13/09/2014

♪ sky ferreira - heavy metal heart

Wstaję. Jest 5:25, trzeba iść pod prysznic, zrobić coś z twarzą. Podnoszę się z łóżka w tempie porażająco spowolnionym, choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. Przecież nie zadzwonił budzik. Ospale sięgam po telefon. 5:27. Trybiki niespiesznie pracują. Po jakichś trzech minutach przypominam sobie, że dziś zaczynam o 9:00, więc mam jeszcze przynajmniej półtorej godziny snu.

Świetnie.

Dzień jak co dzień. W metrze czytam zawzięcie, wysiadam, idę pokazać ludziom, że niemiecki jest taki super i taki super prosty, co udaje mi się średnio, bo odmiana przymiotnika (tym razem bez rodzajnika) sprawia, że wszyscy zasypiamy nad książkami co trzy minuty. Oczywiście akurat dziś kropi, wieje, jedyny ratunek w kawie, piję więc dużą kawę, jadę do domu. O 14:00 przyjedzie Magda popilnować psa Kasi, żeby biedak nie został sam w nowym dla niego otoczeniu, ponieważ razem z Kasią zaplanowałyśmy...

WIELKI WYPAD DO IKEA TARGÓWEK
DRAMAT W SIEDMIU AKTACH


Występują:
Luiza (ja)
Kasia (moja współlokatorka oraz opiekunka Gustawa)
Magda (głąb ze Służewia, a przy okazji moja najznakomitsza przyjaciółka)
Gustaw (pies Kasi)
Pan, który pomoże ci dobrać odpowiedni materac!
Sprzedawczyni w Ikea
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę
Głos w metrze

AKT I
(Powiedziałam Magdzie, że odbiorę ją z metra i pokażę jej skrót do naszego mieszkania. Kluczę wokół metra i na stacji jakieś 20 minut. Zirytowana wracam do domu. W drzwiach stoi Kasia.)
Ja (zdenerwowana): Jest już ta tępa *****?
Kasia: Spokojnie. Zaraz przyjdzie.
Ja (jeszcze bardziej zdenerwowana): Co za ****. To chyba oczywiste, że jak się nie wie, jak wyjść z metra, to się czeka w metrze.
Kasia: Spokojnie. Odebrałam twój telefon i ją pokierowałam. Zaraz będzie.
Ja (furia): Boże! Idę po nią przed blok, bo ten **** w ogóle tu nie trafi.
(Wychodzę. Widzę, że druga winda jedzie na górę. Wracam. Wchodzę do domu. Z mych ust wydobywa się ciągle *****, ** *******, co za ****, gdy znienacka rozlega się dzwonek do drzwi. Otwieram.)
Ja: Ty **** ********!
Magda: Sama jesteś ******! Dzwoniłam i pytałam, gdzie wyjść!
Ja: Zapomniałam wziąć telefon!
Magda (triumfuje): CZYLI TO TWOJA WINA!
Ja: Chyba cię ********!
Magda: Chyba cię! Och! (w zachwycie) Jaki piękny piesek.
Kasia (nieco zgubiona): Ale spokojnie, dziewczyny, nic się przecież nie stało.
Ja: Jak to się nie stało? Jak ktoś jest ****** to tak już jest!
Magda: Umrzyj! (zmiana tonu) Piesek, piesek, piesek.
Ja: Ty tępa *****! Kasia ci zupę ugotowała! Ja ci kupiłam wegańską czekoladę! A Ty co! **********************
Kasia: Hmmm... problem z Luizą jest taki... że ona szybko... używa... mocnych słów.
Magda (z ciężkim westchnieniem): Wiem.
Gustaw (zawzięcie merda ogonem)

AKT II
(Stosunkowo odprężony. Pędzimy metrem z szybką wysiadką w centrum, by odebrać kartę miejską Kasi. Wracamy do metra, wysiadamy na stacji Ratusz Arsenał, przesiadamy się do 527. Podróżujemy namiętnie, dyskutując o sprawach rozmaitych. Zbliżamy się do przystanku CH Targówek.)
Ja: Cholera. Zapomniałam, że CH Targówek to nie CH Marki. Musimy się znowu przesiąść.
Kasia (nieco zrezygnowana): Trudno.

