27/05/2014

♪ alt-j - dissolve me

Zdjęcie z dedykacją dla Żeli, oczywiście.
Siedzę w cieniu jakiegoś budynku na Bemowie. Przyjechałam zrobić zdjęcia dyplomowe i teraz czekam na odbiór. Jest ciepło, wieje lekki wiatr, taki wiatr, który pozwala wierzyć, że wszystko się ułoży, choć tak naprawdę wszystko się rozsypuje. Pan mówi, bardzo przystojny, swoją drogą, że postara się, żeby zdjęcia były za 20 minut, ale dam mu te 10 minut więcej: właściwie nigdzie się nie spieszę. Uczennica odwołała korki, na uczelnię mam niewiele do zrobienia, magisterka może poczekać do czwartkowego popołudnia (i nocy, bo czwartkowy wieczór spędzam w teatrze). Siedzę zatem wdzięcznie na tych schodkach. Jako że jestem zgredziała, pod tyłek podkładam torbę na zakupy, muszę kupić wodę. Lepiej nie będzie, mówię panu, gdy pokazuje mi zdjęcie na ekranie aparatu. Pana nie zraża mój fatalistyczny ton i proponuje jeszcze kilka ujęć. Wychodzi nawet nieźle, nie to, co zdjęcia do licencjatu. Chyba nigdy nie zapomnimy tej przygody, co, Bacha? Wywaliłam pozostałe odbitki, ale znakomicie pamiętam swoje siedem podbródków i cienie pod oczami godne wyczerpanego ćpuna, resztkami sił błagającego o strzykawkę. Starszy pan, jego rozklekotany aparacik i drżąca ręka. Ale zdjęcia były praktycznie za bezcen! Siedzę grzecznie, mało kto tu przechodzi. Zdjęcia do dyplomu musiałam zrobić dziś, a włosy postanowiły się spuszyć i skręcić od porannej wilgoci. Trudno, moja karta miejska będzie musiała przejść nad tym do porządku dziennego. Ulica obok huczy i dudni, a ja mam wrażenie, że znalazłam się w innym świecie, jakże dalekim od siłowni Aplauz, z której wylewa się kark za karkiem z torbami Adidas w ręku. Rosną tu maki! Niebywałe, są śliczne i czerwone jak krew. Xero do A0, głosi szyld. Rozbawia mnie to na tyle, że czuję się w obowiązku schylić głowę i uśmiechać do kolan. Ufff, ktoś ma kalosze, więc nie wyglądam na aż tak oderwaną od obrazka w swoich botkach. Dobrze, że nie wzięłam parasola. Przeprowadzam się w weekend i cieszy mnie ta przeprowadzka jak żadna wcześniejsza. Pan zwraca mi uwagę, żebym zabrała nogi, przecież zabrałam! Mógłby pan darować sobie tę tyradę, ale zapewne poprawiła ona pana cierpki humorek. W 159 musiałam wysłuchać, jak to pani usiadła koło mnie, bo z przodu miejsce było zajęte, a ona zawsze siada z przodu. Idę po te zdjęcia. O, nawet pani z zakładu mnie woła. Wchodzę, oglądam. Znośnie. Przez te kilka najbliższych lat wstydu nie będzie, choć rumieńce mam niczym Pyza na polskich dróżkach. Wracam do (jeszcze) domu.

23/05/2014

♪ ortega cartel - tłok na plaży korte

Jest 3:26. Muszę wstać za dwie i pół godziny. Nie mogę spać. Jest za gorąco, przewracam się z boku na bok. Wszystko mnie drażni. Książkę odrzucam po połowie strony, moje ulubione gazety wydają się bezdennie nudne, jest cicho, nie odpowiada mi żadna muzyka. 30 sekund dźwięku i mam ochotę rzucić laptopem o ścianę. Nic mi nie pasuje. Nikt mi nie pasuje.
Ale wschody słońca są dość wzruszające. Jeszcze mogę je oglądać. Jeszcze, bo nie wiem, gdzie trafię, gdy się przeprowadzę. Chyba będę musiała, już czwarty raz. Nie znoszę przeprowadzek.

*

Matka z dzieckiem, na oko sześcioletnią dziewczynką, stoją przede mną w kolejce w Tesco. Matka kupuje "Dobre rady", cztery puszki piwa Tyskie i paczkę papierosów. Mamo, mogę ci ponieść to?, pyta dziewczynka, mama kiwa głową, dziewczynka bierze do ręki gazetę i papierosy.

