26/10/2014

♪ świetliki - bałwan

Po prostu zaczęłyśmy grać z KWD w Czarne historie i zapomniałam.

Zmiana czasu kojarzy mi przede wszystkim z pewną lekcją geografii w gimnazjum, gdy nauczycielka - pamiętam, że zawsze myślałam, że maluje paznokcie na świński kolor, idealna świńska karnacja na jej paznokciach - zapytała, czy wiemy, ile ton węgla oszczędzamy dzięki zmianom czasu. Gimnazjalna tłuszcza jest raczej tępawa, nie byliśmy żadnym wyjątkiem od tej reguły, więc zapewne tępawo wpatrywaliśmy się w rozwiniętą mapę i zapisany temat na tablicy albo bazgraliśmy jakieś głupoty w zeszytach; tak bardzo zajęci nie zaszczyciliśmy nauczycielki nawet tępawym pomrukiem, na co ona, z niewątpliwym triumfem w głosie, rzekła: MILION.

Przyznaję się bez bicia, że w piątek nie poszłam na zajęcia. Taka ze mnie doktorantka jak wiadomo co z czego. W tej chwili jestem na etapie wypierania doktoratu ze swojego życia. Łaziłam po mieście, chłodny wiatr pakował się pod płaszcz, kupiłam rękawiczki. Potem z Bzu zostawiłyśmy panu kelnerowi karteczkę, że nie gniewamy się za sos waniliowy (miał być ciepły, dotarł jednak zimny) i uciekłyśmy, chichocząc w szaliki, ponieważ mamy lat czternaście.

Próbujemy razem z moim uczniem napisać parę zdań o Warszawie. Jego ulubione miejsce to, oczywiście, Stadion Narodowy, ale zmuszam go do wymyślenia czegoś jeszcze, więc rzuca: Pałac Kultury i Nauki. Wspaniale, mówię z entuzjazmem, a co najbardziej lubisz tam robić? Nie wiem, nigdy tam nie byłem, odpowiada bez mrugnięcia okiem, ale pani na pewno wie, co się tam dzieje, bo pani jest wyedukowana.

Brzemię tej cholernej edukacji ciąży mi bardziej niż krzywy ryj.

Poszłyśmy z Żabą na koncert Świetlików. Postałyśmy (bolały nas plecy), posłuchałyśmy, zadumałyśmy się nad sensem życia (brak) i wróciłyśmy do domu. Na koncercie dowiedziałyśmy się, od samego Marcina zresztą, że ma on syna, a syn jego w piątek skończył dwadzieścia dwa lata. Ciekawe, czy mówi do niego tato. Tatko. Tatusiu. Drogi pan Świetlicki zaszczycił nas również takimi bon motami jak urodziłem się w Lublinie, jestem Beatą Kozidrak poezji czy jestem dorosły, sam sobie potrzymam (à propos kartki, na której wypisaną miał kolejność utworów; nie nazwę tego setlistą) czy teraz będzie w chuj smutna piosenka. A także zamiast jebnąć ci? od dziś pytamy: czy jest między nami jakaś kontrowersja?

Idę do teatru. (Ostatnie pieniądze wydałam na teatr i nowego Żulczyka). Potrzebuję odtrutki na tę zbutwiałą rzeczywistość.

20/10/2014

♪ ayer - young

W sobotę śniło mi się, że Krzysztof Warlikowski spuszcza mi wpierdol.

W niedzielę wieczorem natomiast dostałam migreny. Barbaro, chyba za tłusto zaszalałyśmy i mój biedny, aspołeczny umysł nie był w stanie tego przyswoić. Zaległam więc w barłogu i myślałam, czy to już śmierć, czy jeszcze nie - nawet stuprocentowa pewność, że to żadna śmierć, nie powstrzymuje mnie od zadawania sobie tego pytania w regularnych odstępach czasu. Leżałam i czekałam. Potem już był poniedziałek.

Z metra przesiadałam się do autobusu. Dotarłam do przystanku, zaczęło kropić, dopiłam resztki tekturowej kawy - rzęsy zaczepiły się o rant kubka - i zauważyłam, że do ławki podchodzi człowiek co najmniej niepokojący. Dziwnie wykręcona ręka, przerażające, jakby niewidzące spojrzenie; wszyscy czekający zaczęli się odsuwać, widać było, że ich jedynym marzeniem jest to, żeby się do nich nie zbliżył.
Nie zaczepił nikogo. Usiadł na ławce obok starszej pani z laską. Usiadł i zaczął łapać deszcz na swoją krzywą rękę. Starsza pani trochę się wystraszyła, ale zapytała go, czy nie jest mu zimno. Ciężko było go zrozumieć, a ona wstała, podeszła do niego - siedział bokiem - i zasunęła zamek błyskawiczny w jego kurtce.
Podjechał autobus - wzięła go za rękę, niepomna swojej laski, wprowadziła do środka, usadowiła zaraz przy drzwiach i pilnowała aż do przystanku, na którym oboje wysiadali. W tej samej chwili inna starsza pani władowała mi w plecy łokieć, bo gówniara w krzywo założonej czapce nie zasługuje na przepraszam.