AKT III
(Wchodzimy do Ikea. Szukamy materaca dla Kasi, po drodze ładując do żółtej torby kilka przydatnych drobiazgów. Trafiamy na dział z materacami. Kasia testuje.)
Kasia: Ten za twardy.... ten za miękki... a weź piankowe. Oj, za twardy. Hm, ten też. Nie, nie, musi być tamten. Poczekaj...
(Kasia dyskutuje z Panem, który pomoże dobrać ci odpowiedni materac!, jak ciężki jest wybrany ten przez nią i czy damy radę donieść go same.)
Pan, który pomoże ci dobrać odpowiedni materac! (taksuje nas wzrokiem): Bez problemu.
(Po drodze wypada restauracja, więc decydujemy się posilić. Wypijam kolejne kawy. Trzęsą mi się ręce, ale nie zwracam uwagi na tę niedogodność. Schodzimy na dół. Przechodząc do materacy, roztkliwiamy się nad rozmaitymi ikeowskimi precjozami, zachowując jednak rozsądek. I tak zapominam kupić zaparzacz do herbaty. Odnajdujemy regał z materacem Kasi.)
Kasia: On waży 21 kilogramów. 

AKT IV
(Zmachane, ale dumne z naszej ciężkiej pracy i zatachania materaca do kasy bez wózka - Kasia uznała, że się nam nie przyda - stajemy w kolejce. Kasia załatwia sprawunki pierwsza.)
Kasia: Czy udałoby się załatwić transport tego materaca na dziś?
Sprzedawczyni w Ikea: Na pewno nie.

AKT V
Materac. Siaty. Nogi Kasi. Przystanek CH Marki.










AKT VI
(Wsiadamy do autobusu. Jedziemy beztroskie, podziwiając murale. Nasz wzrok przykuwa Wyspa JP2.)
Ja (zaaferowana): Googluję to.
(Autorka niniejszego dramatu stanie na tym, że po przeczytaniu, jakoby koncepcję szkoły pomógł budować Józef z Nazaretu, pękano ze śmiechu do końca podróży. Wysiadamy przy stacji metra. Jesteśmy padnięte, więc rzucamy coraz to głupszymi i - w naszym wyczerpanym mniemaniu - zabawniejszymi pomysłami, np. Kasia usiądzie na materacu, a ja ją zepchnę ze schodów, albo wjedziemy po poręczy do góry niczym Pan Kleks. Prosimy o wybaczenie. Dochodzimy do bramek.)
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę (wskazując na bramki): Tam było otwarte.
Ja (czuję, co się święci): Poradzimy sobie, dziękuję.
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę (z ciekawością): A co to jest, mogę zapytać?
Kasia: Materac.
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę: A gdzie kupiony?
Kasia: W Ikea.
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę: A ja mieszkam piętnaście minut od Ikei i mam dwóch braci i oni pomogliby mi przenieść materac.
Ja i Kasia (wymowna cisza)
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę (do Kasi): Ale ma pani dobrą przyjaciółkę, że tak pani pomaga. To chyba ciężkie.
Kasia (zniecierpliwiona): No mam.
(Na nasze szczęście podjeżdża metro Uczynnego, ale bardzo niepokojącego dziewczęcia. Czekamy na swoje w spokoju. Wsiadamy.
Głos w metrze: Następna stacja: Dworzec Gdański.
Kasia: Czy my naprawdę jedziemy w drugą stronę?
Ja i Kasia: **********************************************************

