30/12/2014

♪ kindness - who do you love?

Siedzę u lekarza z miną skazańca. Jestem chora czwarty raz z kolei.
Słychać, że za drzwiami ktoś kaszle.
- Pewnie pacjent się dusi - stwierdza mój Walnięty Lekarz z grobową miną. - Hehe - dodaje równie posępnie.

Po wizycie u Szarlatana z Krakowskiego Przedmieścia miałam do załatwienia parę sprawunków, więc zalatanej mnie nie przyszło do głowy, żeby zajmować się swoim wyglądem, szczególnie gdy musiałam udawać, na przykład w transporcie miejskim, że oddycham bez problemu, a w moim nosie nie ma Kopalni Smarków. Powróciwszy do domu, zauważyłam, że do mego dolnego usta przyczepił się wielki kawał nici z mojego szala. Czarnego. Ciekawe, jak długo się z nim prowadziłam. To momenty, dla których żyję.
Mniam, mniam. Może Polfa, UPSA i inne Bayery zostałyby moimi sponsorami?

Najważniejszy smak świąt to keks. Nie barszcz (u nas biały!), nie pierogi, nie - do niedawna - ryba po grecku. To zawsze keks, choć gdy spróbowałam go pierwszy raz jako śliczna dziewczynka, przerażona Mikołajem, w którego rolę fenomenalnie wcielał się mój wujek, byłam nieco rozczarowana. Ta obiecująca nazwa, błyszcząca czekolada na wierzchu, ogrom kolorowych galaretek i orzechów w środku i to tyle, już? Ale potęga różnobarwnych drobiazgów poupychanych w cieście, których czasami było więcej niż ciasta nęciła skutecznie - w końcu keks stał się dla mnie niepodważalnym elementem gwiazdki. Nie pieczemy go samodzielnie, a kupujemy w tej samej cukierni od lat i ze smutkiem zauważam, że smakołyków wewnątrz jest coraz mniej, ciasto wysycha coraz szybciej, warstwa czekolady jest coraz cieńsza. Lecz, ku mojemu zdziwieniu, zawsze smakuje wspaniale.

Mama zaakceptowała mój nieszczęsny! wegetarianizm. Specjalnie dla mnie wyszukała warzywne kostki rosołowe i przygotowała kilka pysznych zup oraz boskich zapiekanek. Babcia natomiast wciąż twierdzi, że mój organizm jest wyjałowiony, wymięsiowiony, odmięsiony; jak można bez mięsa gotować! Kurczaczek w zupce, toż to nie mięsko! Kryzys przeżyłyśmy przy stole wigiljnym, kiedy to babcia gorąco zachęcała mnie do rybki po grecku, śledzika i dorsza.
- Nie jem mięsa - mówię, jeszcze nie przez zaciśnięte zęby.
- Przecież to RYBA - odpowiada zadowolona z siebie babcia, wytykając oczywisty błąd w moim rozumowaniu.
Z rozbawieniem odsuwam talerz, przewidując dalszy ciąg tej dyskusji, opieram niegrzecznie łokcie na stole i pytam (dość filozoficznie i metafizycznie):
- A ryba to niby co?
Babć nie da się łatwo pozbawić animuszu.
- RYBA TO RYBA.

Niebo tam jest czystsze i przejrzystsze. Podziwiałam je głównie przez okna, zapychając się ibuprofenem i piernikami. Noce są rozgwieżdżone. Wydaje się, że wystarczy wyciągnąć rękę i można strącić wszystkie gwiazdy, wziąć ich trochę na później, schować do kieszeni. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam niebo pełne gwiazd w Warszawie.

