuchnie; za bardzo leje. Czekam, aż deszcz zmieni się w śnieg. Wtedy dopiero będzie idealnie.

Jutro idę do swojego opiekuna naukowego. Nie mam zielonego pojęcia, po co. Zabawnym znajduję fakt, że żeby zaliczyć rok studiów, szanowny pan prof. musi wystawić mi opinię. Mam wielką nadzieję, że ma jakiś wzór, którym może się posłużyć w moim wypadku, ponieważ moim jedynym doktoranckim osiągnięciem jest to, że ten rok w ogóle przeżyłam. Dostałam się na kolejne studia magisterskie, owszem, lecz nie mają one nic wspólnego z moim doktoratem. W samym tylko sierpniu przeczytałam dziewięć książek, ale nie są one choćby luźno związane z moją pracą. Jestem wspaniała. Nabiłabym siebie na pal, gdybym nie była skończonym tchórzem.

Do osiągnięć, choć zdecydowanie nie tych doktoranckich, można zaliczyć również to, że nie jestem już nędznym piekarzem, który zapomina podwoić proporcje albo nie wie, kiedy ciasto jest za rzadkie lub za gęste. Jestem teraz piekarzem, który w środku nocy, gdy nie może zasnąć, gdy czuje gnębiący go smutek i żal, miesza w jednej misce składniki suche, w drugiej mokre, szybko je łączy, wkłada do piekarnika i czeka na pęknięcia na cieście. Jeśli coś mi nie wychodzi to tylko dlatego, że wrzucam do masy za dużo owoców czy czekolady, bo chcę przedobrzyć, bo chcę, żeby wszyscy byli szczęśliwi.

Naczytałam się Céline'a i ciągle chce mi się płakać. Po pierwsze, nigdy nie będę tak pisać*, po drugie, ludzie to kłamliwe kurwy.


*- Najchętniej zostałabym pisarką, najlepiej bogatą - mówię mamie.
- Nie ma takich - słyszę w odpowiedzi.

13/08/2015

♪ gallant - weight in gold (ta-ku remix)

Aparat ortodontyczny zaczęłam nosić w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Jako że byłam wtedy młódką, był to aparat ruchomy, więc zakładałam go w domu, po posiłkach i do snu. Nie miałam nic przeciwko aparatowi; byłam wręcz zdziwiona swoim brakiem sprzeciwu. Nosiłam go chętnie i jak tylko najdłużej mogłam. Zazwyczaj wybierałam tęczową akrylową płytkę. Prawdopodobnie dzięki mojemu nieprawdopodobnemu zdeterminowaniu leczenie prędko się skończyło. Na ostatniej wizycie ortodontka zapytała, czy chciałabym zatrzymać aparat. Chciałam. Sądziłam, że może się jeszcze przydać, jak by tak znienacka skrzywił mi się ząbek. Tęczowe ustrojstwo schowałam, jak zwykle, do różowego pojemnika i upchnęłam w szafce. Oczywiście nie założyłam go nigdy więcej, a on tkwił i tkwił na półce. Nie pamiętam, kiedy się go pozbyłam. A dziś w nocy śniłam, że go znalazłam, gdzieś. Włożyłam do ust, przecież aparat nie zrobi mi krzywdy. Gdy go wyjęłam, lewa jedynka była cofnięta i ledwo co trzymała się dziąsła; płynnie przeszłam do kolejnego snu, tuż zanim ząb odpadł. Drugi sen skończył się tak, że powiedziałam One day I will come*, obudziłam się, była trzynasta, o trzynastej trzydzieści musiałam wyjść.

W sobotę pojechałam do Poznania spotkać się z  Elżbietą, bo ją, tak po prostu, lubię. Zrobiłam się bardzo szczęśliwa, gdy wysiadłam i, tradycyjnie, zaczęłyśmy kontynuować naszą rozmowę od momentu, w którym ostatnio się urwała. Zjadłyśmy bardzo dużo bardzo dobrych rzeczy (zapamiętać: Poznań w weekendy otwiera się od 10:00 - nawet mimo świętego przekonania Żelżbiety, że jest inaczej, bo skoro w dni powszednie hulać można od 7:00, to w weekendy z pewnością od 9:00, ba, od 8:00 - przed 10:00 można siedzieć w Ogrodzie Zamkowym i jeść wymiętolone po podróży muffiny z porzeczkami), spotkałyśmy się z Natalką i jej kapeluszem, nie obaliłyśmy mitu La Ruiny, mit trwa i trwać będzie, ponieważ to faktycznie jedna ze wspanialszych knajpek w całym wszechświecie, dla tych serników i kawy po wietnamsku można oszaleć; złożyć coś w ofierze. Paliłyśmy potajemnie papierosy, bo w głębi ducha mamy lat piętnaście i buntujemy się przed rodzicami. Dowód:

Papieros mentolowy orzeźwia w czterdziestostopniowym upale.

Odwiedziłam słynne mieszkanie państwa Nieśmigielskich i bawiłam się wspaniale z ich kotem (nie znoszę kotów). Państwo Nieśmigielscy spożywają nieumyte jagody, a na jagody sikają lisy. Tak tylko zaznaczam. By sprawiedliwości stało się zadość, przyznaję, że Elżbieta umyła dla mnie maliny. Doceniam, Elżbietko. Gdy mąż Elżbiety opuścił nas, by szaleć na grillu, na którego przygotował sałatkę ananasowo-czosnkową (ponoć smakuje lepiej niż brzmi), my też zaczęłyśmy szaleć. Ja, na przykład, rozebrałam się do stanika. Ale bez przesady.


Średnik dyskretnie zaznacza swoją obecność na karku. Disorder to Joy Division. Podobno Ian Curtis napisał Disorder o swojej epilepsji. Dla mnie ten utwór mówi o czymś zupełnie innym, disorder na moich plecach mówi o tym czymś zupełnie innym. Kiedy pierwszy raz usłyszałam I've been waiting for a guide to come and take me by the hand wiedziałam, że to o mnie. Kwintesencja mnie jest tam, w tych słowach, co, jeśli dobrze się nad tym zastanowić, jest kurewsko straszne.

Kiedy patrzę na siebie, na swoje plecy, na tym właśnie zdjęciu, widzę jakąś bezbronność, trochę lęku, strachu, niepewności. Trochę Pendulum, trochę [...] bo istniało takie prawo życia, wyjątkowo okrutne i nader sprawiedliwe, wymagające od człowieka, by dojrzał lub zapłacił jeszcze wyższą cenę za to, że się nie zmienił (Mailer, Jeleni park).

Kilka ostatnich chwil przed moim odjazdem spędziłyśmy w Taczaka 20. Zrobiłam tam Elżbiecie piękne zdjęcie, prawdziwa ze mnie artystka, per aspera ad astra:

Królowa fotografii w swoim żywiole.

Elżbieta orzekła, że się spisałam, więc chyba spoko. Nikt nie będzie negować sztuki, prawda? Dobrze, że widzimy się wkrótce, dowcipnisiu.

