29/06/2014

♪ mc hammer - u can't touch this

Całymi dniami dumam nad beznadziejną koleją mojego losu (obrona, koniec z legitymacją, zero zniżek, jak się do tego przyzwyczaić - oczywiście ustawiam to w perspektywie ogólnych przerażających wydarzeń na świecie, przy których moje problemiki to wydumane historie, ale nie mogę się powstrzymać, żeby się nad sobą nie roztkliwiać), a nad beznadziejnymi kolejami swojego losu najlepiej duma się pod kołdrą, tylko z wystawionym nosem. Ale nadchodzi chwila, w której nie ma już się na to sił i - przede wszystkim - uświadamia się sobie, że nie widziało się żywego człowieka od lat stu. Odzywam się zatem do żywego człowieka, który jeszcze może chcieć mnie znosić i się umawiamy. Okoliczności nie sprzyjają, bo błyska, grzmi, leje, mnie zaczyna boleć łeb i zasypiam nad Hłaską. Ale budzę się rychło w czas, robię coś z twarzą i wychodzimy.
Niesamowite jest to, że uświadomiłam sobie tęsknotę za całym gangiem dopiero, gdy się spotkaliśmy, usiedliśmy, zaczęliśmy rozmawiać, płakać ze śmiechu i pić (a niektórzy jeść kartofelki; odnotowuję dla porządku). I dobre to było, szczere i odrywające od myślenia o beznadziejnych kolejach itp., itd., choć i tak zdarzało mi się popaść w magisterski marazm, ale, jak się okazało, istnieją niezłe techniki wywalania go z głowy. Docenia się swoje wyższe wykształcenie, gdy dostaje się ekstra shota za uzasadnienie, dlaczego nalewka mango jest najlepsza (bo magdalenki Prousta też zaczynają się na m). Pachnie Bożym Narodzeniem. Od śmiechu boli mnie brzuch i twarz, nie mam siły ani iść do metra, ani w to metro wsiadać, chce mi się tylko siedzieć na chodniku z najlepszymi ludźmi wszech czasów i śmiać dalej w nieskończoność - a już na pewno do 1 lipca, bo wtedy kończy mi się ulgowy bilet miesięczny.

26/06/2014

♪ songs: ohia - hold on magnolia

Przecież mogę rozmawiać. Wszystko w porządku.

Jest zimno. Teoretycznie nie powinno mi to przeszkadzać, bo lubię, kiedy jest zimno. Ale wolę stałe zimno zimy, a nie chlust deszczem w twarz, uciążliwe zdejmowanie kurtki, dobijające owijanie się szalem, ale rozpinanie swetra. I z powodu tego niepewnego zimna dziś rano zamarzył mi się gorący prysznic, żeby poczuć, że świat mnie jednak kocha. Wchodzę do łazienki, odkręcam kurek, woda zachęcająco szumi, wchodzę pod prysznic, woda dalej szumi zachęcająco, ale jest lodowata. Mam wrażenie, że wybrałam się na ekspedycję na Alaskę. Uciekam z łazienki, wkładam bluzę i owijam się w koc. Boli mnie głowa, a Heidegger zerka na mnie z politowaniem ze stolika nocnego. Boję się po niego sięgnąć, bo albo odpowie na wszystkie moje pytania, albo nie odpowie na żadne, a ja będę miała poczucie zmarnowania pięćdziesięciu złotych polskich, które mogłam wydać na (wstaw dowolnie). Przecież nikt nie czyta filozofów; powinni być na wiecznej wyprzedaży. Zbieram się w sobie: muszę dziś porozmawiać z człowiekiem, który - przy pomyślnych wiatrach -  będzie dla mnie najważniejszy przez najbliższe cztery lata. Czy ja wyglądam, jakbym nie był spełniony? Wydałem sześćdziesiąt dziewięć książek, zaraz jadę na promocję sześćdziesiątej ósmej.

