23/03/2014

♪ tv on the radio - wolf like me

Kiedyś myślałam, że niedziela to najgorszy dzień tygodnia. W niedziele zawsze boli brzuch, ma się migrenę, potknie się na schodach. Rzyga.
Od stycznia myślę natomiast, że najgorszy moment tygodnia to weekend. Już w piątek wieczorem łapie mnie nerwowy skurcz, gdy sobie uświadomię, że nadchodzą dwa dni, podczas których powinnam pisać pracę magisterską albo choć odrobić prace domowe (tak, na moim kierunku nadal otrzymujemy prace domowe; całe mnóstwo prac domowych). Dlatego też od sobotniego poranka cierpię. Sprzątam łazienkę, pokój. Jak robot zalewam kawę gorącą wodą. Każda czynność zajmuje mi coraz więcej czasu. Czuję migrenę, czuję ból brzucha, czuję zapalenie wyrostka robaczkowego.
Ale sobota mija w miarę szybko. Robi się z niej dzień sprzątania, a jak człowiek już się tak zmarnuje na sprzątanie, to praca umysłowa wręcz nie przystoi.
Niedziela zaś to upadek upadków, koszmar koszmarów i dno den. Depresja depresji, żal żalów...
Oczywiście, nie mogę się z nikim spotkać, nie mogę iść do kina, teatru czy na kawę. Przecież piszę pracę. A raczej ją z siebie wysrywam.
Z utęsknieniem wyglądam poniedziałku, kiedy to znów trzeba robić rzeczy, przez które nie będę miała czasu pisać pracy magisterskiej. Zrobić zakupy, odebrać prezent dla Magdy, w ogóle, ubrać się, dojść do przystanku, wsiąść do autobusu, nałożyć maskę idealnej obojętności, nawet na ohydne potliwe zapaszki, które już nieśmiało wkroczyły na salony komunikacyjne.

Denność i rozklapłość tego weekendu próbowałam zwalczyć poprzez:
- rozmyślanie o czwartkowym Nosferatu w Teatrze Rozmaitości (spektakle Jarzyny to niezwykle sensualne gry światłem, z tym polemizować nie będziemy);
- nadużywanie emotikon w kształcie jaja sadzonego na fejsbuku (minuta milczenia);
- Poorly Drawn Lines;
- spoglądanie na bilety na sztuki Warlikowskiego (wyjechane na punkcie jego teatru mam prawie tak samo grubo jak na punkcie Prince'a);
- pranie.

Pożaliłam się mojej mamusi, że mam za ciepły płaszcz jak na te tropikalne temperatury (w tym tygodniu czeka nas deszcz, na szczęście dla mojego płaszcza; na nieszczęście dla moich szalonych włosów). Rzekła ona wtedy: no przykro mi bardzo, jak się wybiera rzeczy dla ducha*, to się nie ma rzeczy dla ciała. To są WYBORY, dziecko, to się nazywa WYBORY.
Odpowiedziałam jej, że byłaby wspaniałą nauczycielką WOSu w liceum.


*Chodzi tu o bilety na W., na które wydałam kupę kapongi, bo jestem nieroztropna/szalona/walnięta/mam obsesję; nie przyznałam się mamusi, że już widziałam te spektakle, bo chyba jej dłoń wyskoczyłaby nagle z telefonu i zacisnęła się na mojej szyi.

26 comments:

  1. W tym semestrze cierpię bardzo, bo środa jest u mnie nowym piątkiem. I niby jest tak super, bo w czwartki i piątki często odpuszczam sobie wykłady i mam dużo czasu na nadrabianie zaległości wszelkich, ale jakoś nie wychodzi. Scenariusz mam bardzo podobny do Twojego, minus magisterka, plus dzisiejszy turbokac. Ale to niedziele zawsze są najgorsze.

    ReplyDelete
    Replies
    1. U mnie piątek pozostaje piątkiem, ale środa jest nowym poniedziałkiem. Resztę komentarza praktycznie przeklejam, z kilkoma drobnymi modyfikacjami. Poczekaj, aż dojdziesz do magisterki. Będziesz chciała rzucić się z okna każdego dnia, zapewniam.

      Delete
    2. Inżynierka jeszcze po drodze. Zamiast okna mam balkon na trzynastym piętrze, jest więcej miejsca na głęboki wdech i czasu na zastanowienie. He-he.

      Delete
    3. Widzisz, ja tylko liche czwarte piętro, więc powstrzymuję się siłą.

      Delete
    4. Z czwartego trochę mało spektakularnie, lepiej odpuścić :P

      Delete
  2. Czyli...w niedzielę ma się kaca? Jak dobrze, że mnie to nie dotyczy xD
    Ach tak, nadmiar zobowiązań w stosunku do ilości czasu wolnego. I to, że musimy się zmobilizować. Jasne, że to nie należy do rzeczy najmilszych.

    I szczerze? Jeśli chodzi o pracę magisterską to nie znam tego bólu, chociaż pisałem dwie XD Może dlatego, że odkryłem, że pracę można napisać w tydzień pracując jeszcze do tego w barze. I tak dalej.
    W każdym razie...życzę dużo siły i mobilizacji podczas pisania, a nie wpadania w doliny totalne. Bo będzie dobrze, zrobić, napisać to można. A potem się obronić i będzie z głowy- przyjdą gorsze problemy XD

    ReplyDelete
    Replies
    1. Tak mówią. Ale jak można uniknąć kaca podczas pracy w barze? Jakiś podły paradoks.