Zrobiłam się bardzo nieszczęśliwa, gdy wsiadłam do pociągu powrotnego i to nieszczęście trzyma mnie do teraz bardzo mocno. Nie wpadam miękko w życie, nie obejmujemy się radośnie ramionami; boleśnie się z nim zderzam i mam od tego siniaki na nogach.


*kłamałam

04/08/2015

♪ iamamiwhoami - fountain

Jest minimalnie przed dziewiątą, a może to już dziewiąta. Wchodzę do biurowca, winda jak zwykle zamyka się przed moją zaspaną i kretyńsko opaloną twarzą, ale jakaś szczupła dłoń blokuje drzwi, mogę wsiąść. Grzecznie dziękuję. Winda pełna jest korporacyjnych twarzy i ciał w korporacyjnych ubraniach, ja w swoim rozciągniętym sweterku, dresie i vansach pomagam współpasażerom przenieść się w świat książąt i żebraków. Wysiadam na trzecim piętrze, jak zawsze, jak zawsze nie mogę powstrzymać się od myślenia, że recepcjonistka jest strasznie nieszczęśliwa i czekam na swojego korporacyjnego ucznia, któremu na mój widok opada szczęka i przeprasza mnie, że nie odwołał zajęć, ale urodziny żony, rozumiesz. Pewnie, że rozumiem. Zrywam się rano, budzę pod chłodnym prysznicem, mechanicznie wkładam do ust łyżkę z musli, próbuję nadać sobie poważny wygląd, chowając rumieńce pod warstwą pudru, jednocześnie słuchając FKA twigs i półprzytomna idę do metra, w którym jednym okiem rzucam na Mailera (na razie mi się podoba, ale naczytałam się, że Jeleni park przypomina Wielkiego Gatsby'ego i straciłam przynajmniej 1/4 przyjemności z lektury, Wielki Gatsby to jęczybułowatość do kwadratu), a drugie zamykam, by złapać trochę snu, żeby rozumieć.

W zeszłym tygodniu obejrzeliśmy z Wojteczkiem Als wir träumten w kinie Praha. Donoszę, że Wojtek się SPÓŹNIŁ. Film doceniamy, polecamy, przede wszystkim tym, którzy mówią językiem naszych zachodnich braci, bo chwilami napisy sięgały dna den niezgodności z oryginałem. Motywem przewodnim W rytmie marzeń (oto przykład dna den) jest piosenka Moderat, A new error, która dobitnie i mnie, i Wojteczkowi uświadomiła, że jesteśmy w dupie z naszymi życiami, bo kompletnie nie wiemy, co z nimi robić. Stoisz na rozdrożu i cudem wybierasz jakąś drogę, raczej na oślep, a strach obejmuje nawet koniuszki twoich włosów, okazuje się, że ta nowa droga to kolejne cholerne rozdroże, ile to może trwać, jak długo można to ciągnąć, kiedy będzie prosto, jasno, nie pod górkę? Czy to nie jest tak, że kiedy człowiek kończy 25 lat, to otrzymuje magiczną księgę, w której jest napisane jak żyć i jak podejmować decyzje, a autorem tego opasłego tomiszcza nie jest Martin Heidegger, ani, tym bardziej, Friedrich Nietzsche? Do listopada zamierzam karmić się nadzieją. Dziwnie jest nie mieć pojęcia, co dalej. Jeszcze dziwniej jest je stracić. Kiedyś byłam pewna, mogłam recytować plan na swoją świetlaną przyszłość zerwana z łóżka w środku nocy, prawdopodobnie to mnie zgubiło. Gdy człowiek, który żyje przyszłością, nagle traci jej wizję i musi zacząć faktycznie zderzać się z teraźniejszością, bo zapodział to, co go przed nią chroniło, utyka w bardzo niebezpiecznej próżni, mierzy sobie temperaturę kilkanaście razy dziennie, potrząsa histerycznie głową, bo chce się obudzić, wierząc, że to zły sen, drżą mu powieki.

Z okazji urodzin Witolda G., które są dziś, a co odnotowuję, bo jestem górnolotnym intelektualizmem podszyta, życzę sobie posiąść jego mądrość. Za piskliwy głosik dziękuję.

W portfelu noszę złote konfetti, które przypomina mi o jednym z najważniejszych wydarzeń w moim życiu, o koncercie Prince'a. Jakiś czas temu, płacąc w osiedlowym warzywniaku, do dziesiątaka przyczepił się jeden złoty pasek. W niemym przerażeniu obserwowałam, jak pani warzywniakowa ściąga go z banknotu z wyraźnym niesmakiem i upuszcza na podłogę, nie byłam w stanie zareagować. Little red corvette, 3:00-3:17.

27/07/2015

♪ red hot chili peppers - especially in michigan

Pracę igły słyszę bardzo wyraźnie. Jest przeraźliwie głośna, wibruje w uszach, blokuje każdy inny dźwięk. Kiedy rozdziera mi plecy, boli, bardzo, w ogóle się tego nie spodziewałam, ale siedzę bez ruchu i czekam; może tylko przygryzam wargi. Myślę, że krwawi, choć nigdy nie krwawiło, faktycznie, zero krwi. Wracam spokojnym spacerem przez Pole Mokotowskie i to ten etap, kiedy jeszcze nie wierzę. W domu, zaraz po prysznicu, spoglądam w lustro. Chce mi się płakać ze szczęścia, ale przecież nie mogę zrobić z siebie skończonej kretynki, górnolotne intelektualistki chlipią tylko na smutno.

To poniedziałek. W piątek wieczorem piekę brownie z czerwonej fasoli, które smakuje mnie, KWD i nieśmigielskim, z którymi spotykam się w niedzielny poranek w moim ulubionym miejscu do jedzenia czegokolwiek, opychamy się, nabijamy z ludzi i zachwycamy się tym, jacy jesteśmy czadowi, bo przecież jesteśmy.

Wtorek, 3:30. Mętny wzrok, włosy w nieładzie i torba na podłodze. Próbuję zrozumieć, co tu się dzieje. Ach, tak, za chwilę wychodzę na ostatni nocny autobus, żeby dostać się na dworzec centralny, bo jadę do Zakopanego, pierwszy raz w życiu, do czego aż nie wypada się przyznać, mając na uwadze moją (teoretycznie) nieskończoną miłość do Stanisława Ignacego Witkiewicza. Niespodziewanie przyjemnie jest obserwować, jak miasto budzi się do życia. Autobus pełen jest kierowców ZTM, ulice pełne są numerów tramwajów, które mają zupełnie inną trasę, ale przecież muszą dojechać na pętlę. Wschód słońca zwala z nóg swoją mocą.

Ten cytat brzmi piękniej po angielsku, co przyznaję ze zdziwieniem. Wystawa "Anioł i syn", Droga na cholerny Koziniec 8. Poszłam trochę za daleko, trochę się spociłam, dekolt brutalnie czerwony (to ostatni dzień, po co mi filtr!, wykrzyknęłam entuzjastycznie rano).