*

Mam wstręt do liter. Ale... moje magisterskie męki się kończą, czy ktoś jest w stanie w to uwierzyć? Teraz w pracy dłubię i ją dopieszczam, bo musi być doskonała. Od kiedy pracuję nad nią praktycznie codziennie, zaczęłam śnić o schizofrenii; rozpoznaję, przepisuję lekarstwa, wymieniam objawy. Po obronie chyba zamknę się w szpitalu psychiatrycznym. Z każdym dniem pisać jest coraz ciężej - wysokie temperatury mnie wykańczają. Czy komuś naprawdę przyjemność sprawia pocenie się jak świnia, wszędobylskie robactwo, znienacka wlatujące do oczu i nosa, piekące słońce, pęcherze na stopach od baletek, mdlenie z gorąca w środkach komunikacji miejskiej, klejenie się od filtra (albo spalona skóra - nie wiem, co gorsze) i klejenie się do ludzi, szczególnie do tych, których zapach w wersji au naturel zostaje wzmocniony przez upał?

*

Woda pryska dookoła, węże zraszają trawnik. Dwie dziewczynki w sukienkach w kwiatki z niecierpliwością czekają, aż strumienie wody skręcą w ich stronę i z radością rzucają się na trawę. Moja mama chyba nie będzie zadowolona, stwierdza jedna z nich i, niezrażona swymi słowy, wskakuje pod zraszacz raz jeszcze.

*

Żela jest jedną z moich najulubieńszych osób na świecie. Wiecie, po czym poznać swoją najulubieńszą osobę na świecie? Nieważne, jak długo się nie widzicie, gdy się spotykacie, rozmowa rusza od punktu, w którym ostatnio się skończyła. Nikt się nie kryguje, nie sprawdza dyskretnie, czy na pewno może o coś zapytać, nie udaje kogoś, kim nie jest. Och, Żelu, dlaczego nie przeprowadzicie się z Tomeczkiem do Warszawy? Żela robi przepiękne zdjęcia, których jestem wielką fanką - nasyćcie i Wy swe oczy tymi pięknymi fotografiami. Co prawda poziom bloga Żeli pewnie wkrótce spadnie, bo mogą pojawić się tam moje zdjęcia, a moja twarz ostatnio przypomina rozorane pole brukwi, ale w ten post po prostu nie będziecie klikać.

Żela, jako spec od marketingu blogowego, kazała mi założyć przekwitaniu fejsbuka. Żelu, mówię tonem, jakby nie wiedziała nic o życiu, gdy ty na fejsbuka wrzucasz informację o nowym wpisie, pojawia się przy niej kuszące zdjęcie i ludzie z wywieszonymi jęzorami lecą oglądać obrazki. Ja przekazuję swoje treści tylko za pomocą literek, kogo dziś obchodzą literki? Zdjęciami ze stocka się brzydzę.
Żela powiedziała, że coś wymyśli. Już to widzę.

Powody, dla których ten blog nigdy nie stanie się fotoblogiem:
- po prostu nie potrafię robić zdjęć: kiedyś próbowałam swoich sił, ale mój perfekcjonizm doprowadzał mnie do szału (ciągle coś było nie tak z kadrem/modelami/aparatem/ze mną);
- nie mam pojęcia, gdzie posiałam płytę ze skradzionym photoshopem;
- ostatnio głównie uwieczniam zdjęcia napojów energetycznych z podobizną Tomasza Adamka lub napisy na ścianach typu:

 *

Jadę rano na uczelnię i przypominam sobie, że muszę sprawdzić, od której czynne jest ksero. Wpisuję w wyszukiwarkę: ksero aleja rzeźników. A miało być Lotników. Niewinnych Lotników, zapewne.

17/05/2014

♪ the national - secret meeting

Nie wiem, skąd we mnie te lęki dotyczące przyszłości. Zadzwoniła mama:
- Wiesz, po ile u was koper?
- Kupiłam pęczek za dwa złote ostatnio.
- No proszę, koper w Warszawie za dwa złote, a babcia wyrzuca. Słuchaj... wyślemy ci kopru. Będziesz sprzedawać tak od 7:00 do 10:00. Pomyśl, sprzedasz 50 pęczków kopru za dwa złote i już masz stówę.

W takich chwilach moje i mojej mamy drogi dowcipu drastycznie się rozchodzą.

Kiedy jest deszcz, jest gorzej. Nie mówię tu nawet o fatalnym stanie moich włosów,  ale o powszechnej irytacji. Nikt się nie uśmiecha, wszyscy są wściekli. To jak siedzenie na wulkanie i czekanie na wybuch. Rozdrażnienie przechodzi z jednej osoby na drugą, każdy chce przywalić komuś w łeb, a najchętniej leżałby w łóżku pod ciepłym kocem i zignorował ten deszczowy makrokosmos. Przecież kiedyś to się udawało. A teraz wszyscy jesteśmy dorośli i nie udaje nam się nic.