AKT VII
(Przesiadamy się do metra jadącego na Kabaty. Umęczone padamy na siedzenia. Na następnej stacji dosiada się młodzieniec lat cztery, który z lubością wtula się w materac Kasi. Zawiązuje się przyjaźń, która skończy się na stacji Służew. Na Politechnice natomiast wsiadają cztery dziewczyny, z czego jedna niesie balony z napisem Happy 16th birthday.)
Kasia (z przekąsem): Jakieś duże te dziewczyny jak na szesnastolatki.
Ja: Jesteś bezczelna.
Kasia (uśmiech samozadowolenia wypływa na jej usto): To chyba oczywiste.
Ja: Poza tym, może jadą na czyjeś urodziny. Zresztą ty też nie wyglądasz na swój wiek.
Kasia: Prawda. Może zacznę nosić okulary?
Ja: Przede wszystkim golf.
(Kasię coraz bardziej pochłania nowa znajomosć, a ja przyglądam się reakcjom ludzi na materacowy rulon - najczęściej to łagodne zdziwienie. Nagle do mych uszu dociera składanie życzeń. Dziewczęta z balonami wysiadają, a te bez balonów je wylewnie żegnają. Szturcham Kaśkę.)
Ja: To jednak były urodziny którejś z tych dziewczyn! Bo te, które nie wysiadły, życzyły im wesołych świąt.

KONIEC

13 comments:

  1. mój pierwszy poprzeprowadzkowy chłopak miał na imię Tymek i miał wybitnie cierpliwą mamę.

    a od tej wyprawy imię nasze to dwadzieścia i jeden

    ReplyDelete
    Replies
    1. Szybko (błyskawicznie) działasz. To fakt.

      Bierzesz dwadzieścia czy jeden?

      Delete
  2. Replies
    1. Po cóż gorszyć w sobotni wieczór.

      Delete
  3. ale Ty masz dobra pamięć, siedziałaś z kajecikiem i notowałaś czy wszystko masz nagrane? (hehe!)
    i tylko spróbuj kiedyś coś powiedzieć ze jestem chujowym przewodnikiem po miescie, wsiadam w zły tramwaj etc.!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jeśli prowadzi się bloga o swoich żenujących przygodach, trzeba mieć dobrą pamięć, Żelżbieto.
      Ale ja mam znakomite wytłumaczenie, a mianowicie absolutne poikeowskie zmęczenie! A Ty wlazłaś do tramwaju ot tak. W ogóle co Ty robisz w Internecie, miast NYC podbijać? Spadaj stąd!

      Delete
  4. Jakbyś kiedyś miała jechać po ten zaparzacz, to ja mogę zaoferować swoje towarzystwo. Potrzebuję jednej-jedynej pierdoły z Ikei bez której moje życie będzie niekompletne. Obiecuję postarać się nie dostarczyć materiału na notkę.

    Pees i mam dla Cię prezent, który nie jest ani magnesem z Krakowa ani z różańcem z Częstochowy. Życie.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Cudownie. A czego dokładnie potrzebujesz? Czy to jest jeszcze mniejsze niż zaparzacz?

      PS To chyba nie przyjmę.
      (Dziękuję! ♥ Ja o Twoim też już nie zapomnę. W końcu wiem, gdzie jest!)

      Delete
    2. Trochę większe, ale mniej potrzebne. Teoretycznie. Bialy pojemnik z dzialu kuchennego z przednia scianka nizsza od pozostalych, absolutnie idealny do trzymania w nim podkladow, ktore nie mieszcza sie juz w oslonce na doniczke (w przeciwienstwie do pewnej nabytej dwa dni temu doniczki).

      Nie to nie, sama ZJEM.

      Delete
    3. Pofruniemy do Ikea z pewnością. Zjemy na spółę w autobusie!

      Delete
  5. Barbara z krainy wongla14 September 2014 at 12:26

    Wykupuję prawa autorskie do tej oraz wszystkich kolejnych sztuk. Dodam im parę śląskich smaczków (jest przekonana, że Sprzedawczyni w Ikea pytała o zgodne pieniądze) i będzie hit roku.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie bez kozery jesteś moim doradcą finansowym.

      Delete
    2. co to są zgodne piniondze? w sensie, że odliczone?

      (dupa, obie płaciłyśmy kartami)

      Delete