Nie sądziłam, że ojca pokocham tak, jak syna, ale po tych wszystkich wystawach i spacerach, nie mam innego wyjścia. Chciałabym, żeby ktoś pisał do mnie takie listy, jakie Stanisław pisał do Stanisława Ignacego. Czy chciałabym, żeby ktoś spodziewał się po mnie zuchwałego geniuszu i osiągnięć wielkich, żadną miarą niezmierzalnych? Prawdopodobnie tak, skoro spodziewam się tego sama po sobie.

Podróż mija szybko, zasypiam, za Krakowem warunki do snu są idealne, pociąg pustoszeje. Zmieniamy kierunek jazdy chyba ze cztery razy, węszę spisek, ale szybko się uspokajam, grupa podróżnych z przodu nagle zaczyna się modlić, znów czuwam, może nadchodzi apokalipsa i nikt mnie nie powiadomił, głupio byłoby przespać tak doniosłe wydarzenie.

Na peronie czekają Agata, Piotr i Tomasz, jak dobrze ich widzieć! I od tej pory łazimy, żremy, łazimy, żremy i rozmawiamy, o życiu, śmierci, trochę o penisach, ale nie za dużo. Z radością zauważam, że nie mam żadnych zakwasów, tylko boli mnie tyłek, ale skoro wszyscy pragniemy pupy Kim Kardashian, biorę to za dobrą monetę. Gdziekolwiek nie pójdziemy, jestem zachwycona. Spacery Doliną Strążyską, szalony wypad do Morskiego Oka, na szczycie jemy szarlotkę, tak po prostu wypada, w drodze powrotnej przesiąkamy górskim deszczem, Cmentarz na Pęksowym Brzysku (ojciec i matka Witkaca, Przerwa-Tetmajer, Makuszyński), Gubałówka. Jedyne, co mnie przeraża i napawa niewymownym lękiem to Krupówki. Krupówki to piekło. W piekle cały czas idzie się Krupówkami w dzikim tłumie, który właściwie nie wie, dokąd zmierza, ale musi kupić oscypek i kierpce.

Bazgroły mojego świrusa. "Naciągaczy pojęć".

Na wystawie w Willi Oksza spotykam wspaniałą kuratorkę, z którą długo gawędzimy o Witkacym. Robię zdjęcia wszystkiego, kupuję parę witkacowskich memorabiliów, to chyba wystarczająco uzasadnia piątkę, którą promotor wystawił mi za seminarium doktoranckie. Poza tym, jeśli mi się chce, mogę cytować mojego misia, tylko że nikt mnie wtedy nie słucha. Fakt, że rzadko mi się chce.

Nie tak miał wyglądać mój urlop. Miałam tkwić w Warszawie i zajmować się szeroko pojętą pracą naukową i spaniem. Ciężko wrócić do pracy, do czytania książek do doktoratu, do bagienka, w które się wpakowało, do kawy z kawiarki, a nie z Grass (pierwsze wegetariańsko-wegańskie miejsce w Zakopanem!), gdzie wielki kubas wypijałam codziennie, bo była tak pyszna, po tych wszystkich widokach, przeżyciach i rozmowach. Dziękuję Wam, ulubiona warszawska rodzino! Straciłam poczucie co robić dalej, tak jak pielgrzymi do Juta-Juta.

Pielgrzymi do Juta-Juta, ujrzeli po drodze cudownej piękności bramę w okolicy Piernication-Point i stracili poczucie co robić dalej. Odbijam się ciut w rysunku Witkacego.

W powrotnym pociągu PKP Intercity przypominam sobie, dlaczego ludzie to ścierwa i nawet uroczy pan konduktor, który mówi, że mam ładnie prześwietlony dekolt (tj. spalony) nie pomaga. Wagon bezprzedziałowy, chcę czytać książkę i słuchać muzyki, a nie kłótni spowodowanej zajęciem półki na bagaże czy użyciem perfum, nie chcę słyszeć słów brudasy, wypierdalać, wzywamy w Krakowie policję. Wagon jest oklejony reklamami, więc zamiast zaokiennych, zwykle lekko przybrudzonych widoków mam przed oczami czarne kropki. Jestem już bardzo zmęczona i piecze mnie skóra, zniechęcona odkładam książkę i wpatruję się w okno, robi się coraz ciemniej, zamiast zachodu słońca przez kropki zaczynam widzieć twarz, w którą wpatruję się z ciekawością, twarz staje się coraz wyraźniejsza, aż orientuję się, że to ja. Spanikowana i przerażona chcę od tego uciec, ale nie mam jak.

15/07/2015

♪ jmsn - my way

Pani wysiada na Wersalskiej. Jest wyraźnie zadowolona z życia, jest jej wyraźnie ciepło w turkusowej koszulce z bufiastymi rękawami, żółty płaszcz przewiesiła przez torbę, ale niestety nie zauważyła, że pasek płaszcza ciągnie się po ziemi i z każdą chwilą robi się coraz mniej żółty, a ja nie mam jej jak powiedzieć, żeby go podniosła, bo jadę dalej.

Zaczęłam urlop. Dwa tygodnie niemyślenia, nierobienia i niezastanawiania się nad sensem życia bez umowy o pracę, bez pieniędzy, za to z kupą stresu i nowymi tatuażami w przyszłym tygodniu. Pojechałam do Barbary, bo jestem szalona i zwariowana, a poza tym nigdy nie byłam na Śląsku. Śląsk jest piękny, ale zamknięty. Trzeba się porządnie postarać, żeby Śląsk cię wziął, wchłonął i zaczął traktować jak swoją. Śląsk jest odrębny i należy tylko do siebie. Albo jesteś tam od zawsze, albo nie będziesz stamtąd nigdy.

W Katowicach wita mnie parada Hanysów, którzy postulują o autonomię Śląska. Idziemy jeść do Złotego Osła, który owiany jest legendą, a mnie smakuje tak sobie. Może faktycznie staję się coraz większym snobem. Łazimy i rozkoszujemy się pogodą, mijamy Drzwi zwane koniem, a panowie z auta pytają, w którą stronę jest dworzec, Barbara ich kieruje, panowie pytają również, na jakiej ulicy znajduje się dworzec, a Barbara odpowiada z wyraźną pogardą w głosie: na Dworcowej.

Siedzimy w parku i pijemy kawę z - nadal nieodżałowanej - Coffee Heaven. Opowiadam Barbarze, co się narobiło, a Barbara kiwa głową z politowaniem nad mym losem. Ja kiwam głową z politowaniem nad sobą od chwili wstania aż do zaśnięcia.

W Katowicach jest Konopna farmacja, klub Pomarańcza i Carpe Diem. Wszystko uwieczniam na zdjęciach, a Barbara tylko się śmieje. W samochodzie słuchamy radia Piekary, disco polo śląską gwarą wyśpiewywane sprawia, że czuję się bardziej swojsko. Robię sobie zdjęcie przy wielkim znaku Ruchu Chorzów oraz pod świętochłowicką marchewką. Prawdziwy gorol w królestwie Hanysów.

