30/09/2014

♪ phantogram - the day you died

Szanowni Państwo, dziś opowiem Państwu bajkę... przypowieść... thriller... anegdotkę... horror.
Za mną pierwsze zajęcia na studiach d., które wyjątkowo odbyły się w weekend, gdyż prowadzący jest personą ważną szalenie i wykłada również w Strasburgu i Genewie. Sobota o 8:00 nigdy nie była moją ulubioną porą, ale w imię wiedzy zrobię wszystko. Wstałam zatem, choć niechętnie, okutałam się szalem, włożyłam kurtkę, czapkę oraz parasol dzierżyłam w dłoni, bo poranek sobotni deszczem był okraszony (brzmi to jak popłuczyna po wieszczach romantycznych). Pędziłam na wydział z radością w sercu i zamglonymi od snu oczami. Wbiegłam do budynku, akurat podjechała winda - czekał też na nią jakiś młodzieniec - jak się później okazało, współdoktorant - który ją uprzejmie dla mnie przytrzymał - jedziemy, a oboje wysiadaliśmy na drugim piętrze.
Winda się zatrzymuje, wychodzę krokiem pewnym, ja, doktorantka, przyszłość narodu polskiego i świeże tchnienie w literaturze, z parasolem dostojnym, włosem spuszonym, kubkiem ze Starbucks w torbie, kwintesencja zużytego hipsterstwa I NAGLE SIĘ TAK POTĘŻNIE WYKŁADAM NA MOKREJ POSADZCE, hoho, gdzie ten mój honor literaturoznawczy, gdzie klasa i szykowność moja, zaczynam płakać ze śmiechu, kolega z windy łapie mnie za ramię, a ja wstać nie mogę, bo łzy ze śmiechu po gębie mi lecą. Co za początek, tego nie spodziewał się nikt, a już najmniej prawa strona mojego ciała - przez dwa dni nie mogłam na niej spać, a skórę na łokciu zdrapałam fatalnie.
Ale przynajmniej mam już pierwszą doktorancką piąteczkę na koncie. Złe dobrego początki (oby).
Bywały też chwile, w których chciałam przywalić moim studiom po mordzie, więc poniekąd to zrobiłam. Jako że było to drugie piętro, trafiłam gdzieś pod brodą po prawej.

Zwycięstwo lektor odnotowuje wtedy, gdy kursant mówi, że na ten niemiecki to przyszedł ot tak, bo w sumie nie lubił nigdy tego języka, a dzięki lektorowi polubił i chce się uczyć dalej. Albo gdy kursant mówi, że chciałby się zapisać na kurs u tego samego lektora, ale dopiero za rok w lecie, bo teraz studiuje i nie rady i czy to można zaklepać, a potem wręcza mu sernik.

Dzięki mieszkaniu z Wielkopolanką (KWD) nauczyłam się nowego czasownika - zakluczyć - którego używam z niekłamaną przyjemnością. Dowiedziałam się również, że kejter - przy okazji imię kociska państwa Nieśmigielskich - nie oznacza, jak sądziłam, grzejnika tylko psa. (Bardzo dobry dowcip, swoją drogą, Elżuniu.) Pół życia w kłamstwie. Ale czy kejter nie brzmi jak grzejnik? Kaloryfer?

Ogólnie jednak odczuwam niechęć, więc zamierzam zrobić krem z kukurydzy, bo będzie żółciutki i cieplutki jak cholerne słoneczko. Odkryłam również sekret idealnej zupy dyniowej - musi być z dyni hokkaido - oraz sekret idealnych pancakes - trzeba kupić do ich smażenia malutką patelenkę, ponieważ - jeśli jest się mną, rzecz jasna - zaolejowuje się dużą na amen i lepi się ona tak, jak ja do Marcina Dorocińskiego.

13/09/2014

♪ sky ferreira - heavy metal heart

Wstaję. Jest 5:25, trzeba iść pod prysznic, zrobić coś z twarzą. Podnoszę się z łóżka w tempie porażająco spowolnionym, choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. Przecież nie zadzwonił budzik. Ospale sięgam po telefon. 5:27. Trybiki niespiesznie pracują. Po jakichś trzech minutach przypominam sobie, że dziś zaczynam o 9:00, więc mam jeszcze przynajmniej półtorej godziny snu.

