17/11/2014

♪ the 1975 - so far (it's alright)

Dziś mamy siedemnastego listopada. Dzień, w którym nie zdarzyło się nic i już nic się nie zdarzy, co jest najszczęśliwszą wiadomością, jaką mógł mi przynieść. Siedemnasty listopada zamknie - mam Największą Nadzieję Wszechświata - ostatnie bardzo złe dni, nieudane dni, dni zużyte, przecięte, nadgryzione i cuchnące. Nie dość, że byłam chora (wieczny ból głowy, kołtun z włosów, czerwone plamy na spuchniętej gębie, zupełnie przestawione godziny snu), to jeszcze życie zmusiło mnie do konfrontacji z rzeczami, które - jak, naiwna, wierzyłam - już dawno przestały istnieć. Czy można zaryzykować patetyczne stwierdzenie, że przeszłość jest nieśmiertelna? Ryzykuję.

Wszystko, co do tej pory się stało, każe mi sądzić, że to najgorszy listopad, jaki mi się przytrafił. Kocham listopad. Kocham go z tak prozaicznego powodu, jakim są moje urodziny i kocham go z tak językoznawczego powodu, jakim jest samo słowo listopad, jedno z najpiękniejszych na świecie, a już na pewno jest to najpiękniejsza nazwa miesiąca. Kocham go za ciemne poranki i ciemne popołudnia. (Kiedy rano odsuwam zasłonę, zapalone latarnie sprawiają wrażenie, jakby świat stał w płomieniach. Go to town, burn it down, turn around and get your stroll on, baby, I'll get the car, you get the match and gasoline). Jednak gdy myślę o listopadzie 2014, po prostu mnie mdli. Nie mogę wieczorem zasnąć, rano nie mogę wstać. Powoli mylę jawę ze snem - zastanawiam się, kto za mnie nie zapomina wziąć parasola i wypastować butów, wsiada do metra, wysiada z niego, uczy ludzi, dlaczego ma być tak, a nie inaczej, sprawdza testy, odpisuje na maile, bierze prysznic, nie pisze doktoratu, siada na łóżku i apatycznie gapi się w sufit. Nie jestem w stanie zrekonstruować minionych dni. Stały się jakąś niestrawną, ciemnoszarą breją.

Jestem tak zmęczona, że nie poszłam w niedzielę do teatru - nie wiem, czy mogę dobitniej ukazać skalę mojego zmęczenia niż ominięcie teatru - nie miałam siły przebrać się w coś stosownego, nałożyć nowej twarzy i wyjść w zacinający deszcz. Poszłam spać. A potem ugotowałam zupę. Półsen i gotowanie zup. Do niczego innego nie nadaję się ani ja, ani tegoroczny listopad.

9 comments:

  1. #nieczytamboniematunicomnie

    ReplyDelete
  2. ja ostatnio nawet butów nie pastuję. moje piękne, nowe buty.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Buty ciągle piękne i poza listopadowym kryzysem pastowane regularnie.

      Delete
  3. wspaniale napisane. szkoda, że o tak beznadziejnym listopadzie.
    u mnie niezmiennie: zasrany świat.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Już za kilkanaście godzin będziemy cierpieć razem. Robi mi się lżej, gdy o tym pomyślę.

      Delete
  4. Barbara z krainy wongla17 November 2014 at 22:11

    Ponury listopad miesiącem pysznych zup.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ale szkoda, że już po dyniowym sezonie!

      Delete