Najpiękniejszy w tym wszystkim jest jednak Tauzen, Osiedle Tysiąclecia w Katowicach, Kukurydza. Nie potrafię oddać w prostych słowach mocy i siły tych betonowych budynków, niebezpiecznych, potężnych, zachwycających. To tańczenie o architekturze, którego wolałabym uniknąć. Barbara mówi, że nikt jej nie uwierzy, gdy powie, że tak spodobał mi się Tauzen, a Nikisz nie.

Jako że prawdziwe z nas galerianki, w Silesia City Center kupuję koszulę, a Barbara odgrywa rolę adwokata diabła. Wieczorem Bacha pokazuje mi swoje Świętochłowice, zadziwiając mnie uwagami wiesz, że teraz jesteśmy w Chorzowie? zobacz, a teraz Bytom, jemy sernik z oreo i oglądamy głupie filmy na youtube.

W niedzielę jednak trzeba wrócić do rzeczywistości, którą tak wspaniale i łatwo było porzucić. Wsiadam do pociągu, torbę mam ciężką, nie tylko od koszuli, ale również od dwóch bochnów chleba, którymi obdarowała mnie Bombowa Barbara, a pani, obok której siedzę, nie ma ochoty wstać, tylko muszę przeciskać się przez jej kościste kolana. Wysyłam potępiającego ją smsa do Bachy i w tej samej chwili dostaję wiadomość od niej o treści NIENAWIDZĘ JAK CI PIEPRZENI LUDZIE NIE WSTANĄ TYLKO MUSISZ SIĘ PRZECISKAĆ PRZEZ NICH.

Barbaro, co ja bez Ciebie? Pył nędzny. Wrócę, uważaj.

03/07/2015

♪ du:it - handle with care

- Wiesz - mówię, powoli kończąc rozmowę - naprawdę nie wiem, po kim odziedziczyłam całą swoją inteligencję.
- Też nie wiem - odpowiada mama - gdyby to było po mnie, to raczej byś szydełkowała i rysowała.

Kompletnie nie potrafię rysować. Wiele dziecięcych lat zajęło mi nauczenie się jak namalować człowieka, którego ramiona nie są grubo ciosanymi prostopadłymi kreskami. Błagałam mamę, by rysowała za mnie prace domowe, nie zgadzała się. Plastyka długo była dla mnie większą traumą niż matematyka. Na jednej z ocen opisowych pojawiła się nawet adnotacja, żeby ćwiczyć ze mną rysunki i wycinanie. Wycinanie! Wydzieranki! To były prawdziwe koszmary, a nie obliczanie obwodów. W mojej głowie miałam piękne obrazy, które, jak sądziłam, z łatwością przeniosę na kartkę A4 dopiero co wyrwaną z bloku rysunkowego. Zderzenie moich fantazji z brutalną rzeczywistością lekko już pogiętego papieru zawsze było przerażające. Do tej pory naiwnie wierzę, że pewnego dnia uda mi się narysować to, co widzę, gdy zamknę oczy. Jak dotąd nie wyszła ani jedna próba.

Jest strasznie gorąco. Od słońca, które nieustępliwie grzeje, boli mnie głowa, leżę z miną skazańca na łóżku i wierzę, że nadejdzie sen, nie chce, jak na złość. Nie mogę jeść, mam ściśnięty brzuch. Głowa boli mnie coraz bardziej. Mielę w głowie to, co poszło nie tak, a nie tak poszło wszystko. Tkwię w gównie po uszy. Samiutkie uszy.

Skończyły się kursy. Usłyszałam wiele dobrych słów, dzięki którym wiem, że to, co robię, ma sens. Że jestem potrzebna, ważna, że nikt nie wyjaśnia tej durnej gramatyki tak, jak ja, że atmosfera na zajęciach była najfajniejsza. Grupy podstawowe w ankietach zapamiętale gryzmolą you're the best. KWD zjadła czekoladki, które dostałam, ale tylko dlatego, że nie lubię wiśni w czekoladzie. Można spuchnąć z dumy i radości. Życzę pani wszystkiego dobrego, niespodziewany uścisk.

Dostałam się na studia. To była jedna ze szczęśliwszych czternastych trzydzieści i jeden ze szczęśliwszych poniedziałków w moim życiu.

03/06/2015

♪ active child - playing house

Studio tatuażu pachnie jak obietnica i środki odkażające. To są bardzo dobre zapachy, bo obietnica zostanie za chwilę spełniona i nie będzie w niej ani odrobiny bakterii.

Ledwie pamiętam robienie swojego pierwszego tatuażu. Byłam w tak wielkiej euforii, spowita obłokami szczęścia, że niewiele kojarzę. Obok siedziały Magda i Olga, Maciek jeździł igłą po wewnętrznej stronie mojego nadgarstka, mgliście przypominam sobie, że najgorsze było wykańczanie detali i że na drugi dzień intensywnie notowałam na zajęciach, przez co ręka rozbolała mnie tak, że stanęły mi w oczach łzy.

Od kiedy tylko dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak tatuaż, wiedziałam, że będę miała choć jeden. Myślałam o tym często i intensywnie, nie mogłam się doczekać, aż na moim ciele pojawi się wzór - bo na początku miały być gwiazdy po wewnętrznej stronie nadgarstka właśnie. Z czasem motyw gwiazd zrobił się tak popularny i oklepany, że odrzuciłam ten pomysł bez większego żalu. Olśnienie przyszło niedługo potem.

Nie mam ani jednego zdjęcia swojego tatuażu. Musi być tak:
The only man who never meant 2 cause me any sorrow.

Nie mam zielonego pojęcia, jak wróciłam po wszystkim do domu. Dobrze, że mieszkałam wtedy na Mokotowie, miałam blisko, może z roztrzepania spowodowanego wielkim skokiem endorfin wpadłabym pod metro. Gapiłam się godzinami na to arcydzieło, od rana do wieczora, aż nagle zapomniałam, że to w ogóle na mnie istnieje. Czasami, gdy ktoś prosi, żebym pokazała mu swoją rękę, ze zdziwieniem pytam, po co. Nie wiem, jak moja prawa ręka wyglądała, zanim zrobiłam tatuaż. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby go tam nie być.

Najdziwniejsza reakcja, jakiej doświadczyłam:
pomyślałaś, jak to będzie wyglądać spod sukni ślubnej?
Przyznam, że nie pomyślałam i przyznam, że interesuje mnie to średnio.
Sądzę, że nad tym, jak to będzie wyglądać na starość, nie musimy się rozwodzić. Bardziej będzie obchodzić mnie nasikanie do kaczki niż to, czy wyblakły mi tatuaże.

Tatuaże, ponieważ drugi od pierwszego czerwca ozdabia moje lewe udo, a planuję kolejne, które tkwią w mojej głowie od dawna; co najmniej od paru lat. Czas, by znalazły się na moim ciele.