Świetnie.

Dzień jak co dzień. W metrze czytam zawzięcie, wysiadam, idę pokazać ludziom, że niemiecki jest taki super i taki super prosty, co udaje mi się średnio, bo odmiana przymiotnika (tym razem bez rodzajnika) sprawia, że wszyscy zasypiamy nad książkami co trzy minuty. Oczywiście akurat dziś kropi, wieje, jedyny ratunek w kawie, piję więc dużą kawę, jadę do domu. O 14:00 przyjedzie Magda popilnować psa Kasi, żeby biedak nie został sam w nowym dla niego otoczeniu, ponieważ razem z Kasią zaplanowałyśmy...

WIELKI WYPAD DO IKEA TARGÓWEK
DRAMAT W SIEDMIU AKTACH


Występują:
Luiza (ja)
Kasia (moja współlokatorka oraz opiekunka Gustawa)
Magda (głąb ze Służewia, a przy okazji moja najznakomitsza przyjaciółka)
Gustaw (pies Kasi)
Pan, który pomoże ci dobrać odpowiedni materac!
Sprzedawczyni w Ikea
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę
Głos w metrze

AKT I
(Powiedziałam Magdzie, że odbiorę ją z metra i pokażę jej skrót do naszego mieszkania. Kluczę wokół metra i na stacji jakieś 20 minut. Zirytowana wracam do domu. W drzwiach stoi Kasia.)
Ja (zdenerwowana): Jest już ta tępa *****?
Kasia: Spokojnie. Zaraz przyjdzie.
Ja (jeszcze bardziej zdenerwowana): Co za ****. To chyba oczywiste, że jak się nie wie, jak wyjść z metra, to się czeka w metrze.
Kasia: Spokojnie. Odebrałam twój telefon i ją pokierowałam. Zaraz będzie.
Ja (furia): Boże! Idę po nią przed blok, bo ten **** w ogóle tu nie trafi.
(Wychodzę. Widzę, że druga winda jedzie na górę. Wracam. Wchodzę do domu. Z mych ust wydobywa się ciągle *****, ** *******, co za ****, gdy znienacka rozlega się dzwonek do drzwi. Otwieram.)
Ja: Ty **** ********!
Magda: Sama jesteś ******! Dzwoniłam i pytałam, gdzie wyjść!
Ja: Zapomniałam wziąć telefon!
Magda (triumfuje): CZYLI TO TWOJA WINA!
Ja: Chyba cię ********!
Magda: Chyba cię! Och! (w zachwycie) Jaki piękny piesek.
Kasia (nieco zgubiona): Ale spokojnie, dziewczyny, nic się przecież nie stało.
Ja: Jak to się nie stało? Jak ktoś jest ****** to tak już jest!
Magda: Umrzyj! (zmiana tonu) Piesek, piesek, piesek.
Ja: Ty tępa *****! Kasia ci zupę ugotowała! Ja ci kupiłam wegańską czekoladę! A Ty co! **********************
Kasia: Hmmm... problem z Luizą jest taki... że ona szybko... używa... mocnych słów.
Magda (z ciężkim westchnieniem): Wiem.
Gustaw (zawzięcie merda ogonem)

AKT II
(Stosunkowo odprężony. Pędzimy metrem z szybką wysiadką w centrum, by odebrać kartę miejską Kasi. Wracamy do metra, wysiadamy na stacji Ratusz Arsenał, przesiadamy się do 527. Podróżujemy namiętnie, dyskutując o sprawach rozmaitych. Zbliżamy się do przystanku CH Targówek.)
Ja: Cholera. Zapomniałam, że CH Targówek to nie CH Marki. Musimy się znowu przesiąść.
Kasia (nieco zrezygnowana): Trudno.