Czuję się lepiej. Zdobywam się na uśmiech i żart. Coraz trudniej o dobre i ładne jabłka, ale udaje mi się je znaleźć. Pocieszające zwycięstwo. Wracam do domu. Mijam babcię z wnukiem, trzymają się za ręce. Babcia jest drobna i siwiutka, a chłopiec jest uroczy, ma szeroką buzię i tatę albo mamę z którejś części Azji. Babcia chyba udziela mu łagodnej reprymendy, mówi: jeśli będziesz niegrzeczny... - chłopczyk nie słucha, wpatruje się we mnie jak w obraz, nie mogę się powstrzymać, puszczam do niego oko. W odpowiedzi też puszcza mi oko. Nie ma większych łobuzów niż my.

23/06/2014

♪ joy division - disorder

Czuję się tak, jakbym codziennie oglądała 4:48 Psychosis w TR.
Ten spektakl trwa godzinę, a ja chciałam z niego uciec po pierwszych pięciu minutach. Nie mogłam usiedzieć w miejscu, nerwowo zakładałam nogę na nogę tylko po to, by za chwilę siedzieć prosto, trzęsłam się w tym siedzeniu, było mi niedobrze, zasłaniałam twarz rękoma. Nie mogłam wytrzymać. Kyo, z którą widziałam 4:48, powiedziała, że czuła, że coś się ze mną dzieje. Złego.

Herbatę piję tylko zimą i gdy jestem chora. Ostatnio piję herbatę codziennie. Są dwa wyjścia: albo jest zima, albo jestem chora.
Pada czarny śnieg.

Bierzesz rozbieg, biegniesz. Życzysz sobie powodzenia, równej drogi. Zakładasz, oczywiście, że po drodze możesz upaść albo napotkać wyboje czy stromą górkę, ale nie spodziewasz się muru. Muru tak wysokiego, że przeskoczenie go wydaje się niemożliwe. Nie da się go obiec. Masz wrażenie, że do zrobienia została jedna, jedyna rzecz: wpadasz więc na mur. Boleśnie się od niego odbijasz. Upadasz. Nie masz siły wstać. Czekasz na cud.

16/06/2014

♪ david bowie/queen - under pressure

To ostatni moment na uwiecznienie wspaniałych chwil tego weekendu; już czuję, jak podstępem wślizguje się w nie poniedziałek, który już teraz jest zmęczony. Jak to w ogóle wróży ludzkości?

Sobota miała być zwykłą, figlarną sobotą. Rano objadałyśmy się z Bachą pankejkami, a potem, w deszczu tym strasznym i wilgoci okropnej, pojechałam do Magdy do Krowarzyw, bo sprzedaje tam znakomite wegańskie lody, więc dotrzymywałam jej towarzystwa i włosem swym rozwianym i gębą zachęcającą przyciągałam klientów z całego centrum. Sobota mijała tym prędzej, że co chwila z obłędem w oczach sprawdzałam skrzynkę mailową, czekając na wyrok od mojego promotora. W końcu to zarzuciłam, zrezygnowana, i zaczęłam przygotowywać się do wyjścia do teatru (pójście do teatru w dresie i obdrapanych pazurach wykracza zdecydowanie poza moją teatralną konserwę). W drodze do TR nabijałam się z Bachy i z tego, że chce kupić dla siebie męskie mokasyny. Kochanie, ale naprawdę! Rechot pochłaniał mnie tak, że nie pomyślałam o zajrzeniu do skrzynki. Zrobiłam to dopiero w foyer, czekając na otwarcie sali, z której wydobywały się jakieś dźwięki. Wiedziałam, że znam tę piosenkę, ale nie skojarzyłam od razu tytułu. Otwieram skrzynkę pocztową, jednocześnie otwierają się drzwi do sali, z której rozlega się Under Pressure*, a w skrzynce widzę maila o treści zdecydowanie wystarczającej, mianowicie: OK.