W dzień dziecka leżałam stosunkowo wygodnie na prowizorycznej leżance pokrytej czarną folią (natychmiastowe skojarzenia z trumnami i katafalkami), gdy na moim udzie działy się czary. Przyglądałam się spokojnie prawej części studia, rozsypały mi się włosy. Było bardzo gorąco. Gojenie się tatuażu w tropikalne wręcz upały jest koszmarem. Wyszłam ze studia i poczułam, jak boli, a ból po jest gorszy niż sam proces tworzenia. Skóra jest napięta, miejsce tatuażu lekko wybrzuszone, wpada się w stan dziwnego zmęczenia. Szłam powoli, wydaje mi się, że minęłam Zeusa, albo to moje potatuażowe przywidzenia, rypnęłam wrażliwym udem o bramkę w metrze, okazało się, że otwieram bramki udem lewym. Uświadomiłam to sobie dość boleśnie. Ale to, że mam go naprawdę, uderzyło mnie dopiero, gdy zmieniałam opatrunek przed snem, gdy już byłam po pracy, po spoconym, cuchnącym metrze i nie musiałam się nigdzie spieszyć. Wspaniałe uczucie.

*

W maju poniedziałek od poniedziałku dzieliła nieskończoność, byłam tak wyczerpana, że zaczęłam mylić jawę ze snem, a sen był okrutnie lekki i budził mnie najcichszy szelest. Wypiłam niezliczone litry kawy, widziałam trzy razy Anioły w Ameryce, pięć godzin i trzydzieści minut teatralnego absolutu, starałam się nie podejmować żadnych głupich decyzji, zmieniłam telefon. Nagrodziłam się za moje nędzne majowe zwycięstwa (głównie za przeżycie tego wycieńczającego miesiąca) wegańskimi klopsami z IKEA. Jakie osiągnięcie, taka nagroda. Są pyszne.

Czerwiec będzie wyraźniejszy.

03/05/2015

♪ blood orange - it is what it is

Dawno, dawno temu Agata doniosła, że w Łaźni Nowej ponownie będą wystawiać Macieja Korbowę i Bellatrix (twórca: mistrz Wituś), przedstawienie dyplomowe Krystiana Lupy, które premierę miało w 1993 roku. Dawno, dawno temu kupiłyśmy bilety i równie dawno, dawno temu kupiłam bilety do Krakowa.

Wycieczka rozpoczęła się 30 kwietnia 2015 po 13:00. Specjalnie przyjechałam tak wcześnie. Chciałam samotnie poszwendać się po Kazimierzu, zjeść obiad w Cafe Młynek i dojechać na Hutę (do Huty? na litość boską, ci Krakusi!) z odpowiednim zapasem czasu.

Najpierw mknę na ulicę Świętego Wawrzyńca. Dlaczego? Kilka lat temu odkryłam pewien napis, który znajduje się właśnie tam i kilka lat temu ujrzałam go na własne ślepia:

 

Przecudny, prawda? I w ten czwartek chciałam zobaczyć go ponownie. Zastałam to:


Smutek ścisnął moje lodowate serce. Cofnęłam się do Placu Wolnica z nieco mniejszym entuzjazmem, ale myśl o pysznym żarciu w Młynku podtrzymywała mój turystyczny płomień. Po drodze zahaczyłam o:

Wisła je babole.
  

A oto jedzenie. Ludzie lubią oglądać zdjęcia jedzenia, lecz czy takie?:


Czytanie Witkacego w Krakowie, doprawdy, ultra splendid.

Potem doszło do tragedii. Postanowiłam wejść na Wawel.

Po co? Świetne pytanie, na które, niestety, nie jestem w stanie udzielić odpowiedzi.

Drałuję pod tę górę razem z resztą ludzkości, której też się zachciało Wawelu. Nie ma ich za co winić, pogoda zachwyca, słońce wali w oczy. Reszta ludzkości ma selfie sticks. One faktycznie istnieją! Czuję się staro. Już w połowie spaceru odczuwam jego dramatyczną bezcelowość, ale idę w pocie czoła (kurtka, botki, sweter - znacie mnie; zresztą na drugi dzień miało padać, więc musiałam być gotowa na każdą ewentualność, ok?) i docieram. Jestem. Natychmiastowe zejście z powrotem uwłaczyłoby mojej godności, więc podsycam swój turystyczny płomień i robię parę turystycznych ujęć:


Czy ten piktogram kiedyś przestanie mnie bawić? Wątpię.

Godność zachowana. Schodzę tą samą drogą, a nie obok smoczka, który ledwo zionie. Uświadamiam to sobie, gdy już wchodzę w Kanoniczą. Moja frustracja sięga zenitu. Wlazłam na Wawel i nie zobaczyłam smoczka. Zasługuję na owacje na stojąco.

Wyłączam myślenie (to ostatnio moje ulubione zajęcie) i spaceruję dalej. Docieram do Rynku, obchodzę wszystkie uliczki, wędruję po Ogrodzie Profesorskim, oglądam wystawę:

Skupienie artysty. Zauważcie, zdjęłam szal. I czapkę.

Przyglądam się ludziom w kawiarniach, urocza starsza para delektuje się ogromnymi ptysiami wypełnionymi różowym kremem. Idę Plantami, śliczny ten Krakówek. Zawsze, gdy go odwiedzam, stwierdzam, że się przeprowadzę. To nastąpi. Nie dziś, nie jutro i nie za rok, ale nastąpi, od razu, gdy przestanę się spieszyć, bo w Krakowie jest to zakazane, a ja jeszcze nie potrafię się nie spieszyć. Gdy się przeniosę, będę pracować w Wydawnictwie Literackim i odziana w białą sukienkę będę robić pikniki pod Sukiennicami. Nigdy nie będzie padać na mnie deszcz, nawet wtedy, gdy będę wracać do swojego loftu na Kazimierzu. Luiza z Kopca Kościuszki. Potencjał jest przyzwoity.


Mam jeszcze czas, ale wolę być wcześniej na miejscu. Pieczołowicie opracowana trasa każe dotrzeć do Ronda Mogilskiego i tam wsiąść w 501. Do Ronda Mogilskiego docieram bez problemu, ale odnalezienie 501 jest ponad moje niekrakowskie siły. Wychodzę wyjściem, które wydaje się właściwe (a mam niezłą orientację w terenie) i rzeczywiście, jest tam przystanek, ale nic się na nim nie zatrzymuje. Rondo jest ogromne, wyjść jest sto tysięcy, prędko kombinuję alternatywę. Jadę na Rondo Czyżyńskie tramwajem i przesiądę się tam w 174. Tramwaj ospale porusza się po ciepłym Krakowie. Mijamy Tauron Arenę, a w moich słuchawkach właśnie rozlega się What Did I Do?/God as My Witness i przysięgam, God as my witness, że dziewiątego listopada I'm gonna heal my soul. Wysiadam nieco dalej, przystanek 174 znajduję już bez problemu i grzecznie czekam. Czyżyny bardzo mi się podobają. Dwa dni później Klaudia mówi mi, że Czyżyny uznaje się za niebezpieczną część Krakowa. Najwyraźniej ciągnie mnie do miejsc, w których ktoś może dać mi w mordę albo wsadzić nóż w brzuch.

