30/12/2014

♪ kindness - who do you love?

Siedzę u lekarza z miną skazańca. Jestem chora czwarty raz z kolei.
Słychać, że za drzwiami ktoś kaszle.
- Pewnie pacjent się dusi - stwierdza mój Walnięty Lekarz z grobową miną. - Hehe - dodaje równie posępnie.

Po wizycie u Szarlatana z Krakowskiego Przedmieścia miałam do załatwienia parę sprawunków, więc zalatanej mnie nie przyszło do głowy, żeby zajmować się swoim wyglądem, szczególnie gdy musiałam udawać, na przykład w transporcie miejskim, że oddycham bez problemu, a w moim nosie nie ma Kopalni Smarków. Powróciwszy do domu, zauważyłam, że do mego dolnego usta przyczepił się wielki kawał nici z mojego szala. Czarnego. Ciekawe, jak długo się z nim prowadziłam. To momenty, dla których żyję.
Mniam, mniam. Może Polfa, UPSA i inne Bayery zostałyby moimi sponsorami?

Najważniejszy smak świąt to keks. Nie barszcz (u nas biały!), nie pierogi, nie - do niedawna - ryba po grecku. To zawsze keks, choć gdy spróbowałam go pierwszy raz jako śliczna dziewczynka, przerażona Mikołajem, w którego rolę fenomenalnie wcielał się mój wujek, byłam nieco rozczarowana. Ta obiecująca nazwa, błyszcząca czekolada na wierzchu, ogrom kolorowych galaretek i orzechów w środku i to tyle, już? Ale potęga różnobarwnych drobiazgów poupychanych w cieście, których czasami było więcej niż ciasta nęciła skutecznie - w końcu keks stał się dla mnie niepodważalnym elementem gwiazdki. Nie pieczemy go samodzielnie, a kupujemy w tej samej cukierni od lat i ze smutkiem zauważam, że smakołyków wewnątrz jest coraz mniej, ciasto wysycha coraz szybciej, warstwa czekolady jest coraz cieńsza. Lecz, ku mojemu zdziwieniu, zawsze smakuje wspaniale.

Mama zaakceptowała mój nieszczęsny! wegetarianizm. Specjalnie dla mnie wyszukała warzywne kostki rosołowe i przygotowała kilka pysznych zup oraz boskich zapiekanek. Babcia natomiast wciąż twierdzi, że mój organizm jest wyjałowiony, wymięsiowiony, odmięsiony; jak można bez mięsa gotować! Kurczaczek w zupce, toż to nie mięsko! Kryzys przeżyłyśmy przy stole wigiljnym, kiedy to babcia gorąco zachęcała mnie do rybki po grecku, śledzika i dorsza.
- Nie jem mięsa - mówię, jeszcze nie przez zaciśnięte zęby.
- Przecież to RYBA - odpowiada zadowolona z siebie babcia, wytykając oczywisty błąd w moim rozumowaniu.
Z rozbawieniem odsuwam talerz, przewidując dalszy ciąg tej dyskusji, opieram niegrzecznie łokcie na stole i pytam (dość filozoficznie i metafizycznie):
- A ryba to niby co?
Babć nie da się łatwo pozbawić animuszu.
- RYBA TO RYBA.

Niebo tam jest czystsze i przejrzystsze. Podziwiałam je głównie przez okna, zapychając się ibuprofenem i piernikami. Noce są rozgwieżdżone. Wydaje się, że wystarczy wyciągnąć rękę i można strącić wszystkie gwiazdy, wziąć ich trochę na później, schować do kieszeni. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam niebo pełne gwiazd w Warszawie.

Moja piętnastoletnia kuzynka oświadczyła, że kończy z facetami i że zaczyna nowy rok z czystą kartką, a także pouczyła mnie, że nigdy nie wyjdę za mąż, bo siedzę ciągle z nosem w książkach (w święta łyknęłam 5!). Gdy ja miałam piętnaście lat (tworzenie tych strasznych gdyzdań zwiastuje ewidentny koniec mojej młodości), to: Pan G. Z., nauczyciel WOSu i geografii jednocześnie (człowiek o szerokich horyzontach), podczas dzisiejszej pracy klasowej z WOSu zapisał nazwisko me i K. na niechlubnej liście ściągających, co automatycznie obniża nam ocenę. Próbowałam oponować, mówiąc, że nie ściągałam, tylko pytałam o radę; niestety nie chciał słuchać moich wyjaśnień.
Prawdziwy ze mnie Onanisław Spermacy Wyfiutkiewicz.

W drodze powrotnej trafiło mi się miejsce w najbardziej ostatnim ze wszystkich ostatnich wagonów świata - zabrakło dla niego peronu, do ciężkiej cholery, i musiałam wspinać się po tych schodkach jak jakiś pieprzony taternik. Ale dla czystych, niewinnych i doskonałych krajobrazów, stworzonych za pomocą zimy i słońca było warto:
Nawet jeśli siedział koło mnie osobnik, który szturchał mnie każdą częścią swojego ciała, a naprzeciwko osobnik, który posyłał mi nienawistne spojrzenia, gdy tylko wyciągałam chusteczki do nosa. Na pohybel TLK. Na pohybel pociągom w ogóle. Na pohybel ludzkości. Na pohybel katarowi.

Na szczęście potem nastąpił dom. Dotarłam doń ze sporym poślizgiem spowodowanym opóźnieniem pociągu, awarią autobusu i walizą ciężką od słownika literatury polskiej i dżemu truskawkowego. Dom trwał jednak dzielnie, niezmiennie.

Jutro sylwester. Mam tabletki z kodeiną. Impreza będzie szalona.

16/12/2014

♪ mark lanegan - mack the knife

Czym wyjaśniam mój wątły stan psychiczny:
Zbliżył się jakiś staruch z anormalnie rozrośniętym tułowiem na krótkich nogach. Był nagi, nosił tylko brudne drelichowe robocze spodnie. Miał dwa długie pionowe rzędy brodawek sutkowych - naliczyłem osiemnaście. Sapiąc, nabrał oddechu w płuca, to prawa, to lewa pierś mu się rozszerzała, po czym odegrał palcami na tych osiemnastu brodawkach najpiękniejsze melodie jak na harmonii. Poruszał się w takt melodii jak tańcujący niedźwiedź, wydmuchując powietrze. Wreszcie skończył, wytarł nos w dłonie i wyrzucił je w przestrzeń. Wówczas urosła mu olbrzymia broda i zniknął w jej gęstwinie.
- Po tamtej stronie, Alfred Kubin
I to jedna z najlepszych książek jaką czytałam. Nie tylko w tym roku (choć teoretycznie trwa czas podsumowań), ale w życiu. A oto życia sens:


Kalendarz-notatnik. Książki (w kompakcie [na moim pulpicie folder o nazwie bezczelnej ebooks ive stolen]; choć nowy Twardoch zakupiony jak należy: okładka: twarda, nośnik: druk). Teatr. I pieniądze, ale jako że ich nie mam, nie mogłam umieścić ich na fotografii. Mam za to dziurę w rajstopach. Robi się ze mnie idealny przykład doktorantki niechlujnej. Brakuje mi tylko obgryzionych paznokci ze stresu, kołtunów na głowie z braku grzebienia i okularów wielkości koła fortuny w szylkretowych oprawkach, bo niedowidzę. Jak również zjadania kóz z nosa. Tkwiąc przy niewygodnym temacie mojego doktoranctwa, mogę zdradzić, że jestem bumelantem tragicznym oraz nie stworzyłam ani kawałka konspektu mojej pracy. Choć właściwie... Było to jednak tak beznadziejne, że wymyka się wszystkim skalom, łącznie z tą, na której widnieje piosenka Niezrozumiana mojego autorstwa. Napisałam ją, gdy miałam lat trzynaście, więc proszę o zrozumienie. Wydrukowałam ją niebieską czcionką na pomarańczowej kartce. Wyraźny dowód mojego doskonałego gustu i profesjonalizmu od lat stosunkowo młodych.
 

Ta plama to natomiast prezent urodzinowy od Agaty. Prezent w swej pierwotnej formie był piłką, którą można naduszać i gnieść, a glut w środku zawarty miał przedostawać się przez siatkę, która piłkę okrywa i tworzyć niesamowite kształty. Zazdrościłam okropnie synowi Agaty (lat dwa), że on ją ma, A JA NIE. Agata i jej wspaniałe serce sprezentowali mi to cudo, którym zabawiałam się około kwadransa, nim umarło.

Ale nie ma tego złego - Agata wręczyła mi także kubek pierwszej urody. Po powrocie do domu (objadłyśmy się jak głupie, nie zjem ani naleśnika ani szarlotki przez najbliższy rok, a już na pewno pół... kwartał) z prędkością światła przystąpiłam do parzenia earl graya, zalałam torebkę wodą i usłyszałam coś jakby... pęknięcie.
Z dna kubka lała się woda.
Agatko, dziękuję za wspaniałe doznania. Kocham Cię prawie jak Prince'a.

Gdy już udaje mi się zasnąć, co nadal jest najtrudniejszym zadaniem, śni mi się Jacek Poniedziałek. Z zatrważającą regularnością. Podświadomości - choć, jak poinformowała mnie kursantka na zajęciach z niemieckiego, termin ten jest błędny i powinno mówić się nieświadomość (swoją drogą, na zajęciach z języka obcego dowiedzieć można się rzeczy nadzwyczajnych: wczoraj na angielskim kursant podał nam przepis na babkę ziemniaczaną) - co chcesz mi przekazać? Choć ochotę miałabym straszliwą, nie mogę, rzeknijmy, cofnąć czasu.

Rozmawiam z KWD o wpływie poglądów politycznych na atrakcyjność mężczyzny. Głaszczę Gustawa pod mordką i pytam:
- Może Gus jest prawicowcem? Jakie masz poglądy polityczne, Gustaw?
KWD rzuca bez chwili wahania:
- Tchawiczka dla wszystkich!

Dziś zastępowałam koleżankę z pracy. Grupy nie znałam w ogóle. Prócz krótkiej pogawędki przed zajęciami nie robiliśmy nic wielkiego, bo oni pisali test, a ja grzecznie siedziałam przy biurku, czytając o osiemnastu sutkach i niebezpiecznych zwierzętach. Gdy wychodzili, powiedzieli, że było im bardzo miło i - mają nadzieję - do zobaczenia. Ja tylko siedziałam. Czyżbym była obdarzona magicznymi mocami? Jak mogę zrobić z nich namacalny pożytek? Jak mogę tę aurę zmienić W SZMAL I SŁAWĘ? 
Idę spać.

27/11/2014

♪ the 1975 - pressure

- Ale muszę pani powiedzieć - mówi kosmetyczka, sięgając po pędzel - że wygląda pani kwitnąco. Zakochała się pani?
W perspektywie ostatnich wydarzeń aż mnie zmroziło, więc wymamrotałam pod nosem, nie wiedząc, co zrobić z tak nieoczekiwanym komplementem:
- Wręcz przeciwnie.
- Naprawdę? No ale wygląda pani po prostu przepięknie. I te pani oczyska! Takie WIELKIE.
Nadal byłam wytrącona z równowagi tymi słowami, więc odpowiedziałam:
- Pani oczy też nie są takie małe*.
- Niby tak, ale przy pani? Pani są OGROMNE.
*królowa elokwencji

Czy można odczarować listopadową klątwę jednym dniem, dniem swojego przyjęcia urodzinowego? Najpierw pracuję od 8:20 do 14:40, a nie śpię za wiele, bo przyjeżdża Bombowa Barbara i gadamy pół nocy, choć doskonale wiemy, że sobota dla mnie jest pracująca, a dla niej ucząca. Dzięki samej Barbarze i jej prezentowi, który spełnia wszystkie moje piśmiennicze i szminkowe marzenia, listopadowe mdłości zaczynają przechodzić.

- Potrafisz pukać stopą? - pyta Żaba, jedząc kolejną szałową zupę, którą przyrządziłam.
Jako że z okazji zapalenia ucha nie wyglądałam za specjalnie (ryj spuchnięty, włosy roztrzepane, oko przyćpane), zrobienie durnej miny wyszło mi nadzwyczaj dobrze.
- Słuchaj - mówi Żaba, demonstrując pukanie stopą o szafkę - brzmi jak ręką, nie?

Wracam do domu. KWD zdążyła już sporo przygotować i przyłapuję ją w trakcie robienia sałatki. Grzecznie jem makaron z pysznym sosem, jęcząc i marudząc, jak to będzie beznadziejnie i że chyba odwołam tę imprezę i że chce mi się spać. Zmywam trochę naczyń, trochę włażę na głowę KWD, a trochę próbuję zdziałać coś sensownego. Decyduję się na drzemkę. Po dziesięciu minutach od mojej decyzji do domu wchodzi Żwawa Żaba. Oglądamy Warsaw Shore. Dochodzę do wniosku, że chcę być postacią z Warsaw Shore i nigdy nie myśleć o niczym poważniejszym niż to, czy będę musiała zapłacić za zarzyganą tapicerkę w samochodzie.

- Chciałam podgrzać sobie zupę i najpierw wzięłam twój garnek, ale zobaczyłam, jak bardzo jest czysty, przestraszyłam się i wzięłam inny - zwierza się KWD.