Ulga i szczęście moje są nie do opisania. Napisałam światu smsy - a przynajmniej tej części świata, która jeszcze cokolwiek mnie obchodzi - co za radość na mnie spłynęła i rozsiadłam się wygodnie w fotelu (choć jeśli Państwo znają fotele w TR, to wiedzą, że to niemożliwe; że to w ogóle nie są fotele, tylko plastikowe siedzenia dla lal), zignorowawszy całkowicie chłód, panujący w pomieszczeniu dzięki klimatyzacji (na zewnątrz cały dzień było chłodno, więc dobór temperatury był faktycznie przeszywający). Śmiałam się do rozpuku, bo i sztuka smaczna (Ragazzo dell'Europa), bo i ja szczęśliwa i pognałam do domu pracę archiwizować, a tam Bacha do mnie mówi:


Śmieszek śląski.

Niedzielę natomiast spędziłam w apartamentach Agaty smarującej, z którą gadałyśmy nieprzerwanie i jadłyśmy znakomite makarony. Przytachałam od niej 20 kilogramów książek. Jeśli będę musiała wkrótce znów się przeprowadzić, podpalę się.


*Aktualnie mam obsesję i na punkcie Under Pressure (to w końcu utwór mojego zwycięstwa) i na punkcie Queen. Nigdy nie lubiłam Queen.

10/06/2014

♪ big sean - fire

Jest 03:13, a ja utknęłam w pisaniu streszczenia po polsku do swojej pracy magisterskiej. Po pierwsze dlatego, że chyba kompletnie zapomniałam, jak się pisze po polsku, po drugie, po co mi to streszczenie, skoro konieczny jest kolejny podpunkt w jakże koniecznym podrozdziale, który pisałam z wywieszonym jęzorem w zeszłym tygodniu, po trzecie, jestem na tym podłym etapie, gdzie słowo analiza doprowadza mnie do śmiechu, płynnie przechodzącego w płacz. Oczywiście, sama tego chciałam, bo jak to dziś rzekła Bacha, pragnąc podnieść mnie na ledwie zipiącym duchu, muszę być idealna.

(Słońce wschodzi powoli i ospale. Żyję dla dostojnych wschodów słońca na Ursynowie.)

Przeziębiłam się. Czuję bakterie w uszach i w gardle. W gardle mam wielką kulę bakterii, która zrobi mi krzywdę znienacka, a teraz podstępnie się czai. Wyczuwam tę kulę palpacyjnie, przysięgam. Jest nieco powyżej obojczyków. Może rośnie mi tam gniazdo os. Zostanę królową os i nie będę do tego potrzebować żadnej magisterki.

Ten weekend był wyjątkowy, ponieważ w sobotę urodziny obchodziła pierwsza miłość mojego życia (Prince), a w niedzielę druga (Kamil).

Padało. Przesiadałam się z autobusu w tramwaj do szkoły i jakiś znużony pan wetknął mi do ręki Metro. Wzięłam, bo nie miałam wtedy ze sobą książki, więc uznałam, że zabiję czas, przeglądając tę gazetkę, cienką i rozpadającą się jak pajęczyna. Na żadnej stronie nie znalazłam dla siebie nic ciekawego, więc przekładałam je z coraz większym rozczarowaniem, aż trafiłam na dział kulturalny, a w nim na wywiad z Mobym. Nigdy nie było mi z nim po muzycznej drodze, ale uznałam ten wywiad za najbardziej wartościową rzecz w tej całej miałkiej gazetce, więc zaczęłam czytać. I Moby powiedział tam tak: chciałbym w życiu stworzyć coś tak doskonałego jak "Purple Rain" Prince'a.
Prince, co za kretyński pseudonim, pomyślałam.

Kamila (Freda, Fredzinkę) poznałam drugiego września dwa tysiące ósmego roku. Ja przeniosłam się do nowej szkoły, a on kiblował. Usiedliśmy razem i tak już siedzieliśmy. Do końca. Jak Ty dzielnie znosisz moje fochy, masz do mnie taką cierpliwość, jakiej nie ma nikt. Jesteś najlepszy i tęsknię za Tobą codziennie. Czy wyznanie Ci miłości na łamach tego wątpliwej jakości blogaska ukoi choć na chwilę Twoje rozklekotane serce? Na nas w ramce patrzę co godzinę, a dziś ujrzał nas właściciel mieszkania. Chyba się zdziwił.