(Ale rękawiczki w maju mnie zaskoczyły. Były fioletowe.)

Pod Galerią Mokotów pewien pan z obsługi osuszał ławki. Miał wielki kawałek gąbki przymocowany do srebrnego drążka. Nie rozumiałam, dlaczego to robi; miało padać cały dzień. A on dzielnie osuszał każdą ławkę. Chciałam usiąść na jednej, żeby zobaczył, że jego praca nie idzie na marne i ktoś w tej mżawce zaryzykuje relaks na fioletowej ławce pod Galerią - przecież jest sucha!, ale ostatecznie postawiłam tylko na ławce torbę, udając, że szukam telefonu.

Oczywiście o zrobieniu zakupów najczęściej przypominam sobie w deszcz. I nie w ten deszcz, kiedy wystarczy kaptur na głowie, tylko w deszcz, kiedy niezbędna jest parasolka. Moja parasolka jest duża, nie da się jej złożyć, ponieważ, no nie wiem. Byłam nieprzytomna, gdy ją sobie sprawiałam. Rzecz jasna, parasolka jest piękna, stabilna i nie poddaje się podmuchom najsilniejszego wiatru, ale jest wielka. I z takim umęczeniem na twarzy ją dźwigam, gdy przestaje padać, poprawiam ze spadającej rączki koszyka w sklepie, powtarzając w myślach, ze cierpienie uszlachetnia. Mama drwi ze mnie za każdym razem, dobitnie przypominając, że nie kazała mi kupować parasolicha tylko składany parasolik. Co poradzić, poleciałam na promocję, metkę i sklep; zakupiłam go w ekskluzywnym (rechocik) butiku na Brackiej. Wspominam to jako koszmar ostateczny.

Nieudana jest też pora po deszczu, gdy już wiadomo, ze na pewno nie będzie padać. Robi się świeżo, ale tylko na moment, bo wszyscy cuchną deszczem, parującym z ich kurtek i włosów. Zużyty deszcz. To dopiero prawdziwy smutek.

Jadąc autobusem, zamyśliłam się totalnie i uświadomiłam to sobie dopiero, gdy kierowca gwałtownie zahamował, a ja ocknęłam się z letargu i potrzebowałam minuty, żeby zorientować się, gdzie jestem. Wspominałam swoją ostatnią przeprowadzkę: rozpakowywanie książek, zastanawianie się, skąd w kuchni tyle woków, czy możemy wyrzucić grające na saksofonie M&M'sy, kombinowanie hasła do routera i temu podobne smakowitości. Gdy wróciłam już do świata zdenerwowanych żywych, zaczęłam zastanawiać się nad swoją podstawową miną. Miną, którą obnosimy na co dzień, gdy jesteśmy wśród obcych. Na chodniku, w sklepie, autobusie czy tramwaju. Jak ona wygląda? Przygnębiające jest to, że prawdopodobnie nie dowiemy się tego nigdy. Łapiąc swoje odbicie w szybie czy lustrze, prostujemy się i przywdziewamy nasz najkorzystniejszy wyraz twarzy, wierząc, że prezentujemy go nieustannie. Do zdjęcia albo się uśmiechamy albo wystawiamy język albo zamykamy oczy, licząc na to, że aparat się zepsuje. Wśród przyjaciół siłą rzeczy jesteśmy szczęśliwsi i bardziej rozluźnieni. Jak więc domyślić się, jaką twarz przedstawiamy nieznanemu światu? Ja po latach rozważań i możliwie najbardziej przypadkowych spojrzeń w lustro doszłam do wniosku, że moja podstawowa mina upodabnia mnie do Muminka.

