04/03/2014

♪ lcd soundsystem - someone great

Ostatnie dni nie są udane. Odczuwam bóle prywatne (głowa, bycie pompą ssąco-tłoczącą) i bóle powszechne (ludzie są do niczego, boję się wojny i koniec). Na swój własny użytek nazywam to przesileniem przedwiosennym. Przesilenie pozimowe też pasuje. Określeń tych można używać zamiennie i zaleca się to szczególnie tym, którym w życiu brakuje szaleństwa.

Nadal nie wierzę w tę wiosnę. Co prawda widziałam już kilku śmiałków w bluzach i cienkich kurtkach, ale króluje miks zimowych i wiosennych ubrań. Zimowa kurtka i adidaski. Kożuch i czapka z kwiatkiem (kto wymyślił powiedzenie, że coś pasuje jak kwiatek do kożucha? Ta pani wyglądała naprawdę uroczo, choć to był typ pani, która nosi kożuch i czapkę w kwiatki. Kożuch i czapka były brązowe, kwiatek ciemnoróżowy,  ciut wyblakły i wydawał się odrobinę nieszczęśliwy). Wełniana czapka i trampki.

Marcin Dorociński nie polizał mnie po poliku, choć był na wyciągnięcie (mojej) ręki. W ogóle Nastasją Filipowną czuję się zawiedziona, może jednak trzeba było odświeżyć sobie Idiotę? Za to wczoraj wybrałyśmy się z Moni na Jacka Stronga i miałam cichy plan polizać ekran, na którym w zbliżeniu pojawi się zatroskana twarz Marcina/Ryszarda, ale, jak na złość, otoczona byłam ludźmi. Magda obiecała mi milion dolarów, jeśli go kiedyś naprawdę poliżę. Radzę już teraz opracować plan napadu na bank. Szwajcarski.

Naprawdę nie rozumiem, skąd we mnie ta dzika potrzeba polizania (czy też bycia polizaną przez) Marcina Dorocińskiego. Bardzo Pana przepraszam, Panie Marcinie. Nie jestem nienormalna, grzecznie piszę swoją pracę magisterską, jem owoce, warzywa, myję zęby.

A w piątek miałam kaprysy i humorki i zamiast wchodzić w jakąkolwiek interakcję, chciałam zdzielić wszystkich w łeb. Ale! Wieczorem obejrzałam Mistrza i Małgorzatę na Scenie Przodownik. Uwierzcie mi na słowo, ten spektakl jest jak czytanie książki od deski do deski. I wybiorę się na niego jeszcze pięć, jeśli nie osiem razy. Kłaniam się nisko aktorom teatru Malabar Hotel. Jesteście wspaniali. Polecam najgoręcej, bo wiem, że Mistrz... jest książką nie tylko mojego życia, ale i większości z Was.

W sobotę natomiast w Teatrze Rozmaitości widziałam T.E.O.R.E.M.A.T., który potem mi się przyśnił, od początku do końca. Nie powiem nic więcej.

*

Pewnego grudniowego dnia, jednego z tych, w których daje się prezenty, dostałam prezent i ja. Poza słodkościami była tam książka, którą ponoć trudno zdobyć w wersji drukowanej i która była wyszukana specjalnie dla mnie. Dedykacja w środku niesłychanie piękna, wyduszała łzę z oka (lewego tym razem), ale jednocześnie niesłychanie zobowiązująca. Padły w niej słowa: najważniejsza, musi, uwielbiać, niezapominajka.

Bałam się sięgnąć po tę książkę, choć korciła, bo co, jeśli mi się nie spodoba? Jeśli od pierwszych słów mnie zniechęci i będę miała ochotę trzasnąć ją w kąt? Co wtedy? Szukać jej pochwalnych recenzji, nauczyć się na pamięć, a potem wyrecytować je obdarowującemu, dorzucając parę swoich min i gestów, żeby uwierzył? Czy szczerze powiedzieć, że niesmaczne to było i nieświeże i narazić się na smutki i żale (przypominam: najważniejsza, uwielbiać)?

Zaryzykowałam dopiero na początku lutego. Przepadłam od pierwszego zdania.

Czy to było do przewidzenia?

Piękno, które buchało z każdego akapitu, z każdej litery, mnie przytłoczyło. Czytałam, chłonęłam i nie mogłam uwierzyć, że tak można pisać. Moja pisanina stała się niczym. Zrobiły się z niej marne popłuczyny. To tak jak zestawić ze sobą betonowy blok i, cóż, niezapominajkę.

Nie jest to lektura na jedną noc, na jeden dzień. Nie można połknąć jej w całości. Nawet nie powinno się. Nie wolno. Tą opowieścią trzeba się rozkoszować, rozkładać ją na części pierwsze w głowie, pozwolić na to, by wniknęła jak najgłębiej i zabronić jej uciec. Trzymać zawsze przy sobie.