Zresztą, wszystko mi się podoba w tym cholernym Krakówku. Wysiadam na Struga i podążam ku Łaźni Nowej. Tu też miałam rozpisaną trasę, ale swoim zwyczajem decyduję się sobie nie ufać i idę dalej. Numeracja w (na?) Nowej Hucie jest kopnięta. Numeracja ulic a osiedli to dwa różne światy, więc ostatecznie do Łaźni przybywam na 5 minut przed rozpoczęciem spektaklu, śledząc pewną modną parkę, która zapytała starszych państwa o drogę, a szczęście w nieszczęściu jest takie, że akurat rozmawiałam przez telefon z Agatą, więc podsłuchałam, co i jak. Oczywiście moja pierwsza trasa była prawidłowa, ale od kiedy ja siebie słucham?

Łaźnia jest pełna napuszonych pseudointelektualistów z dupy. Nie zrozumcie mnie źle; ja również jestem napuszoną pseudointelektualistką, ale przynajmniej nie jestem z dupy. 


Spektakl ma trwać cztery godziny. Trwa trzy. Zgrzyt pierwszy.
Antrakt pierwszy (czy to był w ogóle antrakt?) znikąd i niejasny. Zgrzyt drugi.
Paweł Deląg jako Korbowa. Zgrzyt trzeci i najtragiczniejszy. Być może to miało sens w 1993. Teraz nie mogłam zapomnieć o jego tłumokowatej roli w Tygrysach Europy, w ogóle nie wiem, skąd te Tygrysy w mojej głowie, skoro widziałam jeden odcinek, dziecięciem niewinnym będąc. Wystarczyło, żeby mnie straumatyzować. W każdym razie NIE dla Pawełka. Fizycznie pasuje do Korbowy, fakt. Gdy jednak otwierał swoje usta i wypowiadał jego kwestie, to, w rzeczy samej, wypowiadał jego kwestie. Nie stawał się nim. Najbliżej ideału była Bellatrix (Małgorzata Maślanka).

Widzicie, problem z Witusiem jest taki, że ciężko zagrać go tak, żeby nie przesadzić, nie zrobić z tego pastiszu, parodii albo, wręcz przeciwnie, nie uderzyć w ton zbyt patetyczny. Mój Wewnętrzny Krytyk Teatralny - choć wiele w nim miłości dla Krystiana Lupy - orzeka, że tym razem nie wyszło. Trzecia część, reżyserowana przez Tomasza Węgorzewskiego to zgrzyt czwarty i tylko nieco mniej tragiczny niż Deląg Paweł. Na początku niepewność wśród publiki: czy to Witkacy, czy już nie? Duch Witusia unosi się nad nami, ale jakby czegoś brakuje. Ach, tak. Dywagujemy, w jakiejś okropnej, nadętej manierze, nad tym, jak wystawia się ten spektakl obecnie. Barbara Szotek-Stonawski (Hibiscus) chce tańczyć, ale Mozart, lecący z komputera marki Apple nie pasuje, to przecież oczywiste. Zdaje się, że gdzieś tutaj sobie przysypiam. Brawo biję bez przekonania. Witusiu, czy Ty byś bił z przekonaniem? Nie sądzę.

Wizyta w słynnym Tesco na Kapelance budzi we mnie większe emocje niż spektakl. To chyba mówi samo przez się.

Drugi dzień w Krakowie jest spokojniejszy, podstępnie kropi i mży. Agata zabiera mnie do Forum Przestrzenie:


Obok pasą się piękne konie pana, który jeździ na nich na oklep.

Wpadamy na smoka (najwidoczniej temat przewodni wyjazdu to smoki):


Idziemy Mostem Grunwaldzkim i trafiamy na smoka prawdziwego. Stoi, jak stał. Po cholerę chciałam go oglądać? Mnie w Krakowie włącza się ogromny turystyczny patriotyzm; chcę wspinać się na Wawele, łazić po Rynku i Brackiej i słuchać co godzinę hejnału. Ratunku! Wpadamy do Bunkra Sztuki, a potem jemy przepysznie w Wielopolu 3, idźcie tam i nacieszajcie swoje żołądki. Rzabo, mam nadzieję, że doceniłaś relację na żywo. Agato, widziałam drobną irytację, gdy robiłam zdjęcie Twoim plackom ziemniaczano-szpinakowym, ale to dla Rzaby w celach wręcz naukowych!

Agata, człowiek z akredytacją na Off Camera, wraca do domu zanieść stos podarunków, jakie z tej okazji otrzymała, a ja spotykam się z Magdą (nią). Magdo, naprawdę się stęskniłam i naprawdę ufam, że (spóźniony) prezent urodzinowy Ci się spodobał! A tutaj (i na zdjęciu, i w bardzo sympatycznym miejscu o nazwie Pies Pianista) piszę Magdzie dedykację na prezencie, ale, by połechtać moje ego, uznajmy, że skreślam autograf na swojej pierwszej książce:

Magdo (Tobie), dziękuję za ujęcie tej podniosłej chwili.


Łazimy, dyskutujemy i jest nam błogo. W Hex odkrywam przejście do innego wymiaru i spotykam dawno niewidzianą Marię i Martę oraz poznaję absztyfikanta Magdy (jej). Przegrywam z hukiem w Dixita. W końcu nie można mieć wszystkiego. Opuszczam planszówkowe towarzystwo i gnam do kina, aby w ramach Off Camery obejrzeć Kebab i horoskop. Oceniłam go na 4/5, ale moja ocena może być zaburzona, bo przysnęłam na jakieś 15 minut. Intensywna patriotyczna turystyka dała mi się we znaki. Ars, macie bardzo wygodne siedzenia.

W sobotę spotykam się ze wspomnianą już Klaudią, pijemy kawę w (jeszcze istniejących w Krakówku!) Coffee Heaven. Tęsknię za tą sieciówką. Podczas studiów chodziliśmy tam na kawę, gdy mieliśmy okienka. A teraz nie ma już ani studiów, ani okienek, ani Coffee Heaven (rzewną muzykę poproszę, może REM). Klaudia, jak wszyscy w Krakówku, jest urocza i łebska, niestety czas pędzi nieubłaganie, muszę wsiadać do Pendolino, Chopin już gra, ktoś pyta: gdzie moje precle?

PS 
Łagiewniki. Urzekające.
Jestem blokersem. Uwielbiam blokowiska.
Doskonały plakat! Jadę.








PS 2 Następnym razem zwiedzamy Żoliborz.
PS 3 Na trzy upieczone przeze mnie chleby bananowe, dwa to zakalce.
PS 4 Mamy dwie lodówki. Aby pozbyć się jednej z nich, potrzebna była piłka do drewna.