Z uczelni wraca Barbara. Teraz dopiero się dzieje! Uskutecznia muffiny pizzowe (z których finalnie wyszła pizzowa - pyszna - ciapa), ja staram się doprowadzić do porządku swoją twarz (co już prawdopodobnie na zawsze pozostanie działaniem bezcelowym) i w uszach Myszki Miki na głowie udaję, że mam lat pięć i pół, a nie dwadzieścia cztery. Powoli zbierają się goście - pierwszy przychodzi Wyrodny Wojtek, który zaczyna rozmawiać z Bachą o korporacji i życiu w tejże, a do dyskusji niedługo dołącza Piękny Parzuch, więc automatycznie chce nam się z Żabą spać. Krucha Kasia wręcza mi wino i dzielnie nie zmywa się po godzinie mimo zmęczenia. Potem wpadają cudne Kpiarska Kyo i Figlarna Folja i natychmiast zmieniają moje uszy Myszki Miki na koronę z diamentami, brylantami, szafirami. Czuję się jak szczęśliwy przedszkolak (a nie chodziłam do przedszkola).

Jestem w toalecie w centrum handlowym. Raptem otwierają się drzwi do kabiny obok i słyszę:
- JESTEŚMY JAGÓDKI CZARNE JAGÓDKI MIESZKAMY W LASACH ZIELONYCH ZIELONYCH OCZKA MAMY CZARNE BUŹKI GRANATOWE A SUKIENKI SĄ ZIELONE I SELEDYNOWE MAMO FAJNA PIOSENKA? A KIEDY DZIEŃ NADCHODZI DZIEŃ NADCHODZI IDZIEMY NA JAGODY NA JAGODY A NASZE CZARNE SERCA CZARNE SERCA BIJĄ NAM RADOŚNIE BUM TARARA BUM MAMO FAJNA CO?

Co i rusz nadciągają kolejni biesiadnicy, którzy składają mi moc życzeń i całusy na poliku, a szminka od Barbary tkwi nieruszona na mym uście. KWD podstępnie zaciąga gości do swojego pokoju, porządnie zamykając drzwi, by po chwili ich wypuścić. Atmosfera buzuje jak bąbelki szampana, którego zaraz będziemy pić. Po ginie z tonikiem najbardziej kocham цapcкoe игpиcтoe.

- Kup kapustę kiszoną - żąda KWD.
- Kupię u tych młodych dziewczyn koło metra - odpowiadam.
- CO? KAPUSTA Z BECZKI? PRZECIEŻ TO BAKTERIE, ZARAZKI, LUDZIE OTWIERAJĄ, ZAMYKAJĄ, CHUCHAJĄ!!!
- A do kapusty w woreczku nie chuchają? Ktoś to tam musi wsadzić, nie?
- Przecież to jest sterylizowane! OZONEM!

KWD jako event manager nakazuje mi usiąść na miejscu najbardziej oficjalnym, czas na najpyszniejszy tort pistacjowo-czekoladowy przez najwspanialszą Żabę upieczony, szampana i stukanie się papierowymi kubkami w kolorowe grochy. Sto lat huczy mi w głowie, swawolna Żaba ze świeczek miast 24 układa na torcie 42, każą myśleć życzenie, zastanawiam się najintensywniej w swoim życiu, nawet bardziej niż podczas obrony magisterki, nawet bardziej niż podczas rozmowy na studia doktoranckie, raz się żyje, dmucham, rozlegają się oklaski, KWD kroi tort, przychodzą spóźnieni goście, witam ich z uśmiechem i rumieńcem na gębie, to jest najlepszy dzień roku (i pisząc to, w oczach mam szklanki, na starość jestem coraz bardziej rozmemłana i roztkliwiona, co to będzie, gdy faktycznie dożyję lat czterdziestu dwóch?).

- A wiesz - zaczepia mnie radośnie KWD, uprzednio spożywszy batona kinder maxi king oraz twix, resztkę sera brie (prosto z papierka), zagryzając owocowym musli i popijając piwem fortuna, stając w drzwiach do mojego pokoju - że istnieje mięta o smaku i zapachu coca-coli?

Nadchodzi najszczęśliwszy moment dla każdego dzieciaka, a kim ja jestem, jeśli nie dzieciakiem, otwieram prezenty! Są tam książki, są tam poduszki, są tam słodycze i herbaty, jest tam kaseta od Magicznej Moni i Mistrzowskiego Mike'a z utworem Jodelautomat oraz tona dobrego uczucia, dzięki której wiem, że ci ludzie ze mną będą, nawet jeśli wywalą mnie z tego doktoratu i nawet jeśli na twarzy wyrośnie mi sumiasty wąs. Nagle KWD mówi, że jest tu dla mnie coś jeszcze. Zaglądam do torebki, w środku małe opakowanie, na nim podpisy najdoskonalszych gości, rozrywam papier drżącą ręką, a tam Kindle, mały, śliczny i pachnący, uśmiecha się do mnie, mruga znacząco i mówi: nigdy więcej przewożenia ton książek podczas przeprowadzki, wszystko będzie tu, a mi chce się ryczeć już ostatecznie; powstrzymuje mnie tylko ta z trudem namalowana twarz i zachowanie jej przed Szyderczym Szymonem, rzucam się do ścisków i całusów, a szminka dalej nie schodzi z moich ust.

- To gdzie cię dzisiaj oznaczymy? - pyta Żaba z niewzruszonym przekonaniem o byciu Najsprytniejszym Numerantem Wszechświata, biorąc do ręki mój telefon.
Górka na Kazury.

I choć nie wszyscy mogli przybyć z powodów od nich właściwie niezależnych (Anielska Agata, Piernikowy Piotr, Tyrański Tomcio, Raperska Renata wraz z Kosmicznym Kiszonem), tak oto na ziemi zaistniał najbardziej beztroski wieczór, kiedy to jedliśmy pyszności - wyśmienity tofurnik, stos sałatek i tostów, a także sernikobrownie z oreo Bajecznej Bzu, piliśmy alkohole, gadaliśmy, ignorując czas i graliśmy w Time's Up (Żwawa Żaba, próbując opisać Gustawa Holoubka, z nadzieją w oczach wypala: GOŁĄB PO CZESKU?) oraz Cards Against Humanity. I było nam błogo; tak właśnie wygląda pokój na świecie.

Rarytasowa rozklapiucha.

Cards Against Humanity.

Dziękuję za zdjęcia, Kyo!

Tuż po urodzinach zachorowałam znowu, tym razem poważniej niż zaledwie dwa tygodnie temu (mój lekarz: koszula rozpięta, alkohol pity, śpiewanie... ja tutaj słyszałem tę imprezę, Luiza!), więc mam wiele czasu, by rozkoszować się starością.

