17/05/2014

♪ the national - secret meeting

Nie wiem, skąd we mnie te lęki dotyczące przyszłości. Zadzwoniła mama:
- Wiesz, po ile u was koper?
- Kupiłam pęczek za dwa złote ostatnio.
- No proszę, koper w Warszawie za dwa złote, a babcia wyrzuca. Słuchaj... wyślemy ci kopru. Będziesz sprzedawać tak od 7:00 do 10:00. Pomyśl, sprzedasz 50 pęczków kopru za dwa złote i już masz stówę.

W takich chwilach moje i mojej mamy drogi dowcipu drastycznie się rozchodzą.

Kiedy jest deszcz, jest gorzej. Nie mówię tu nawet o fatalnym stanie moich włosów,  ale o powszechnej irytacji. Nikt się nie uśmiecha, wszyscy są wściekli. To jak siedzenie na wulkanie i czekanie na wybuch. Rozdrażnienie przechodzi z jednej osoby na drugą, każdy chce przywalić komuś w łeb, a najchętniej leżałby w łóżku pod ciepłym kocem i zignorował ten deszczowy makrokosmos. Przecież kiedyś to się udawało. A teraz wszyscy jesteśmy dorośli i nie udaje nam się nic.

(Ale rękawiczki w maju mnie zaskoczyły. Były fioletowe.)

Pod Galerią Mokotów pewien pan z obsługi osuszał ławki. Miał wielki kawałek gąbki przymocowany do srebrnego drążka. Nie rozumiałam, dlaczego to robi; miało padać cały dzień. A on dzielnie osuszał każdą ławkę. Chciałam usiąść na jednej, żeby zobaczył, że jego praca nie idzie na marne i ktoś w tej mżawce zaryzykuje relaks na fioletowej ławce pod Galerią - przecież jest sucha!, ale ostatecznie postawiłam tylko na ławce torbę, udając, że szukam telefonu.

Oczywiście o zrobieniu zakupów najczęściej przypominam sobie w deszcz. I nie w ten deszcz, kiedy wystarczy kaptur na głowie, tylko w deszcz, kiedy niezbędna jest parasolka. Moja parasolka jest duża, nie da się jej złożyć, ponieważ, no nie wiem. Byłam nieprzytomna, gdy ją sobie sprawiałam. Rzecz jasna, parasolka jest piękna, stabilna i nie poddaje się podmuchom najsilniejszego wiatru, ale jest wielka. I z takim umęczeniem na twarzy ją dźwigam, gdy przestaje padać, poprawiam ze spadającej rączki koszyka w sklepie, powtarzając w myślach, ze cierpienie uszlachetnia. Mama drwi ze mnie za każdym razem, dobitnie przypominając, że nie kazała mi kupować parasolicha tylko składany parasolik. Co poradzić, poleciałam na promocję, metkę i sklep; zakupiłam go w ekskluzywnym (rechocik) butiku na Brackiej. Wspominam to jako koszmar ostateczny.

Nieudana jest też pora po deszczu, gdy już wiadomo, ze na pewno nie będzie padać. Robi się świeżo, ale tylko na moment, bo wszyscy cuchną deszczem, parującym z ich kurtek i włosów. Zużyty deszcz. To dopiero prawdziwy smutek.

Jadąc autobusem, zamyśliłam się totalnie i uświadomiłam to sobie dopiero, gdy kierowca gwałtownie zahamował, a ja ocknęłam się z letargu i potrzebowałam minuty, żeby zorientować się, gdzie jestem. Wspominałam swoją ostatnią przeprowadzkę: rozpakowywanie książek, zastanawianie się, skąd w kuchni tyle woków, czy możemy wyrzucić grające na saksofonie M&M'sy, kombinowanie hasła do routera i temu podobne smakowitości. Gdy wróciłam już do świata zdenerwowanych żywych, zaczęłam zastanawiać się nad swoją podstawową miną. Miną, którą obnosimy na co dzień, gdy jesteśmy wśród obcych. Na chodniku, w sklepie, autobusie czy tramwaju. Jak ona wygląda? Przygnębiające jest to, że prawdopodobnie nie dowiemy się tego nigdy. Łapiąc swoje odbicie w szybie czy lustrze, prostujemy się i przywdziewamy nasz najkorzystniejszy wyraz twarzy, wierząc, że prezentujemy go nieustannie. Do zdjęcia albo się uśmiechamy albo wystawiamy język albo zamykamy oczy, licząc na to, że aparat się zepsuje. Wśród przyjaciół siłą rzeczy jesteśmy szczęśliwsi i bardziej rozluźnieni. Jak więc domyślić się, jaką twarz przedstawiamy nieznanemu światu? Ja po latach rozważań i możliwie najbardziej przypadkowych spojrzeń w lustro doszłam do wniosku, że moja podstawowa mina upodabnia mnie do Muminka.

8 comments:

  1. Moja podstawowa mina ostatnio zapewne wygląda jak wyraz twarzy mordercy, więc coraz bardziej zastanawiam się jak to odnosi się do pięknego hasła w ramce, którą trzymam w zasięgu wzroku "be the type of person what you want to meet". No cóż. Na pewno nie chciałabym spotkać samej siebie, a już zwłaszcza po 16.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nawet z miną mordercy wyglądasz jak słodka, urocza Renatka. Zapewniam.

      Delete
  2. Hmm, pewnie obnoszę się z miną niewidzialnej. Zwłaszcza w środkach komunikacji miejskiej i międzymiejskiej. Nie znoszę, kiedy mnie w pociągach czy innych takich zagadują.
    U mnie w pipidówie to byś nawet kopru nie sprzedała. Nie to, że mają swój, a to, że pojadą do większego miasta kupić, żeby tylko nie kupić u swoich. Takie tam deszczowe uogólnienie. Może ze trzy pęczki by poszły.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Najgorsze jest chyba zagadywanie w kolejce.
      Niech to, moje plany szybkiego wzbogacenia się powoli padają!

      Delete
  3. żużyty deszcz <3 ja go lubię, chyba że pachnie nim pies, wtedy już nie. pokaż mi to swoje parasoliszcze! koper sprzedawaj online.

    ReplyDelete
    Replies
    1. A pomyśl, jak zużytym deszczem pachniałby, na przykład, mrówkojad.
      Pokażę Ci, nawet zaraz.
      Może nie przetrwać, gdy będę go rozsyłać po Polsce. PO ŚWIECIE.

      Delete
  4. Ja strasznie nie lubię chodzić na zakupy :) Twoja mama pomysłowa Ci powiem :D

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ja też nie. Bardzo mnie to męczy.
      Aż za bardzo ;)

      Delete