26/04/2015

♪ foo fighters - gimme stitches

Koniec kwietnia, 20 stopni, słońce grzeje w plecy. Świadomie wkładam kurtkę, botki i szalik. Jestem chora, chrypię jak gruźlik, mam prawo się przegrzewać ile mi się zachce. Podążają za mną spojrzenia ludzi noszących szorty, koszulki i lekkie sweterki. Wyraźnie ich korci, żeby dać mi prztyczka w nos i zapytać, czy aby mi nie za gorąco. Dziewczyna, którą mijam na pasach, ubrana jest w bawełnianą szarą sukienkę z krótkim rękawem i z rozcięciem do połowy uda, w okolicach którego kurczowo trzyma materiał, żeby wiatr nie pokazał wszystkim wszystkiego. Na stopach ma czeszki.
Jestem ostatnią osobą na świecie w czapce.

Barbara w tym tygodniu nie przyjechała, bo obecnie i ona chrypie jak gruźlik, więc codwutygodniowego rytuału pieczenia chleba bananowego muszę dokonać sama. Prawie zemdlałam, gdy uświadomiłam sobie, jak bardzo odpowiedzialne to zadanie. Barbara we mnie wierzy i podaje mi listę składników na jeden bochen. Jestem szalona i rozrzutna (vide bilet na Foos za miliony złotych) i podwajam proporcje.

Masa wspaniale wygląda i wspaniale pachnie, już w tej chwili wiem, że uczeń przerósł mistrza. Tłumię swoje głupawe fobie i wysmarowuję masłem blachę (dotykanie masła - NIE). Wykładam ją papierem do pieczenia, przelewam doń masę o doskonałej gęstości, do której dodaję jeszcze kakao i przyprawę do piernika, ponieważ jestem ekscentryczna i przełamuję schematy.

Chleb piecze się pięknie. Pęka, wyrasta, ale nie podoba mi się, że wycieka z niego masło - dodałam za dużo, konstatuję, wyciągam chleb z piekarnika, zostawiam do ostygnięcia.

Rano odkrawam wielki kawał dla Agaty i Piotrka (wszak Tomek i jego delikatne podniebienie wzgardzą) i ze zdziwieniem zauważam, że ciasto w środku jest mokre. Nie upiekło się? Niemożliwe, musiało, sprawdzałam patyczkiem, zresztą zawsze jest wilgotne w środku, w porządku, nikt się nie otruje! Zawijam ciasto i lecę nauczać dziecko (napisać dla pani tren?), a potem razem z moją ulubioną parą i moim ulubionym dziecięciem ruszamy na wycieczkę na Okęcie oglądać samoloty. Bawimy się przednio, jak zawsze. W drodze powrotnej Agata i Piotrek wgryzają się w ciasto, smakuje im, choć jest bardzo, bardzo mokre. Czyż to nie jest ideał chleba bananowego? Moja wewnętrzna Nigella Lawson piszczy z radości na myśl o swoich niebiańskich umiejętnościach.

Wysadzają mnie pod domem, ja radosna - nareszcie odebrałam okulary przeciwsłoneczne, zasłaniają mi 3/4 twarzy, witaj bezmakijażowa wolności - bieżę do windy, gdy nagle uderza mnie pewien fakt.

Podwoiłam wszystkie proporcje poza mąką.

Zaczytałam się dziś w Disneylandzie Dygata tak, że spaliłam garnek. Poddaję się, jestem zupełnie nieprzystosowana do życia. Jak można odżywiać się tylko powietrzem?

Dopóki kuchenne rewolucje nie przekształcają się w te żołądkowe, zapomnijmy o sprawie. Od kiedy dowiedziałam się, że Foo Fighters zagrają w Polsce i to na osobnym koncercie, a nie na jakimś zapchlonym festiwalu (Faith No More, Prince, Pearl Jam), wiedziałam, że kupię bilet, choćbym miała płacić w dukatach i faktycznie mniej więcej tak wyszło. Próbowałam sobie ostatnio przypomnieć jak poznałam tych gagatków i nie wpadłam na nic sensownego. Na pewno nie przez Nirvanę, nigdy nie lubiłam Nirvany. Poza tym, gdy pomyślę o Grohlu w Nirvanie, to mam ochotę rżeć niczym konisko na łące. Czyżbym trafiła na FF tak, jak na większość mojej ulubionej muzyki, czyli przez nieodżałowane grono.net? Pamiętam, że zachwyciła mnie ich nazwa, a potem już poszło. Nosiłam niebiesko-czarne glany, bransoletki z ćwiekami i dumnie obnosiłam przypinkę Dave Grohl is God, gdzie ją zapodziałam? Ciułałam grosze, byle tylko kupić sobie koncertowe DVD Foos, a do ich oglądania przygotowywałam się niczym do skomplikowanego magicznego obrzędu. I teraz, gdy bilet na ich koncert spokojnie spoczywa w mojej szufladzie i w mojej skrzynce mailowej, codziennie przed snem zaciskam oczy i powtarzam: niech tylko zagrają Aurorę, niech tylko zagrają Aurorę (nie mam co liczyć na Gimme Stitches), niech tylko zagrają Aurorę.

21/04/2015

♪ the cars - drive

4:10. Polski Bus ospale wjeżdża na dworzec Górczyn w Poznaniu. Kierowca anonsuje to tak tubalnym tonem, że obudziłby umarłego, więc podrywam się na siedzeniu i czekam aż wsiądzie Żelunia, wyciągam z uszu słuchawki i przygładzam trochę włosy, długo się nie widziałyśmy, niech się biedaczka nie przerazi.
4:20. Jakiś pan pyta, czy obok mnie jest wolne. Mówię, że, niestety, zajęte, ale nie widzę nigdzie charakterystycznych blond włosów ani najdłuższych nóg na świecie. Mój mózg zaczyna aktywnie pracować: Ela wywaliła się na tym rowerze i nie ma jak zadzwonić po pomoc, już jest w szpitalu, może powinnam odezwać się do Tomka, może był wypadek, co się stało.
4:23. To nie są żarty, dzwonię do niej, choć jestem święcie przekonana, że nie odbierze telefonu, bo leży nieprzytomna w rowie. Ku mojemu zaskoczeniu odbiera. Okazuje się, że też jest na dworcu Górczyn, ale z drugiej strony i jakoś nie przyszło jej do głowy, żeby się ODWRÓCIĆ. Biegnie przez tory, pobija swój życiowy rekord, w autobusie brakowało tylko jej. Podróżniczka! Nowe Jorki, Sri Lanki, Madery i Paryże!

Gadamy non stop. Kiedyś Wam wspominałam, że Żelka jest jest jedną z osób, które lubię najbardziej na tej planecie, bo po prostu zaczynamy rozmowę tam, gdzie ją ostatnio przerwałyśmy i możemy dyskutować bez końca, a momenty ciszy nigdy nie są krępujące. Żela przywiozła mi słynną drożdżówkę, o której słyszę od stu lat, ale rzecz jasna ta, którą Żelunia ma ze sobą, akurat jest nieudana, to znaczy pyszna, ale nie taka kształtna. Naturalnie. Decydujemy się na drzemkę, w końcu cały dzień przygód przed nami. Budzę się już u celu, wyskakujemy z autobusu i o mało się nie przewracamy, zamiast nóg mamy makaron spaghetti, pędzimy do metra i na samym początku naszej eskapady odkrywamy, że Berlin nie jest przyzwyczajony do ludzi w kapeluszach - dziwne spojrzenia towarzyszą nam do końca podróży.