17/11/2014

♪ the 1975 - so far (it's alright)

Dziś mamy siedemnastego listopada. Dzień, w którym nie zdarzyło się nic i już nic się nie zdarzy, co jest najszczęśliwszą wiadomością, jaką mógł mi przynieść. Siedemnasty listopada zamknie - mam Największą Nadzieję Wszechświata - ostatnie bardzo złe dni, nieudane dni, dni zużyte, przecięte, nadgryzione i cuchnące. Nie dość, że byłam chora (wieczny ból głowy, kołtun z włosów, czerwone plamy na spuchniętej gębie, zupełnie przestawione godziny snu), to jeszcze życie zmusiło mnie do konfrontacji z rzeczami, które - jak, naiwna, wierzyłam - już dawno przestały istnieć. Czy można zaryzykować patetyczne stwierdzenie, że przeszłość jest nieśmiertelna? Ryzykuję.

Wszystko, co do tej pory się stało, każe mi sądzić, że to najgorszy listopad, jaki mi się przytrafił. Kocham listopad. Kocham go z tak prozaicznego powodu, jakim są moje urodziny i kocham go z tak językoznawczego powodu, jakim jest samo słowo listopad, jedno z najpiękniejszych na świecie, a już na pewno jest to najpiękniejsza nazwa miesiąca. Kocham go za ciemne poranki i ciemne popołudnia. (Kiedy rano odsuwam zasłonę, zapalone latarnie sprawiają wrażenie, jakby świat stał w płomieniach. Go to town, burn it down, turn around and get your stroll on, baby, I'll get the car, you get the match and gasoline). Jednak gdy myślę o listopadzie 2014, po prostu mnie mdli. Nie mogę wieczorem zasnąć, rano nie mogę wstać. Powoli mylę jawę ze snem - zastanawiam się, kto za mnie nie zapomina wziąć parasola i wypastować butów, wsiada do metra, wysiada z niego, uczy ludzi, dlaczego ma być tak, a nie inaczej, sprawdza testy, odpisuje na maile, bierze prysznic, nie pisze doktoratu, siada na łóżku i apatycznie gapi się w sufit. Nie jestem w stanie zrekonstruować minionych dni. Stały się jakąś niestrawną, ciemnoszarą breją.

Jestem tak zmęczona, że nie poszłam w niedzielę do teatru - nie wiem, czy mogę dobitniej ukazać skalę mojego zmęczenia niż ominięcie teatru - nie miałam siły przebrać się w coś stosownego, nałożyć nowej twarzy i wyjść w zacinający deszcz. Poszłam spać. A potem ugotowałam zupę. Półsen i gotowanie zup. Do niczego innego nie nadaję się ani ja, ani tegoroczny listopad.

03/11/2014

♪ star slinger - i/iv

- Faktycznie wyglądasz na chorą - wita mnie w drzwiach Żaba przyjaciółeczka. Po pierwsze, dzięki za komplement. Po drugie, przyszła zjeść moją znakomitą zupę cukiniową, bo biedactwo głodowało. Powiedziała, że jest przepyszna, więc ha! Jestem Modeściną Amaro. Może zamiast kupować na urodziny szampana, zaserwuję gościom zupę.

Jest listopad, więc trzeba koniecznie słuchać trzech utworów: Mr. November, November oraz Listopad (na pewno nie November Rain), najlepiej w kółko. Trzeba też kaszleć, kichać, zakraplać nos i uszy, żłopać herbatę z koszmarną cytryną, ćpać tabletki, wycierać nos, pocić się pod tysiącami kołder i koców, stracić szaloną imprezę halloweenową (?) oraz spotkanie z pięknymi Stri i Jeżykiem - Jeż ma dla mnie ikeowy zaparzacz - dziękuję!, żeby w poniedziałkowy poranek być w wybornej (khe, khe) formie, uczyć ludzi niemieckiego, angielskiego i udawać, że jest się dowcipną.

W związku z cytryną:
Ja: Może teraz ja kupię cytryny?
KWD: A wiesz, jak wygląda dobra cytryna?
Ja (niepewnie): Jest żółta?
KWD: To nie kupuj.

W ostatni czwartek załatwiałam rozmaite sprawunki z boginią Agatą (chyba nasze hasanie po mieście mnie dobiło - zresztą i Tomek - syn Agaty - i ona sama też prychali odpowiednio). Pomiędzy sprawunkami poszłyśmy do terapeutki, którą regularnie widuje Tomson-raper. Jako że jestem właściwie częścią rodziny, miałam okazję wejść razem z Agatą i Tomkiem do gabinetu, gdzie zostałam przedstawiona pani terapeutce jako CIOCIA. Pani terapeutka miała polar, drobne loki przyklejone do drobnej twarzy i wybałuszone oczy w tej twarzyczce. Od razu można było poznać, że pracuje z małymi dziećmi, bo wszystkie panie zajmujące się dziećmi małymi i tymi w wieku wczesnoszkolnym wyglądają tak samo.

Zasiadłyśmy więc w fotelach, a pani terapeutka przystąpiła do zabawy z Tomeczkiem, któremu czasami się chciało, czasami nie, a czasami się irytował - też bym się irytowała. Zabawy te i ton pani terapeutki - choć rozumiem, że tak należy - przyprawiały mnie o wewnętrzne fikołki i wiedziałam, że gdybym pokusiła się o posłanie Agacie choć pół uśmiechu, chyba bym pękła, a śmiech mój niósłby się po Mokotowie jeszcze długie godziny, więc siedziałam grzecznie z - jak doniosła mi później Agata - grobową miną.

W pewnej chwili pani terapeutka zapytała, czy CIOCIA będzie brała udział w zabawie, na co - zapewne grobowo - skinęłam głową, a Agata powiedziała:
- Ona przychodzi do nas towarzysko, ale bawimy się razem.
PRZYCHODZĘ TOWARZYSKO.
BAWIMY SIĘ.

Kiedy wracaliśmy potem wszyscy (bo wraz z mężem Agaty) do domu - tkwiliśmy w potężnym korku, a ja karmiłam Tomasza paluszkami, które łaskawie przyjmował, co więcej - raczył się nimi ze mną podzielić - i  rekonstruowaliśmy przebieg tej wizyty, bawiliśmy się tak samo dobrze, jak przy ostatnim planszówkowym turnieju, a może nawet lepiej (ja na pewno, bo nie przegrywałam z kretesem).

Dziś byłam jedyną osobą w piekarni, której pani ekspedientka życzyła miłego dnia. Dlaczego?, zadaję sobie to pytanie, czy dlatego, że byłam dla niej uprzejma (jestem nad wyraz miła dla wszystkich sprzedawców, kasjerów, kelnerów... przecież usługiwanie ludziom, którzy są na ogół ścierwem, to koszmar, dlaczego miałabym im dokładać?) czy dlatego, że z nosa zwisał mi do kolan glut, którego próbowałam się pozbyć za pomocą chusteczki higienicznej w Hello Kitty, lecącą samolotem, ba, sterującą tym samolotem, jestem blada jak ściana i wyglądam, jakbym właśnie wyszła z trumny? Sama nie wiem. Idę do mojego lekarza, który ma na parapecie kolekcję karetek wszelakich rozmiarów i kształtów, on mi powie.