AKT III
(Wchodzimy do Ikea. Szukamy materaca dla Kasi, po drodze ładując do żółtej torby kilka przydatnych drobiazgów. Trafiamy na dział z materacami. Kasia testuje.)
Kasia: Ten za twardy.... ten za miękki... a weź piankowe. Oj, za twardy. Hm, ten też. Nie, nie, musi być tamten. Poczekaj...
(Kasia dyskutuje z Panem, który pomoże dobrać ci odpowiedni materac!, jak ciężki jest wybrany ten przez nią i czy damy radę donieść go same.)
Pan, który pomoże ci dobrać odpowiedni materac! (taksuje nas wzrokiem): Bez problemu.
(Po drodze wypada restauracja, więc decydujemy się posilić. Wypijam kolejne kawy. Trzęsą mi się ręce, ale nie zwracam uwagi na tę niedogodność. Schodzimy na dół. Przechodząc do materacy, roztkliwiamy się nad rozmaitymi ikeowskimi precjozami, zachowując jednak rozsądek. I tak zapominam kupić zaparzacz do herbaty. Odnajdujemy regał z materacem Kasi.)
Kasia: On waży 21 kilogramów. 

AKT IV
(Zmachane, ale dumne z naszej ciężkiej pracy i zatachania materaca do kasy bez wózka - Kasia uznała, że się nam nie przyda - stajemy w kolejce. Kasia załatwia sprawunki pierwsza.)
Kasia: Czy udałoby się załatwić transport tego materaca na dziś?
Sprzedawczyni w Ikea: Na pewno nie.

AKT V
Materac. Siaty. Nogi Kasi. Przystanek CH Marki.










AKT VI
(Wsiadamy do autobusu. Jedziemy beztroskie, podziwiając murale. Nasz wzrok przykuwa Wyspa JP2.)
Ja (zaaferowana): Googluję to.
(Autorka niniejszego dramatu stanie na tym, że po przeczytaniu, jakoby koncepcję szkoły pomógł budować Józef z Nazaretu, pękano ze śmiechu do końca podróży. Wysiadamy przy stacji metra. Jesteśmy padnięte, więc rzucamy coraz to głupszymi i - w naszym wyczerpanym mniemaniu - zabawniejszymi pomysłami, np. Kasia usiądzie na materacu, a ja ją zepchnę ze schodów, albo wjedziemy po poręczy do góry niczym Pan Kleks. Prosimy o wybaczenie. Dochodzimy do bramek.)
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę (wskazując na bramki): Tam było otwarte.
Ja (czuję, co się święci): Poradzimy sobie, dziękuję.
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę (z ciekawością): A co to jest, mogę zapytać?
Kasia: Materac.
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę: A gdzie kupiony?
Kasia: W Ikea.
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę: A ja mieszkam piętnaście minut od Ikei i mam dwóch braci i oni pomogliby mi przenieść materac.
Ja i Kasia (wymowna cisza)
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę (do Kasi): Ale ma pani dobrą przyjaciółkę, że tak pani pomaga. To chyba ciężkie.
Kasia (zniecierpliwiona): No mam.
(Na nasze szczęście podjeżdża metro Uczynnego, ale bardzo niepokojącego dziewczęcia. Czekamy na swoje w spokoju. Wsiadamy.
Głos w metrze: Następna stacja: Dworzec Gdański.
Kasia: Czy my naprawdę jedziemy w drugą stronę?
Ja i Kasia: **********************************************************

AKT VII
(Przesiadamy się do metra jadącego na Kabaty. Umęczone padamy na siedzenia. Na następnej stacji dosiada się młodzieniec lat cztery, który z lubością wtula się w materac Kasi. Zawiązuje się przyjaźń, która skończy się na stacji Służew. Na Politechnice natomiast wsiadają cztery dziewczyny, z czego jedna niesie balony z napisem Happy 16th birthday.)
Kasia (z przekąsem): Jakieś duże te dziewczyny jak na szesnastolatki.
Ja: Jesteś bezczelna.
Kasia (uśmiech samozadowolenia wypływa na jej usto): To chyba oczywiste.
Ja: Poza tym, może jadą na czyjeś urodziny. Zresztą ty też nie wyglądasz na swój wiek.
Kasia: Prawda. Może zacznę nosić okulary?
Ja: Przede wszystkim golf.
(Kasię coraz bardziej pochłania nowa znajomosć, a ja przyglądam się reakcjom ludzi na materacowy rulon - najczęściej to łagodne zdziwienie. Nagle do mych uszu dociera składanie życzeń. Dziewczęta z balonami wysiadają, a te bez balonów je wylewnie żegnają. Szturcham Kaśkę.)
Ja: To jednak były urodziny którejś z tych dziewczyn! Bo te, które nie wysiadły, życzyły im wesołych świąt.