Mijamy Prinzenstraße. Jestem w siódmym niebie.
 
Najpierw śniadanie. Wybieramy  Le Bon, które otwarte jest od 9:30, a my zjawiamy się na miejscu o 9:00. Nie ma tego złego, spacer przedśniadaniowy pozwoli nam poznać okolicę i zaostrzyć apetyty. Do tej pory czuję ukłucie żalu, gdy przypomnę sobie tę piekarenkę, do której wiła się kolejka, Ty nie, Żelu? Spotykamy Sfinksa. Sfinksicę.


Wracamy do Le Bon, już otwarte! Siadamy, zamawiamy, a wszystko w menu brzmi niesamowicie kusząco. Żela zostaje przy starym, dobrym croissancie, a ja stawiam na ultrahipsterskie musli Birchera. Żela podchodzi do lady, ja pędzę do łazienki, bo jestem totalnie bez makijażu, a bez makijażu wyglądam jak dwunastolatka. Malowanie się w toalecie w Le Bon, a potem przy stoliku, należy do moich najfajniejszych wspomnień. Jemy, pijemy pierwszą kawę, stwierdzamy, że było pysznie, ale nie możemy się obijać, bo czeka na nas Blub Badeparadies, czyli opuszczony basen. Po drodze poznaję nowych kumpli.

Blub na zdjęciach robi niezwykłe wrażenie, lecz na żywo czegoś mu brakuje. Żela pragnie eksplorować tyły basenu. Ja tchórzę i zostaję przy bramie, bo wydaje mi się, że panowie z papierowymi kubkami kawy i wypchanymi torbami, którzy radośnie wchodzili przez połamane ogrodzenie, w torbach niosą zwłoki. Żela jest odważna (szkoda, że mimo wszystko się wokół siebie NIE rozgląda) i wchodzi z powrotem do basenu. Drepczę nerwowo przy trawniku. Prześladują mnie kolejne koszmarne wizje, w których Elżbieta umiera, a ja muszę płacić tysiące złotych za połączenia do Polski. Na szczęście wkrótce wraca, stwierdza, że widziała lepsze opuszczone miejsca (oczywiście), a podejrzani panowie robili sesję zdjęciową metalowcom. Znów doskwiera nam głód, wracamy do metra, wiatr zrywa Elżbiecie mój kapelusz z głowy. Natykamy się na:

Naziści, wypad z mojego bloga.

Na lunch idziemy do Tischendorf. Zachwycający w swej prostocie wystrój i bardzo sympatyczna obsługa umilają wcinanie wegańskich kanapek z batatowym kotletem (Rzabo, pozdrawiam Cię serdecznie). Ukradkiem obserwujemy dwie piękne panie, które ma ochotę się fotografować i kręcić o nich filmy. Potem fruniemy do - wedle podań i legend - jednej z najlepszych kawiarni na świecie, Five Elephant Coffee & Cake. Kawa jest idealna. Sernik jest perfekcyjny. Ciasto czekoladowe doskonałe. Obsługa zbyt zblazowana. Jesteśmy jednak ukontentowane, wpadamy jeszcze do ekologicznej, jak wszystko w Berlinie, cukierni i zaopatrujemy się w drobny prowiancik na drogę.

W międzyczasie ratuję Elżbiecie życie w drogerii DM. Nasza podróżniczka, podkreślam, włożyła buty z pozdzieranymi flekami, żeby je, cytuję, dobić. Jak Ty do tej pory przeżyłaś te wszystkie wojaże? Ale i tak myślę o Tobie z miłością.

Następny przystanek: Veganz. Nie rozumiem, dlaczego nie ma tego sklepu pod każdym blokiem. Gnamy tam głównie dla Rzaby, ale sobie też sprawiam drobiazg. Prawie kilogramowy drobiazg. Kupuję... musli Birchera. Przesiąknęłam ultrahipsterskością. Gdzie, jeśli nie w Berlinie? Himmel über Berlin wygląda tak:

Obejrzyjcie ten film.

Potem już tylko chwila na Alexander Platz (Lush!, Żela nadal nie łapie idei peelingu do ust) i Hackesche Höfe, gdzie po krótkim kluczeniu udaje nam się trafić. Bo nie na tych oczywistych podwórkach nam zależało, a na tych pokręconych i dziwnych. Jest tam specyficznie, nieco niebezpiecznie, ale bardzo intrygująco i ciekawie. U Żeli będzie więcej, z pewnością wyraźniej i dokładniej, ale tak widziało to moje amatorskie oko i rozpadająca się Nokia:



Beach Foam, Future Islands.


Po tylu latach chciałam ponownie zobaczyć Siegessäule, głównie z powodu Himmel über Berlin, ale nad to przekładamy Bonanza Coffee Roasters, siedzenie na placu zabaw, zażeranie się ciastem w ciepłym, powoli zachodzącym słońcu i zdążenie na powrotny autobus - rozsądne priorytety, prawda? Na stacji kupuję prasę, a Elżbieta wodę i słodycze, którymi zamierza rozpieścić mężusia chlejusia (główka bardzo bolała, Tomaszu?). Jako że zostało mi trochę drobnych, dorzucam się do sterty słodkości:


Frapująca nazwa firmy dociera do nas, gdy dwie godziny tkwimy na lotnisku Schönefeld. Ktoś nieopatrznie wpuścił do naszego autobusu osoby z błędną rezerwacją, które chciały dostać się do Bydgoszczy i Gdańska. Nie usłyszeliśmy żadnego wyjaśnienia, ani, co gorsza, żadnego przepraszam. Bardzo brzydko, Polski Busie. Nawet zmniejszenie opóźnienia do, bagatela, czterdziestu trzech minut nie jest żadną wymówką. Gorący i zimny nawiew, którym na przemian raczyli nas kierowcy, zapalił mi uszy i gardło. Mniam, antybiotyk.

Oglądamy zdjęcia. Sesja zdjęciowa Kejtera, kota państwa Nieśmigielskich.
- Wygląda tu jak down, co? - chichocze Elżbieta, a ja z nią, bo mamy po osiem lat. Nagle Elżbieta spogląda do tyłu i daje mi kuksańca w bok.
Jedziemy z kolonią osób cierpiących na zespół Downa.
Nie pozostaje nam nic innego jak z politowaniem poklepać się po plecach. Wyliczyłyśmy to zgrabnie i w listopadzie stuknie nam dziesięć lat znajomości. Planujemy uczcić to w szalony sposób.

A to moje ulubione zdjęcie z naszego wyjazdu. Zapewne nie powinnam tak mówić, mając w pamięci fantastyczne portrety, jakie zrobiło mi sprawne oko Żelżbiety, ale... Elu, wybaczysz?

You can't go on thinking nothing's wrong.