13/05/2014

♪ foster the people - helena beat

Dziś w autobusie 105 pewien widok po prostu mnie rozczulił. Sfatygowany starszy pan (widziałam tył jego głowy i profil) wyjął z torby litrową butelkę po mleku 2%, w której nie było mleka, a coś, co przypominało kompot truskawkowy czy owocową herbatę. Wzruszyło mnie to niezmiernie, albowiem od razu przed oczami stanęły mi te wspaniale czasy lat dziewięćdziesiątych, kiedy to wszyscy chcieliśmy być super i pić napoje z butelki; w ogóle nosić ze sobą butelkę z jakimś napojem. I najczęściej było tak, że mała butelka była po wodzie czy coli (to był szpan ostateczny), pozbawiona etykiety, wyparzana przez babcie czy mamy i wlewano do niej cienką herbatę, obowiązkowo posłodzoną, bo jak to, herbata bez cukru? Taką piją tylko dorośli. Znakomicie gasiła pragnienie, na świecie nie było nic lepszego od tej herbaty, ledwo zaparzonej, praktycznie przezroczystej. Jaki to był smak, niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju. Bardzo za nim zatęskniłam w tym autobusie; w ogóle ostatnio tęsknię za dzieciństwem, co jest jednoznaczne z tym, że panicznie boję się końca i znów chcę lepić babki z błota i bawić się w szkołę, a tematy lekcji wyrywać kamykiem w pomarańczowych cegłach. W ogóle nie ma we mnie gotowości na prawdziwe życie; jestem na najlepszej drodze do przeistoczenia się w Filifionkę, a to chyba najsmutniejsze, co może się wydarzyć. Dopóki piszę pracę magisterską, chodzę na uczelnię i uczę innych, że istnieje różnica między a few i few, oddycham.

10/05/2014

♪ alabama shakes - i ain't the same

Dlaczego jeszcze nie znoszę wiosny? Bo bezczelnie wpada mi do oczu. Robactwo, pyłki i ten cały szeroko pojęty drobiazg wiosenny. Zima jest doskonała, ponieważ jest sterylna, pełna śniegu i lodu, żadnych insektów, farfoclów za szalikiem i kamyków w butach. Czujesz, że masz coś na szyi i cię drażni, zdejmujesz, okazuje się małe, czarne i o dziwnej fakturze. Paproch to czy podstępny owad? Coś ociera się o twoje ramię, pasek od torebki to czy zaskroniec? 
Tegoroczna wiosna jeszcze się porządnie nie rozkręciła, a ja codziennie marzę o kopach śniegu i połaciach lodu.

Dziś przeprowadziłam ostatnie zajęcia z jedną z grup. Dzieciaki powiedziały, że to niemożliwe, że to już ostatnie zajęcia, że jak to, że było super. Jakiś czas temu ich mama, obserwując nasze lekcje, zapytała, czy nie planuję zostać nauczycielką, bo widzi, że mam dar i wspaniałe podejście. Moje belfrowskie serce napęczniało z dumy. Ledwie mieści się w klatce piersiowej.

(Frapująca chwila: odpisujesz na smsa, a autokorekta poprawia "jadłaś" na "nadkaspijski".)

Straciłam serce do zrobaczałego ołówka, przyznaję otwarcie. Irytuje mnie nawet sposób, w jaki wystaje z kubka i nie mogę powstrzymać się od myślenia, że pozarażał resztę ołówków i długopisów. Bacha powiedziała, że chętnie go przygarnie, bo ołówek niesie dla niej pewien ładunek emocjonalny. Pozwolisz, że przyniosę Ci go w woreczku. Strunowym.

Jako że na bieżąco donoszę o krokach milowych w moim fascynującym życiu (muszę zawczasu przygotować jakiś wpis dotyczący mojego pogrzebu), niesamowitym wydaje mi się fakt, że nie wspomniałam o moim oficjalnym wegetarianizmie. Oficjalnym, bo nieoficjalnie nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłam mięso, a na dodatki odzwierzęce w żywności uważam od dłuższego czasu. Nie mam w swojej garderobie niczego ze skóry, jestem więc po tej totalnie nabiałowo-warzywnej stronie mocy. Mama na moje "zostałam wegetarianką" zareagowała w niepowtarzalny dla siebie sposób, mówiąc "to sobie wegetuj".

Nie mam zamiaru dawać kuksanców w bok wszystkim, którzy mięso nadal jedzą, bo radykalizm jest mi odległy w postaci każdej (poza radykalizmem prince'owym). Mięso mnie ani nie odrzuca ani nie brzydzi. Brzydzi mnie jedynie ananas w miodzie. Owszem, wspominam o tym tysięczny raz. Wegetarianką przestanę być tylko wtedy, gdy moim mężem zostanie rzeźnik, który będzie dostarczać mi świeżutkie mięsko od radosnej, wymasowanej, domowej krówki. Rzeźnik i konduktorka, rewelacja, nie?

08/05/2014

♪ neon trees - sleeping with a friend

Wczoraj, otwierając okno, dostrzegłam ROBAKA. Tak się przeraziłam, że prędko zamknęłam okno, mając nadzieję, że ROBAK ulotni się sam.
 