05/06/2014

♪ blackbird blackbird - summer heart

Teatr o 11:00 to pomysł nieco ekscentryczny, ale jakże wyborny. Panie nauczycielki strofujące dzieci za adidasy, dzieci paradujące w spódnicach miętowych, jedno dziecię w garniturze i jedno z fryzurą na czeskiego piłkarza, dzieci wręczające aktorom na koniec po kwiatku, które w drugiej części spektaklu ściskały z całych sił w rączkach. Czy byliście kiedyś we wnętrzu morskiego potwora? Ja byłam dziś.
Od szkoły można umrzeć. Nikt wam nie powiedział?

Środa natomiast była dziwna. Było lepko i gęsto. W powietrzu unosił się zapach moczu i karmy dla kotów. Przez przejazd Baracka Obamy nie wyrobiłam się na korepetycje (podwójna przesiadka, objazdy autobusów, linie mi potrzebne w ogóle zniknęły). Mam nadzieję, że nasz Barack wynagrodzi mi to pokojem na świecie. A na jego przejazd i świtę jego nie zwróciłam nawet uwagi, bo musiałam poprawić skarpetkę.

Jestem za stara na przeprowadzki. Ten powiew nowości (albo prania, które na czas przeprowadzki wrzuciłam do jakiegoś starego, skapcaniałego torbiszcza - mam wielką nadzieję, że to objaw geniuszu) już nie ekscytuje, a raczej wyczerpuje. Książki do tej pory są w nieładzie, sama już nie wiem, co mam w tych nieszczęsnych pudłach, po pokoju walają się jakieś puste reklamówki, w których znajduje się najgorsza kategoria rzeczy - drobiazgi, z którymi nie do końca wiadomo co zrobić, ale wyrzucić nie można, bo na pewno się przydadzą. Na razie leżą i czekają na cud.* Tak jak ja czekam na cud w sprawie mojej magisterki. Moja magisterka będzie cudem nad Wisłą 2 i to o tym będzie się pisać w nowych wydaniach podręczników, zapewniam.**

Nie mogłam znaleźć koszulki, którą wymarzyłam sobie na tę zmierzłą środę, więc w przypływie złości ostatecznej, wściekła wyciągnęłam wszystkie ubrania i rzuciłam na podłogę. Przydałoby się wydobyć wtedy z siebie jakiś stosowny, filmowy odgłos, ale wszyscy jeszcze spali. Bałam się wrócić do tego siedliska chaosu, ale jestem dzielna. I dojrzała, przede wszystkim. Do cholery.

Wciąż przekręcam klucz w zamku w złą stronę. W kuchni sięgam na prawo, by zapalić światło, a przecież tutaj jest po lewej; na korytarzu też się mylę. Cisza jest podejrzana, dlaczego nie słyszę kota i jego jęków? No tak, przecież tu nikt nie ma kota. Czy współlokatorzy uznają moją piżamę w Muminki za coś nienormalnego (niemoralnego)? Czy mój żel pod prysznic na pewno nikomu nie przeszkadza i czy prawidłowo odwieszam słuchawkę prysznica? Te i inne, równie idiotyczne pytania, stawiam sobie każdego dnia.

Mieszkam na 8 piętrze. Gdy stanę na łóżku, automatycznie staję się królową świata, a już na pewno królową Ursynowa. Mieszkanie na Ursynowie uszczęśliwia mnie tak, że gdy wysiadam z metra, mam ochotę rzucić się na chodniki i się w nich wytarzać.


*Ale olejki do włosów znalazłam! Gdy w końcu mi się to udało, uświadomiłam sobie, że specjalnie je tam wsadziłam, żeby o nich nie zapomnieć. Oczywiście.
**Promotor napisał mi maila, z którego wynika, że szansa na cud nieznacznie wzrosła.