Moja piętnastoletnia kuzynka oświadczyła, że kończy z facetami i że zaczyna nowy rok z czystą kartką, a także pouczyła mnie, że nigdy nie wyjdę za mąż, bo siedzę ciągle z nosem w książkach (w święta łyknęłam 5!). Gdy ja miałam piętnaście lat (tworzenie tych strasznych gdyzdań zwiastuje ewidentny koniec mojej młodości), to: Pan G. Z., nauczyciel WOSu i geografii jednocześnie (człowiek o szerokich horyzontach), podczas dzisiejszej pracy klasowej z WOSu zapisał nazwisko me i K. na niechlubnej liście ściągających, co automatycznie obniża nam ocenę. Próbowałam oponować, mówiąc, że nie ściągałam, tylko pytałam o radę; niestety nie chciał słuchać moich wyjaśnień.
Prawdziwy ze mnie Onanisław Spermacy Wyfiutkiewicz.

W drodze powrotnej trafiło mi się miejsce w najbardziej ostatnim ze wszystkich ostatnich wagonów świata - zabrakło dla niego peronu, do ciężkiej cholery, i musiałam wspinać się po tych schodkach jak jakiś pieprzony taternik. Ale dla czystych, niewinnych i doskonałych krajobrazów, stworzonych za pomocą zimy i słońca było warto:
Nawet jeśli siedział koło mnie osobnik, który szturchał mnie każdą częścią swojego ciała, a naprzeciwko osobnik, który posyłał mi nienawistne spojrzenia, gdy tylko wyciągałam chusteczki do nosa. Na pohybel TLK. Na pohybel pociągom w ogóle. Na pohybel ludzkości. Na pohybel katarowi.

Na szczęście potem nastąpił dom. Dotarłam doń ze sporym poślizgiem spowodowanym opóźnieniem pociągu, awarią autobusu i walizą ciężką od słownika literatury polskiej i dżemu truskawkowego. Dom trwał jednak dzielnie, niezmiennie.

Jutro sylwester. Mam tabletki z kodeiną. Impreza będzie szalona.

29 comments:

  1. Barbara z krainy wongla30 December 2014 at 18:01

    mniam mniam jadlabym ten keks!
    Twoja Babcia to luzik, wyobraz sobie dyskutowac z Mirem na temat wegetarianizmu...

    ReplyDelete
    Replies
    1. Przywiozłam dla Ciebie :(
      Myślę, że mimo wszystko najpierw porozmawiałby z szejkiem.

      Delete
  2. Onanisławie, popłakałam się ze śmiechu. A ryba to w istocie ryba, nie sposób odmówić babci logiki. Keks? Nie cierpię, ohyda, fuj. I proszę, nie zamieniaj się w wegetarian, którzy nie zjedzą pieczonej papryki, jeśli obok piekła się moja pierś dorodnego kurczęcia.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Gardzisz keksem?! To prawdziwa rysa na naszej przyjaźni.
      Nad drugą kwestią jeszcze się zastanowię. Wiesz, jak lubię być wrzodzikiem na dupie.

      Delete
    2. daj mi spokój, Tomson znowu śpi w moim łóżku przez kaszelek. jeden wrzód wystarczy. i czemu ja napisałam o Tobie w liczbie mnogiej??? polonistka z koziej dupy.

      Delete
    3. Będę wrzodem zabawnym i niebolesnym.
      Najlepsza, poprawiamy.net rządzi!

      Delete
  3. RYBA TO NIE MIENSO, nie wiesz? spoko jest Twoja mama, przynajmiej cos dla Ciebie ugotowała bo ja nadal się nie moge doprosic żeby na stole była jedna sałatka bez majonezu albo jedno niesmażone mięsiwo.

    ja tam za keksem nie jestem. doprawdy, wybrałaś sobie najsłabsze ze świątecznych ciast ;d

    mam wrażenie że już wszyscy na świecie widzieli prawdziwa zimę, ja widziałam może 2 centymetry śniegu przez 2 dni.

    ReplyDelete
    Replies
    1. aha, a tabletki z kodeina mamy na chacie, kupione bez recepty w maroku, pewnie już sie przeterminowały więc będzie wiekszy kop. bym wiedziała to bym Ci wysłała, po co kupowałas.

      Delete
    2. Majonez to zdrajca. Sałatkę jarzynową czułam trzy dni po fakcie chyba. Zabić majonez.