26/10/2014

♪ świetliki - bałwan

Po prostu zaczęłyśmy grać z KWD w Czarne historie i zapomniałam.

Zmiana czasu kojarzy mi przede wszystkim z pewną lekcją geografii w gimnazjum, gdy nauczycielka - pamiętam, że zawsze myślałam, że maluje paznokcie na świński kolor, idealna świńska karnacja na jej paznokciach - zapytała, czy wiemy, ile ton węgla oszczędzamy dzięki zmianom czasu. Gimnazjalna tłuszcza jest raczej tępawa, nie byliśmy żadnym wyjątkiem od tej reguły, więc zapewne tępawo wpatrywaliśmy się w rozwiniętą mapę i zapisany temat na tablicy albo bazgraliśmy jakieś głupoty w zeszytach; tak bardzo zajęci nie zaszczyciliśmy nauczycielki nawet tępawym pomrukiem, na co ona, z niewątpliwym triumfem w głosie, rzekła: MILION.

Przyznaję się bez bicia, że w piątek nie poszłam na zajęcia. Taka ze mnie doktorantka jak wiadomo co z czego. W tej chwili jestem na etapie wypierania doktoratu ze swojego życia. Łaziłam po mieście, chłodny wiatr pakował się pod płaszcz, kupiłam rękawiczki. Potem z Bzu zostawiłyśmy panu kelnerowi karteczkę, że nie gniewamy się za sos waniliowy (miał być ciepły, dotarł jednak zimny) i uciekłyśmy, chichocząc w szaliki, ponieważ mamy lat czternaście.

Próbujemy razem z moim uczniem napisać parę zdań o Warszawie. Jego ulubione miejsce to, oczywiście, Stadion Narodowy, ale zmuszam go do wymyślenia czegoś jeszcze, więc rzuca: Pałac Kultury i Nauki. Wspaniale, mówię z entuzjazmem, a co najbardziej lubisz tam robić? Nie wiem, nigdy tam nie byłem, odpowiada bez mrugnięcia okiem, ale pani na pewno wie, co się tam dzieje, bo pani jest wyedukowana.

Brzemię tej cholernej edukacji ciąży mi bardziej niż krzywy ryj.

Poszłyśmy z Żabą na koncert Świetlików. Postałyśmy (bolały nas plecy), posłuchałyśmy, zadumałyśmy się nad sensem życia (brak) i wróciłyśmy do domu. Na koncercie dowiedziałyśmy się, od samego Marcina zresztą, że ma on syna, a syn jego w piątek skończył dwadzieścia dwa lata. Ciekawe, czy mówi do niego tato. Tatko. Tatusiu. Drogi pan Świetlicki zaszczycił nas również takimi bon motami jak urodziłem się w Lublinie, jestem Beatą Kozidrak poezji czy jestem dorosły, sam sobie potrzymam (à propos kartki, na której wypisaną miał kolejność utworów; nie nazwę tego setlistą) czy teraz będzie w chuj smutna piosenka. A także zamiast jebnąć ci? od dziś pytamy: czy jest między nami jakaś kontrowersja?

Idę do teatru. (Ostatnie pieniądze wydałam na teatr i nowego Żulczyka). Potrzebuję odtrutki na tę zbutwiałą rzeczywistość.

20/10/2014

♪ ayer - young

W sobotę śniło mi się, że Krzysztof Warlikowski spuszcza mi wpierdol.

W niedzielę wieczorem natomiast dostałam migreny. Barbaro, chyba za tłusto zaszalałyśmy i mój biedny, aspołeczny umysł nie był w stanie tego przyswoić. Zaległam więc w barłogu i myślałam, czy to już śmierć, czy jeszcze nie - nawet stuprocentowa pewność, że to żadna śmierć, nie powstrzymuje mnie od zadawania sobie tego pytania w regularnych odstępach czasu. Leżałam i czekałam. Potem już był poniedziałek.

Z metra przesiadałam się do autobusu. Dotarłam do przystanku, zaczęło kropić, dopiłam resztki tekturowej kawy - rzęsy zaczepiły się o rant kubka - i zauważyłam, że do ławki podchodzi człowiek co najmniej niepokojący. Dziwnie wykręcona ręka, przerażające, jakby niewidzące spojrzenie; wszyscy czekający zaczęli się odsuwać, widać było, że ich jedynym marzeniem jest to, żeby się do nich nie zbliżył.
Nie zaczepił nikogo. Usiadł na ławce obok starszej pani z laską. Usiadł i zaczął łapać deszcz na swoją krzywą rękę. Starsza pani trochę się wystraszyła, ale zapytała go, czy nie jest mu zimno. Ciężko było go zrozumieć, a ona wstała, podeszła do niego - siedział bokiem - i zasunęła zamek błyskawiczny w jego kurtce.
Podjechał autobus - wzięła go za rękę, niepomna swojej laski, wprowadziła do środka, usadowiła zaraz przy drzwiach i pilnowała aż do przystanku, na którym oboje wysiadali. W tej samej chwili inna starsza pani władowała mi w plecy łokieć, bo gówniara w krzywo założonej czapce nie zasługuje na przepraszam.

Z Wojteczkiem poszliśmy na Bogów. Film był wspaniały, w napięciu siedziałam na brzegu fotela wpatrzona w ekran i zaciskałam kciuki, żeby tylko wszystko się udało. Refleksje dość gorzkie przyszły niedługo po wyjściu z kina - lekarz to przecież najpiękniejszy zawód na świecie, czy ja i moja smętna pisanina kiedykolwiek będziemy komuś tak potrzebni, jak potrzebny jest przeszczep serca, czy ja i moje smętne spojrzenie kiedykolwiek będziemy komuś tak potrzebni jak kardiochirurdzy?

Dowiedziałam się, że co roku na Uniwersytecie Warszawskim studia doktoranckie rozpoczyna około 3000 studentów, a co roku doktorami zostaje około 300 z nich. Spojrzałyśmy wtedy na siebie z Karoliną potulnie, jakbyśmy od razu miały ochotę ustawić się w kolejce do odrzutu, a Marcin wyliczył naprędce, że z naszego roku odpadną co najmniej 3 osoby. Spuściliśmy głowy, smutek nas oblekł, więc musiałam iść do Czułego Barbarzyńcy kupić sobie książkę do mojego doktoratu, jak by nie patrzeć, niezbędną, więc ironia została tam, gdzie powinna. Dowiedziałam się również, że żeby przetrwać na studiach doktoranckich, trzeba mieć kupę szmalu (dotąd sądziłam, że uda się pociągnąć na skromnej kupce), bo bilety na wyjazdy na konferencje, książki i inne pierdoły same się nie kupią, a jak wiemy, stypendiów nie ma. A gdybym umieściła na Gumtree ogłoszenie, że szukam sponsora? W zamian zaoferowałabym czytanie dramatów rozmaitych - z naciskiem na te Witkacego - na role. Mam znakomitą dykcję.