KONIEC

06/09/2014

♪ kanye west - the glory

- Misiu! Misiu, uspokój się - mówię do Miśki, głaszcząc ją jednocześnie po jej mięciutkim grzbiecie. - Misiu, spokojnie.
- HE HE HE A JUŻ MYŚLAŁEM ŻE DO MNIE PANI MÓWI HE HE HE - rzekł Pan Przeprowadzkowy nr 1, zabierając pudło.
- HE HE HE BĘDZIEMY DZIŚ GRZECZNYMI MISIAMI CZY NIEGRZECZNYMI? - pyta rubasznie Pan Przeprowadzkowy nr 2. - MOGĘ ZOSTAĆ PANI MISIEM? HE HE HE.
- HE HE HE ALE MA PANI KSIĄŻKI HE HE HE - stwierdza Pan Przeprowadzkowy nr 1, a ja myślę, że zdziwienie, jak na człowieka, który w życiu przeczytał jedynie Jacka, Wacka i Pankracka, jest słuszne.
- HE HE HE A CO PANI TUTAJ MA - dopytuje Pan Przeprowadzkowy nr 2.
- Też książki - odpowiadam cierpkim tonem, nadal głaszcząc Miśkę i marząc o tym, żeby ktoś pogłaskał mnie.
Panowie Przeprowadzkowi spóźnili się godzinę i dwadzieścia minut.

Nienawidzę przeprowadzek. Myślałam, że nienawidzę ananasa w miodzie, ale przeprowadzki są o wiele gorsze. Heroicznie jednak szukam plusów. Tym razem układanie książek było stosunkowo ekscytujące, bo mam wspaniały regał, który je bombowo eksponuje. Chcąc pozostać dowcipnisiem na wieki, Bycie i czas Heideggera postawiłam obok Bridget Jones's Diary. Jest to tzw. figiel intelektualny. Przeglądanie ubrań nie było aż tak straszne dzięki czadowej, wielkiej szafie z tysiącem zakamarków. Mogę pływać w przejrzystym morzu stworzonym z toreb z Ikea (kłaniam się nisko Agacie, mężowi Agaty oraz synowi Agaty [kiedy Tomasz założy bloga, a przynajmniej instagram?]). Chyba się przeziębiłam z tych wszystkich emocji, albo złapałam dużo bakterii od Agatki, która spędziła ze mną cały dzień, sprzątając, czyszcząc i przestawiając. Dziękuję! Życzę Ci wielu próbek moczu i kału do zbadania.

Fakt: podczas każdej przeprowadzki słucham Kanye Westa. Jak można to uzasadnić psychologicznie?

Na moim nowym bloku napisano PANDA SRANDA. Od kiedy to zauważyłam, dumam, co to tak naprawdę oznacza. I to jest mój problem. Doszukiwanie się głębokich znaczeń tam, gdzie ich, jak wszyscy znakomicie wiemy, w ogóle nie ma.

Jeśli kiedykolwiek w upalny dzień zobaczycie dziewczynę w kurtce, swetrze i szaliku albo w mroźny dzień dziewczynę w lekkiej kurtce i trampkach, to będę to ja. Jestem organicznie niezdolna do ubrania się odpowiednio do pogody. Dobrze, że jestem (w miarę) zdolna do pracy i (w nieco mniejszą miarę) zdolna do funkcjonowania w społeczeństwie.
 
Agata: Chcę usiąść tam, o tam!
Pani kelnerka: Zapewne zachęcił panie domek*.
Ja: Tak. Pasuje idealnie do naszego poziomu umysłowego.
Pani kelnerka: No, no, proszę nie przesadzać.
*zielony plastikowy domek do zabawy dla dzieci. 

Z okazji przeprowadzki kupiłam sobie nowe kapciuszki. Są białe w kolorowe kropeczki, bo mam sześć i pół roku. Ale, jak to mówią, nowe kapcie w dom, Bóg w dom. Czy jakoś tak.