      Keks jest mistrzem. Nawet mi nie mów, że kochasz makowiec - nie znoszę tego ciasta. W ogóle mak (poza kompotem HUEHUHAUE) mi nie leży.

      W Poznaniu nie pada czy jesteś ślepa na natury uroki?

      Wysyłaj i tak. Dobrym kopem nigdy nie wzgardzę!

      Delete
  4. w poznaniu był centrymetr śniegu wczoraj rano. ale to dobrze że więcej nie ma, bo przynajmniej se nie dręcze tym że jest tak pieknie, a ja nie mam aparatu.
    daj adres!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Proszę założyć Instagram.

      Delete
    2. jeszcze kilka dni temu odpisałabym "nigdy!" ale teraz mam instagram. i co dalej? poprosze korepetycje z instagrama. czy ja naprawdę muszę robić zdjęcia komórka, czy mogę aparatem, wysylac je na telefon i dopiero wrzucac? ;d

      Delete
    3. Widziałam, jestem dumna. Ty możesz wysyłać na telefon z aparatu.

      Delete
  5. Matko, ona w wieku 15 lat kończy z facetami, podczas gdy ja w jej wieku jeszcze nawet nie zaczęłam! Zgrozo!!!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Teraz niby wszystko wcześniej. Wiesz.

      Delete
  6. no, to z tą rybą to niezbędnik.
    teraz się przygotuj na wszystkie wesela i inne oficial spędy, gdzie będziesz jedyną wege w towarzystwie.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jestem, jestem gotowa. Na pohybel ignorantom.

      Delete
  7. O, jadłam ostatnio fantastyczny keks. Swojski. Bynajmniej nie mojej mamusi. Mamusia zamawia wigilijny katering w postaci pierogów, a tatuś smaży rybę. Z przyprawami wychodzi potraw tradycyjna ilość. Nie narzekam, nie przejem się.
    Katar to największe osobiste zło.
    A, i za mąż też chyba jednak nie wyjdę. Mimo zadurzenia.

    ReplyDelete
    Replies
    1. A mamusia przygotowuje coś sama poza numerem telefonu do kateringu?
      Prawda. I zatkaność ucha. I kaszelek.
      Jeszcze się zdziwisz!

      Delete
    2. Tak, zupki. A na wigilię kluski (czyli makaron) z makiem.
      Żebyś wiedziała, że gdybym, to się zdziwię, że hohoho!

      Delete
  8. Od Wigilii mniej więcej, męczy mnie suchy kaszel starego gruźlika. Nie mogę przestać o Tobie myśleć.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Tym samym dajesz mi do zrozumienia, że Cię zaraziłam?

      Delete
    2. Że się łączę w bólu! Kaszlę przez jakiś paproch.

      Delete
    3. Paproch najgorszy, najbardziej podstępny.

      Delete
    4. Teraz to już nie paproch tylko pełnoetatowe smarkanie i zabijanie kaszlem.

      Delete
  9. No przecież że keks jest git. Ale zaraz za śmietanowcem. Muehehehe he he he. W ogóle ciasta są dobre. Trudno mi zrozumieć ludzi, którzy zapierają się nogami i rękami, by nie opierdolić sześciu kawałków naraz podczas dajmy na to takiego pierwszego dnia świąt.... Tak samo jak wegetarian. Ale się staram. Panuję nad sobą i częstuję papryczką ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Śmietanowiec brzmi pysznie, tak jak metrowiec. Może to to samo? Zaraz wyszukam przepisy! (O 7:20 w poczekalni do lekarza, hihi.)

      Za papryczkę dziekuję z powodów hipochondrycznych.

      Mnie mięso po prostu przestało smakować, nawet rybeczki. Potem poszło gładko!

      Delete
  10. U mnie smak świat to ziemniaki z kminkiem. Albo tymiankiem, nigdy nie rozróżniam. Ale bardziej polsko sie nie da.
    Ja lecę na witaminie PP, mogę podesłać do miksu if you want some.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Kminek to dobro narodowe!

      Na razie dziękuję. Zdrowie mi się sypie znów, witaminka chyba nie pomoże.

      Delete