14/10/2014

♪ caribou - our love

Mój główny powód rozpoczęcia studiów doktoranckich:

Gustowny wzorek.

Nie, skądże, żartuję. Tak naprawdę chcę się przysłużyć nauce i postawić Pulitzera (czy też Nobla) (czy też Oscara za Najlepszą Rolę Dramatyczną w Luizie i ludziach) obok winyli Prince'a. Dorobić się garba, zostać jeszcze większym krótkowidzem, a na koniec mieć hemoroidy.

Zaczęło się. Czuję jakieś nerwy, czuję jakiś stres. Muszę porozmawiać z moim opiekunem naukowym na temat narkotyków przez Witkaca zażywanych i zapytać, czy według niego powinnam zacząć ćpać już teraz czy poczekać do otwarcia przewodu (o ile dożyję).

Gdy dotarłam do domu, inauguracją roku akademickiego co najmniej dobita, położyłam się zniechęcona na mym łożu i, najwidoczniej, w sen zapadłam (aż żal, że nie w wieczny). Przebudziwszy się, przez chwilę nie miałam zielonego pojęcia, co się w ogóle ze mną dzieje, a gdy ustaliłam wszystkie fakty (szczególnie te dotyczące zrobaczałej egzystencji), zapaliłam światło (na wszelki wypadek, choć, jak pamiętamy z pierwszego, znakomitego jeszcze tomu Jeżycjady Czy twoim zdaniem żarówka powinna samoczynnie gasnąć w obecności nieboszczyka?) i ujrzałam swoje zmęczone spojrzenie w lustrze (żywy trup). W tej samej chwili usłyszałam pukanie do drzwi, które się lekko uchyliły, a w nich pojawiła się ręka KWD, a w ręce jej czekolada. Potem zjadłyśmy pizzę (pyszniutka i, oczywista, poprzedzona kurtuazyjnym dialogiem: - zjadłabym pizzę. - też bym coś zjadła, ale nie wiem... - czego nie wiesz. - zjadłabym coś ciepłego, ale nie chce mi się gotować... - zamawiam.) i oglądałyśmy... coś. Kiedyś Wam opowiem. To remedium tymczasowe, bo znów odpływam w głębokie smutku otchłanie. Ale jutro idziemy z Wojteczkiem do kina, więc na przynajmniej dwie godziny otchłań opuszczę. Wpis wyszedł rażąco nawiasowy. Całe moje życie to nawiasu wnętrze, szkoda, że życia kwintesencja znajduje się zawsze poza nawiasem.

30/09/2014

♪ phantogram - the day you died

Szanowni Państwo, dziś opowiem Państwu bajkę... przypowieść... thriller... anegdotkę... horror.
Za mną pierwsze zajęcia na studiach d., które wyjątkowo odbyły się w weekend, gdyż prowadzący jest personą ważną szalenie i wykłada również w Strasburgu i Genewie. Sobota o 8:00 nigdy nie była moją ulubioną porą, ale w imię wiedzy zrobię wszystko. Wstałam zatem, choć niechętnie, okutałam się szalem, włożyłam kurtkę, czapkę oraz parasol dzierżyłam w dłoni, bo poranek sobotni deszczem był okraszony (brzmi to jak popłuczyna po wieszczach romantycznych). Pędziłam na wydział z radością w sercu i zamglonymi od snu oczami. Wbiegłam do budynku, akurat podjechała winda - czekał też na nią jakiś młodzieniec - jak się później okazało, współdoktorant - który ją uprzejmie dla mnie przytrzymał - jedziemy, a oboje wysiadaliśmy na drugim piętrze.
Winda się zatrzymuje, wychodzę krokiem pewnym, ja, doktorantka, przyszłość narodu polskiego i świeże tchnienie w literaturze, z parasolem dostojnym, włosem spuszonym, kubkiem ze Starbucks w torbie, kwintesencja zużytego hipsterstwa I NAGLE SIĘ TAK POTĘŻNIE WYKŁADAM NA MOKREJ POSADZCE, hoho, gdzie ten mój honor literaturoznawczy, gdzie klasa i szykowność moja, zaczynam płakać ze śmiechu, kolega z windy łapie mnie za ramię, a ja wstać nie mogę, bo łzy ze śmiechu po gębie mi lecą. Co za początek, tego nie spodziewał się nikt, a już najmniej prawa strona mojego ciała - przez dwa dni nie mogłam na niej spać, a skórę na łokciu zdrapałam fatalnie.
Ale przynajmniej mam już pierwszą doktorancką piąteczkę na koncie. Złe dobrego początki (oby).
Bywały też chwile, w których chciałam przywalić moim studiom po mordzie, więc poniekąd to zrobiłam. Jako że było to drugie piętro, trafiłam gdzieś pod brodą po prawej.

Zwycięstwo lektor odnotowuje wtedy, gdy kursant mówi, że na ten niemiecki to przyszedł ot tak, bo w sumie nie lubił nigdy tego języka, a dzięki lektorowi polubił i chce się uczyć dalej. Albo gdy kursant mówi, że chciałby się zapisać na kurs u tego samego lektora, ale dopiero za rok w lecie, bo teraz studiuje i nie rady i czy to można zaklepać, a potem wręcza mu sernik.

Dzięki mieszkaniu z Wielkopolanką (KWD) nauczyłam się nowego czasownika - zakluczyć - którego używam z niekłamaną przyjemnością. Dowiedziałam się również, że kejter - przy okazji imię kociska państwa Nieśmigielskich - nie oznacza, jak sądziłam, grzejnika tylko psa. (Bardzo dobry dowcip, swoją drogą, Elżuniu.) Pół życia w kłamstwie. Ale czy kejter nie brzmi jak grzejnik? Kaloryfer?

Ogólnie jednak odczuwam niechęć, więc zamierzam zrobić krem z kukurydzy, bo będzie żółciutki i cieplutki jak cholerne słoneczko. Odkryłam również sekret idealnej zupy dyniowej - musi być z dyni hokkaido - oraz sekret idealnych pancakes - trzeba kupić do ich smażenia malutką patelenkę, ponieważ - jeśli jest się mną, rzecz jasna - zaolejowuje się dużą na amen i lepi się ona tak, jak ja do Marcina Dorocińskiego.

13/09/2014

♪ sky ferreira - heavy metal heart

Wstaję. Jest 5:25, trzeba iść pod prysznic, zrobić coś z twarzą. Podnoszę się z łóżka w tempie porażająco spowolnionym, choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. Przecież nie zadzwonił budzik. Ospale sięgam po telefon. 5:27. Trybiki niespiesznie pracują. Po jakichś trzech minutach przypominam sobie, że dziś zaczynam o 9:00, więc mam jeszcze przynajmniej półtorej godziny snu.

Świetnie.