Z Wojteczkiem poszliśmy na Bogów. Film był wspaniały, w napięciu siedziałam na brzegu fotela wpatrzona w ekran i zaciskałam kciuki, żeby tylko wszystko się udało. Refleksje dość gorzkie przyszły niedługo po wyjściu z kina - lekarz to przecież najpiękniejszy zawód na świecie, czy ja i moja smętna pisanina kiedykolwiek będziemy komuś tak potrzebni, jak potrzebny jest przeszczep serca, czy ja i moje smętne spojrzenie kiedykolwiek będziemy komuś tak potrzebni jak kardiochirurdzy?

Dowiedziałam się, że co roku na Uniwersytecie Warszawskim studia doktoranckie rozpoczyna około 3000 studentów, a co roku doktorami zostaje około 300 z nich. Spojrzałyśmy wtedy na siebie z Karoliną potulnie, jakbyśmy od razu miały ochotę ustawić się w kolejce do odrzutu, a Marcin wyliczył naprędce, że z naszego roku odpadną co najmniej 3 osoby. Spuściliśmy głowy, smutek nas oblekł, więc musiałam iść do Czułego Barbarzyńcy kupić sobie książkę do mojego doktoratu, jak by nie patrzeć, niezbędną, więc ironia została tam, gdzie powinna. Dowiedziałam się również, że żeby przetrwać na studiach doktoranckich, trzeba mieć kupę szmalu (dotąd sądziłam, że uda się pociągnąć na skromnej kupce), bo bilety na wyjazdy na konferencje, książki i inne pierdoły same się nie kupią, a jak wiemy, stypendiów nie ma. A gdybym umieściła na Gumtree ogłoszenie, że szukam sponsora? W zamian zaoferowałabym czytanie dramatów rozmaitych - z naciskiem na te Witkacego - na role. Mam znakomitą dykcję.

14/10/2014

♪ caribou - our love

Mój główny powód rozpoczęcia studiów doktoranckich:

Gustowny wzorek.

Nie, skądże, żartuję. Tak naprawdę chcę się przysłużyć nauce i postawić Pulitzera (czy też Nobla) (czy też Oscara za Najlepszą Rolę Dramatyczną w Luizie i ludziach) obok winyli Prince'a. Dorobić się garba, zostać jeszcze większym krótkowidzem, a na koniec mieć hemoroidy.

Zaczęło się. Czuję jakieś nerwy, czuję jakiś stres. Muszę porozmawiać z moim opiekunem naukowym na temat narkotyków przez Witkaca zażywanych i zapytać, czy według niego powinnam zacząć ćpać już teraz czy poczekać do otwarcia przewodu (o ile dożyję).

Gdy dotarłam do domu, inauguracją roku akademickiego co najmniej dobita, położyłam się zniechęcona na mym łożu i, najwidoczniej, w sen zapadłam (aż żal, że nie w wieczny). Przebudziwszy się, przez chwilę nie miałam zielonego pojęcia, co się w ogóle ze mną dzieje, a gdy ustaliłam wszystkie fakty (szczególnie te dotyczące zrobaczałej egzystencji), zapaliłam światło (na wszelki wypadek, choć, jak pamiętamy z pierwszego, znakomitego jeszcze tomu Jeżycjady Czy twoim zdaniem żarówka powinna samoczynnie gasnąć w obecności nieboszczyka?) i ujrzałam swoje zmęczone spojrzenie w lustrze (żywy trup). W tej samej chwili usłyszałam pukanie do drzwi, które się lekko uchyliły, a w nich pojawiła się ręka KWD, a w ręce jej czekolada. Potem zjadłyśmy pizzę (pyszniutka i, oczywista, poprzedzona kurtuazyjnym dialogiem: - zjadłabym pizzę. - też bym coś zjadła, ale nie wiem... - czego nie wiesz. - zjadłabym coś ciepłego, ale nie chce mi się gotować... - zamawiam.) i oglądałyśmy... coś. Kiedyś Wam opowiem. To remedium tymczasowe, bo znów odpływam w głębokie smutku otchłanie. Ale jutro idziemy z Wojteczkiem do kina, więc na przynajmniej dwie godziny otchłań opuszczę. Wpis wyszedł rażąco nawiasowy. Całe moje życie to nawiasu wnętrze, szkoda, że życia kwintesencja znajduje się zawsze poza nawiasem.