      Nie dziękuję! (A i wiem, że może być gorzej. Zawsze może być gorzej.)

      Delete
  3. Nigdy nie lubiłam niedzieli. Nigdy! Czy miałam odrabiać zadania domowe, czy pisać magisterkę, czy zlecenia z pracy zdalnej, czy teraz, czekać na poniedziałek i powrót do pracy. W niedzielę nie umiem się zrelaksować. Musi mnie ktoś zabrać, zorganizować czas, wrzucić w jakąś formę rozrywki i wtedy da radę, bo sama w zdrowy sposób nie umiem przetrwać niedzieli.

    ReplyDelete
    Replies
    1. To ta nadciągająca wizja końca jest koszmarna.

      Delete
  4. ja mam misję odgruzować mieszkanie na wiosnę/całe życie. kuchnię sprzątam już chyba 3 raz, falami. oh well, problemy.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Zamieńmy się. Chętnie odgruzuję Twoje mieszkanie, jeśli napiszesz za mnie pracę. /desperacja/

      Delete
    2. Jak pisałam pracę to byłam naprawdę wrakiem, ale z drugiej strony to była moja praca. O czym musisz napisać?
      Wydaje mi się, że trochę zapomniałam jak to było, bo rozważałam doktorat. Nie zdecydowałam się, no ale..

      Delete
    3. Piszę o przedstawieniu schizofrenii w tekstach naukowych i tekstach literackich. Temat jest dla mnie wymarzony, ale sięgnięcie po książki mnie przeraża. Mam nadzieję, że gdy cudem przełamię tę barierę, napiszę pracę, którą światek akademicki będzie się zachwycać ;)

      Ale na doktorat masz całe życie! O czym chciałabyś pisać w swojej ewentualnej pracy doktorskiej?

      Delete
  5. spoko, przyjdzie praca pn-pt od 7:30 do 15:30 i pokochasz weekendy! jak pisałam magisterkę to po prostu siadałam w sobotę-niedzielę o 6 rano do pisania i dawałam sobie czas do 9-10. i reszta dnia z bańki na same przyjemności. polecam taki styl, ale pewnie usłyszę że jestem nienormalna bo wstaję rano w sobotę ;d to też są WYBORY, słuchaj mamy.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Już parę razy przyszła. Piątki i soboty zawsze na propsie, niedziele pozostały znienawidzone. Tego chyba nie zmienię.

      Pomysł z porannym wstawaniem zacny. Ode mnie niczego o nienormalności nie usłyszysz; mój zegar biologiczny ustawia się na nowo i nie jest ważne, o której zasnę, wstaję codziennie koło 8:00. Mimo tego, że na zegarze już 3:00, zapewne o 8:00 będę pełna porannej werwy. I lęku przed pisaniem.

      Mamy słucham wybiórczo.

      Delete
  6. Ja nigdy nie lubiłam niedziel, nienawidzę ich. Za to piątek jest w porządku.

    ReplyDelete
    Replies
    1. A gdyby tak z niedzieli zrobić poniedziałek? Czy nasza nienawiść przeniosłaby się na sobotę?

      Delete
    2. Za poniedziałkami też nie przepadam. Może dlatego, że jest tak ciężko w szkole.

      Delete
  7. Love you. Pięknie napisane, a z okazji Twojego strasznego stanu przytuliłabym Cię i pogłaskała po główce :D
    Dokładnie tak samo czułam się, kiedy wysrywałam z siebie moją pracę magisterską... co mi przypomniało, że nie odebrałam jeszcze dyplomu. Od 2009. :>

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziękuję za wsparcie! Już lżej oddycham.

      Jesteś buntowniczką z wyboru. Ile oni trzymają te papierzyska? 10 lat? To masz jeszcze 5!

      Delete
    2. a potem co, magister się nie liczy? :) zakładam, że w razie czego dożywotnio wystawią mi papierek, że studiowałam i się obroniłam, ale ogólnie to i tak pic na wodę fotomontaż, do niczego mi nie jest potrzebny ten dokument. Mam za to w domu oprawione 70-parę stron moich wypocin i to dopiero ma wartość historyczną :D

      Delete
    3. Liczy się nawet jeszcze bardziej, bo to Magister Zbuntowany!
      Chodzi mi bardziej o to, że potem dostaniesz właśnie jakiś powiewający papierek, zamiast fancy shmancy dyplomiku ze "złotymi" literami ;)

      Jak już będziesz sławna, będzie chodziło na Allegro za grubą kasę! Sama będę licytować!

      Delete
    4. :D przecież ja już jestem sławna. jestem sławnom blogerkom :P

      Delete
    5. Dziękuję, że opromieniasz mnie blaskiem Twej chwały! (Hfały!)

      Delete
  8. czasem człowiek stara się robić 1000 innych rzeczy niż wziąć się za coś co musi skąd ja to znam :P

    ReplyDelete
    Replies
    1. Klasyka gatunku, zdecydowanie.

      Delete