Dzień jak co dzień. W metrze czytam zawzięcie, wysiadam, idę pokazać ludziom, że niemiecki jest taki super i taki super prosty, co udaje mi się średnio, bo odmiana przymiotnika (tym razem bez rodzajnika) sprawia, że wszyscy zasypiamy nad książkami co trzy minuty. Oczywiście akurat dziś kropi, wieje, jedyny ratunek w kawie, piję więc dużą kawę, jadę do domu. O 14:00 przyjedzie Magda popilnować psa Kasi, żeby biedak nie został sam w nowym dla niego otoczeniu, ponieważ razem z Kasią zaplanowałyśmy...

WIELKI WYPAD DO IKEA TARGÓWEK
DRAMAT W SIEDMIU AKTACH


Występują:
Luiza (ja)
Kasia (moja współlokatorka oraz opiekunka Gustawa)
Magda (głąb ze Służewia, a przy okazji moja najznakomitsza przyjaciółka)
Gustaw (pies Kasi)
Pan, który pomoże ci dobrać odpowiedni materac!
Sprzedawczyni w Ikea
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę
Głos w metrze

AKT I
(Powiedziałam Magdzie, że odbiorę ją z metra i pokażę jej skrót do naszego mieszkania. Kluczę wokół metra i na stacji jakieś 20 minut. Zirytowana wracam do domu. W drzwiach stoi Kasia.)
Ja (zdenerwowana): Jest już ta tępa *****?
Kasia: Spokojnie. Zaraz przyjdzie.
Ja (jeszcze bardziej zdenerwowana): Co za ****. To chyba oczywiste, że jak się nie wie, jak wyjść z metra, to się czeka w metrze.
Kasia: Spokojnie. Odebrałam twój telefon i ją pokierowałam. Zaraz będzie.
Ja (furia): Boże! Idę po nią przed blok, bo ten **** w ogóle tu nie trafi.
(Wychodzę. Widzę, że druga winda jedzie na górę. Wracam. Wchodzę do domu. Z mych ust wydobywa się ciągle *****, ** *******, co za ****, gdy znienacka rozlega się dzwonek do drzwi. Otwieram.)
Ja: Ty **** ********!
Magda: Sama jesteś ******! Dzwoniłam i pytałam, gdzie wyjść!
Ja: Zapomniałam wziąć telefon!
Magda (triumfuje): CZYLI TO TWOJA WINA!
Ja: Chyba cię ********!
Magda: Chyba cię! Och! (w zachwycie) Jaki piękny piesek.
Kasia (nieco zgubiona): Ale spokojnie, dziewczyny, nic się przecież nie stało.
Ja: Jak to się nie stało? Jak ktoś jest ****** to tak już jest!
Magda: Umrzyj! (zmiana tonu) Piesek, piesek, piesek.
Ja: Ty tępa *****! Kasia ci zupę ugotowała! Ja ci kupiłam wegańską czekoladę! A Ty co! **********************
Kasia: Hmmm... problem z Luizą jest taki... że ona szybko... używa... mocnych słów.
Magda (z ciężkim westchnieniem): Wiem.
Gustaw (zawzięcie merda ogonem)

AKT II
(Stosunkowo odprężony. Pędzimy metrem z szybką wysiadką w centrum, by odebrać kartę miejską Kasi. Wracamy do metra, wysiadamy na stacji Ratusz Arsenał, przesiadamy się do 527. Podróżujemy namiętnie, dyskutując o sprawach rozmaitych. Zbliżamy się do przystanku CH Targówek.)
Ja: Cholera. Zapomniałam, że CH Targówek to nie CH Marki. Musimy się znowu przesiąść.
Kasia (nieco zrezygnowana): Trudno.

AKT III
(Wchodzimy do Ikea. Szukamy materaca dla Kasi, po drodze ładując do żółtej torby kilka przydatnych drobiazgów. Trafiamy na dział z materacami. Kasia testuje.)
Kasia: Ten za twardy.... ten za miękki... a weź piankowe. Oj, za twardy. Hm, ten też. Nie, nie, musi być tamten. Poczekaj...
(Kasia dyskutuje z Panem, który pomoże dobrać ci odpowiedni materac!, jak ciężki jest wybrany ten przez nią i czy damy radę donieść go same.)
Pan, który pomoże ci dobrać odpowiedni materac! (taksuje nas wzrokiem): Bez problemu.
(Po drodze wypada restauracja, więc decydujemy się posilić. Wypijam kolejne kawy. Trzęsą mi się ręce, ale nie zwracam uwagi na tę niedogodność. Schodzimy na dół. Przechodząc do materacy, roztkliwiamy się nad rozmaitymi ikeowskimi precjozami, zachowując jednak rozsądek. I tak zapominam kupić zaparzacz do herbaty. Odnajdujemy regał z materacem Kasi.)
Kasia: On waży 21 kilogramów. 

AKT IV
(Zmachane, ale dumne z naszej ciężkiej pracy i zatachania materaca do kasy bez wózka - Kasia uznała, że się nam nie przyda - stajemy w kolejce. Kasia załatwia sprawunki pierwsza.)
Kasia: Czy udałoby się załatwić transport tego materaca na dziś?
Sprzedawczyni w Ikea: Na pewno nie.

AKT V
Materac. Siaty. Nogi Kasi. Przystanek CH Marki.










AKT VI
(Wsiadamy do autobusu. Jedziemy beztroskie, podziwiając murale. Nasz wzrok przykuwa Wyspa JP2.)
Ja (zaaferowana): Googluję to.
(Autorka niniejszego dramatu stanie na tym, że po przeczytaniu, jakoby koncepcję szkoły pomógł budować Józef z Nazaretu, pękano ze śmiechu do końca podróży. Wysiadamy przy stacji metra. Jesteśmy padnięte, więc rzucamy coraz to głupszymi i - w naszym wyczerpanym mniemaniu - zabawniejszymi pomysłami, np. Kasia usiądzie na materacu, a ja ją zepchnę ze schodów, albo wjedziemy po poręczy do góry niczym Pan Kleks. Prosimy o wybaczenie. Dochodzimy do bramek.)
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę (wskazując na bramki): Tam było otwarte.
Ja (czuję, co się święci): Poradzimy sobie, dziękuję.
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę (z ciekawością): A co to jest, mogę zapytać?
Kasia: Materac.
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę: A gdzie kupiony?
Kasia: W Ikea.
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę: A ja mieszkam piętnaście minut od Ikei i mam dwóch braci i oni pomogliby mi przenieść materac.
Ja i Kasia (wymowna cisza)
Uczynne, ale bardzo niepokojące dziewczę (do Kasi): Ale ma pani dobrą przyjaciółkę, że tak pani pomaga. To chyba ciężkie.
Kasia (zniecierpliwiona): No mam.
(Na nasze szczęście podjeżdża metro Uczynnego, ale bardzo niepokojącego dziewczęcia. Czekamy na swoje w spokoju. Wsiadamy.
Głos w metrze: Następna stacja: Dworzec Gdański.
Kasia: Czy my naprawdę jedziemy w drugą stronę?
Ja i Kasia: **********************************************************