To nie jest i nie będzie książka mojego życia. Paradoksalnie - piękna było w niej wręcz zbyt wiele. Ale to książka, którą można się zachłysnąć.

Nie będę opowiadać o fabule Nieśmiertelności Milana Kundery. Mnie nie wypada. Niech Kasia Wam opowie.

Bzu, nawet jeśli kiedyś znienawidzimy się do ostatka i zapomnimy, że kiedykolwiek istniałyśmy, jestem w stanie uwierzyć w ckliwą historię, że spotkałyśmy się tylko po to, żebym przeczytała Nieśmiertelność. Wątpię, żebyśmy kiedykolwiek znienawidziły się do ostatka i zapomniały, że kiedykolwiek istniałyśmy. Ale pozwól dorobić mi do tego teorię, wiesz, jak to lubię.

Dziękuję.

16 comments:

  1. dobra, to ja poproszę o krótki chociaż wykład: czemu mistrz i małgorzata jest tzw. książką życia dla tak wielu. czytałam - więcej niż raz (nawet omawiałam na polskim, hehe). pochlebiam sobie, że nie jestem głupkiem. ale tego ogarnąć nie mogę. nie żebym miała coś przeciwko, po prostu ciekawa jestem.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Moja droga Elżbieto -
      nie wiem. Wiem tylko tyle, że z kim o tej książce nie rozmawiam, jest nią totalnie oczarowany. Albo totalnie znudzony. Nic pomiędzy. Czytałam kiedyś, że polski przekład Mistrza... jest na tyle znakomity, że trafia do naszych słowiańskich dusz, bo na zachodzie ta książka przeszła bez echa.

      Nie mogę mówić za innych, ale mnie ta książka po prostu ściska za serce, za każdym razem, gdy ją czytam. Niesamowitość tych opowieści, styl i humor zachwyca mnie za każdym razem. No i Woland. Ideał mrocznego romantyka. Poddaję się jego urokowi bez mrugnięcia okiem.

      Delete
    2. no ok, ok. więc jestem pierwszą, która nie jest ani oczarowana, ani znudzona. podobało mi się, ale żaden tam game changer. zastanawiałam się po prostu, czy to nie działa samonapędzający sie mit mistrza i małgorzaty, ale jakos się wybroniłas ;d

      Delete
    3. Dzięki, łaskawco ;)

      Delete
  2. Barbara z krainy wongla4 March 2014 at 19:31

    Proszę Pani, w piątek miała Pani kaprysy i humorki bo obtarł panią but! O.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Muszę się utytłać we wonglu razem z kozą Agaty, wtedy zapomniałabym o tym cholernym bucie!

      Delete
    2. Barbara z krainy wongla4 March 2014 at 19:34

      Może podeślę jej linka?

      Delete
    3. Nie pogardzę żadną kozą. Ślij.

      Delete
  3. O matko, będę czytać Bza do oporu! Ten link znacznie ograniczy mój zasób czasu spędzanego przed komputerem.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Bzu! Bzu to ona :) na zdrowie.

      Delete
  4. Ja w wiosnę nie do końca wierzę, więc zawsze mam na sobie jakąś część odzieży zimowej: albo płaszczyk wiosenny, ale do tego ocieplane kozaki, albo płaszczyk zimowy i butki wiosenne.
    Natomiast jeden z moich kotów, bardzo odważnie postanowił zrzucić chyba całe futerko jakie ma i od paru tygodni systematycznie to robi. Na mieście pojawiły się też rowery Veturilo. Powoli przekonuję się do tego, żeby schować narty stojące do miesiąca w przedpokoju.

    ReplyDelete
    Replies
    1. A zatem jesteś ostrożną zwolenniczką miksów.

      Veturilo są od pierwszego marca, prawda? Ale by bylo, gdyby nagle znów spadł śnieg i lód pokrył wszystko. Wszystko! Nie chowaj tych nart.

      Delete
  5. Haha, Marcin Dorociński najlepszy : )

    ReplyDelete
  6. Dorociński do polizania? czy ja wiem... ale może coś w tym jest. Piszesz jak ja 10 lat temu. Lubiłam takie pisanie i lubię takie czytanie. Pisz, pisz.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Weź, cała się rozdygotałam. To kogo byś polizała?

      Dziękuję Ci, zarumieniłam się okrutnie. Szczególnie, że Twoje pisanie lubię szalenie i czytając Twoje smakowite spostrzeżenia o czymś tak banalnym jak kosmetyki, nie mogę uciec od myśli z tyłu głowy: jak ona by pisała o swoim życiu?, weź popisz kiedyś. Więcej.

      Delete
    2. o pewnym aspekcie swojego życia już pisz ę, choć na razie do szuflady. i dziękuję. bardzo! :) o kosmetykach było na rozgrzewkę po długiej przerwie i tak jakoś już zostało, bo... się spodobało ;)

      kogo bym polizała... współcześnie to już sama nie wiem!

      Delete