Oczywiście nie mogłam przestać myśleć o ROBAKU (co, jeśli w środku nocy wpadnie mi do ust, co, jeśli przenosi okropne choroby, co, jeśli ściągnie tu całą swoją rodzinę), więc zebrałam resztki odwagi i ponownie otworzyłam okno, po cichu wierząc, że ROBAKA już nie będzie, ale... ROBAK był. Jako że w większości sytuacji myślę wręcz przetrzeźwo, sięgnęłam po ołówek, by jak najbardziej humanitarnie ROBAKA zepchnąć i pozbyć się wszelkich jego śladów z parapetu i okna. ROBAK zlatywał powoli, acz stabilnie. Nie stawiał ołówkowi oporu (ruchów ołówka było mniej niż osiem) i po kilku sekundach doszło do pokojowego rozstania.
 
Co zrobić ze zrobaczałym ołówkiem?
Miałam ochotę wyrzucić go razem z ROBAKIEM przez okno, ale skoro w większości sytuacji myślę wręcz przetrzeźwo, odkaziłam ołówek wodą utlenioną.
 
Dla mnie chyba już nie ma ratunku.

06/05/2014

♪ panama - strange feeling

Co za dzień! Dzień, w którym wstaję dwie godziny za wcześnie, choć zarywam noc w imię zostania magistrem, żeby ten tytuł mi dyndał koło kolan; dzień, w którym dowiaduję się, że 1/4 mojej pracy już wystarczyłaby na pracę magisterską (opowiem Ci jutro, Wojtek, nie ekscytuj się tak, bo wywalą Cię z pracy), no ale ja przecież muszę zanalizować cały świat, dzień, w którym Bacha kopie schody ruchome, bo nie działają i należy im się kara, w którym kupuję dwa kilogramy kaszy jaglanej (klasyczne love-hate relationship), w którym na rondzie Daszyńskiego styropian sypie mi się na głowę i do oczu i w którym wraz z każdą stroną Pięknego umysłu dowiaduję się, jak bardzo nijaki jest ten mój intelekt. A raczej jego nędzne reszteczki.

Jest to też dzień, w którym nie kupuję kakao, bo nigdzie nie ma kakao. Co wy, ludzie? Od kiedy kupujecie surowe, sproszkowane kakao?

Mimo mojego ambiwalentnego stosunku do obrony pracy magisterskiej, od czasu do czasu rozmyślam nad tym, co na nią włożę. Zastanawiam się nad koszulką z napisem DON'T LOOK AT ME (to ta cząstka zrozpaczonej życiem gimnazjalistki, której nie wykrzewiłam) i dresami. Dresami w ogóle. Oraz piżamą. Mam wspaniałą piżamę w Muminki.

Dumam także nad zawodami, które mogłabym wykonywać, jeśli się nie obronię, ponieważ będę musiała uratować ludzkość (ten temat ciągle powraca, naprawdę mam schizofrenię paranoidalną). Jak wiemy, za uratowanie ludzkości dostaje się głównie ordery, a głupio byłoby przetapiać order na złotówki. Może otworzyłabym stoisko z warzywami i owocami? Witam, polecam kapustkę i ogórki małosolne. Niech mi pani powie, lepsze są ligole czy championy? Och, kochaniutka, oba rodzaje to prawdziwe pychotki. A może zostałabym panią z kiosku i sprzedawała szmatławce, bilety i fajki. Albo - olśnienie przychodzi nagle - zostałabym KONDUKTOREM. Podróżowałabym po Polsce, z uśmiechem Mikołaja Świętego przekazywała przesyłki konduktorskie i łaskawie sprzedawałabym bilety pasażerom bez biletu, obdarzając ich matczynym uśmiechem. Potem awansowałabym i jeździła po świecie, robiąc prawdziwy użytek ze swoich trzech języków (czterech, jeśli wliczymy śląski). Widzę, oczywiście, wady takiego rozwiązania. Odpada konduktorowanie w nocy. Psychicznie nie udźwignę tych wszystkich pociągowych zbirów, niezależnie od szerokości obcasów (panie konduktorki noszą zazwyczaj niezwykle siermiężne obcasy). Musiałabym też mieć przenośną kaczkę, bo, jak kiedyś wspominałam, nie ma nic gorszego niż kibel w pociągu (oprócz miodu. I ananasa. I najnowszego singla Prince'a. I...). Jednak przemyślę to jeszcze parę razy. Wizualizowanie swojej przyszłości to naprawdę rozkoszne zajęcie.

Moja magisterka mówi: nie bądź tępą dzidą, tylko weź mnie napisz. Tak się nadajesz na konduktora, jak ja na bestseller w formacie kieszonkowym.
Bacha mówi: nie idźmy na zajęcia, tylko na kawę.
Ja mówię: jakie zajęcia?