AKT VII
(Przesiadamy się do metra jadącego na Kabaty. Umęczone padamy na siedzenia. Na następnej stacji dosiada się młodzieniec lat cztery, który z lubością wtula się w materac Kasi. Zawiązuje się przyjaźń, która skończy się na stacji Służew. Na Politechnice natomiast wsiadają cztery dziewczyny, z czego jedna niesie balony z napisem Happy 16th birthday.)
Kasia (z przekąsem): Jakieś duże te dziewczyny jak na szesnastolatki.
Ja: Jesteś bezczelna.
Kasia (uśmiech samozadowolenia wypływa na jej usto): To chyba oczywiste.
Ja: Poza tym, może jadą na czyjeś urodziny. Zresztą ty też nie wyglądasz na swój wiek.
Kasia: Prawda. Może zacznę nosić okulary?
Ja: Przede wszystkim golf.
(Kasię coraz bardziej pochłania nowa znajomosć, a ja przyglądam się reakcjom ludzi na materacowy rulon - najczęściej to łagodne zdziwienie. Nagle do mych uszu dociera składanie życzeń. Dziewczęta z balonami wysiadają, a te bez balonów je wylewnie żegnają. Szturcham Kaśkę.)
Ja: To jednak były urodziny którejś z tych dziewczyn! Bo te, które nie wysiadły, życzyły im wesołych świąt.

KONIEC

06/09/2014

♪ kanye west - the glory

- Misiu! Misiu, uspokój się - mówię do Miśki, głaszcząc ją jednocześnie po jej mięciutkim grzbiecie. - Misiu, spokojnie.
- HE HE HE A JUŻ MYŚLAŁEM ŻE DO MNIE PANI MÓWI HE HE HE - rzekł Pan Przeprowadzkowy nr 1, zabierając pudło.
- HE HE HE BĘDZIEMY DZIŚ GRZECZNYMI MISIAMI CZY NIEGRZECZNYMI? - pyta rubasznie Pan Przeprowadzkowy nr 2. - MOGĘ ZOSTAĆ PANI MISIEM? HE HE HE.
- HE HE HE ALE MA PANI KSIĄŻKI HE HE HE - stwierdza Pan Przeprowadzkowy nr 1, a ja myślę, że zdziwienie, jak na człowieka, który w życiu przeczytał jedynie Jacka, Wacka i Pankracka, jest słuszne.
- HE HE HE A CO PANI TUTAJ MA - dopytuje Pan Przeprowadzkowy nr 2.
- Też książki - odpowiadam cierpkim tonem, nadal głaszcząc Miśkę i marząc o tym, żeby ktoś pogłaskał mnie.
Panowie Przeprowadzkowi spóźnili się godzinę i dwadzieścia minut.

Nienawidzę przeprowadzek. Myślałam, że nienawidzę ananasa w miodzie, ale przeprowadzki są o wiele gorsze. Heroicznie jednak szukam plusów. Tym razem układanie książek było stosunkowo ekscytujące, bo mam wspaniały regał, który je bombowo eksponuje. Chcąc pozostać dowcipnisiem na wieki, Bycie i czas Heideggera postawiłam obok Bridget Jones's Diary. Jest to tzw. figiel intelektualny. Przeglądanie ubrań nie było aż tak straszne dzięki czadowej, wielkiej szafie z tysiącem zakamarków. Mogę pływać w przejrzystym morzu stworzonym z toreb z Ikea (kłaniam się nisko Agacie, mężowi Agaty oraz synowi Agaty [kiedy Tomasz założy bloga, a przynajmniej instagram?]). Chyba się przeziębiłam z tych wszystkich emocji, albo złapałam dużo bakterii od Agatki, która spędziła ze mną cały dzień, sprzątając, czyszcząc i przestawiając. Dziękuję! Życzę Ci wielu próbek moczu i kału do zbadania.

Fakt: podczas każdej przeprowadzki słucham Kanye Westa. Jak można to uzasadnić psychologicznie?

Na moim nowym bloku napisano PANDA SRANDA. Od kiedy to zauważyłam, dumam, co to tak naprawdę oznacza. I to jest mój problem. Doszukiwanie się głębokich znaczeń tam, gdzie ich, jak wszyscy znakomicie wiemy, w ogóle nie ma.

Jeśli kiedykolwiek w upalny dzień zobaczycie dziewczynę w kurtce, swetrze i szaliku albo w mroźny dzień dziewczynę w lekkiej kurtce i trampkach, to będę to ja. Jestem organicznie niezdolna do ubrania się odpowiednio do pogody. Dobrze, że jestem (w miarę) zdolna do pracy i (w nieco mniejszą miarę) zdolna do funkcjonowania w społeczeństwie.
 
Agata: Chcę usiąść tam, o tam!
Pani kelnerka: Zapewne zachęcił panie domek*.
Ja: Tak. Pasuje idealnie do naszego poziomu umysłowego.
Pani kelnerka: No, no, proszę nie przesadzać.
*zielony plastikowy domek do zabawy dla dzieci. 

Z okazji przeprowadzki kupiłam sobie nowe kapciuszki. Są białe w kolorowe kropeczki, bo mam sześć i pół roku. Ale, jak to mówią, nowe kapcie w dom, Bóg w dom. Czy jakoś tak.

21/08/2014

♪ pearl jam - state of love and trust

Słuchamy Pearl Jam, oglądamy nagrania z lat dziewięćdziesiątych. Wzdychamy, jak wspaniale byłoby zobaczyć ich wtedy i zgodnie stwierdzamy, że nie żałujemy ominięcia ich koncertów na Open'erze. Dodaję, że gdybym zobaczyła Prince'a za czasów Love Symbol (Magda trochę przysypia w tym momencie), prawdopodobnie zemdlałabym z zachwytu pod sceną. I że jego koncert w 2011 roku wcale nie był doskonały i wcale nie byłam tak zachwycona, jak się spodziewałam. Poza tym miałam okres i bolała mnie każda część ciała, więc na bisach marzyłam jedynie o tym, żeby usiąść i umrzeć czy też odwrotnie. Magda stwierdza, że muszę napisać o tym na blogu. (Mówisz i masz, żabi żartownisiu. Czy mogę liczyć na ponowne ugotowanie potrawki?) Nie zmienia to faktu, że w portfelu nadal trzymam złote konfetti, które fruwało w powietrzu podczas Purple Rain. Mam to już przecież w głowie, sercu i na ciele.

Spotykam się z Agatą po kilkunastu dniach bolesnej rozłąki. Rzucamy się sobie w ramiona, a chwilę później z fuksjowych ust Agaty pada: zmarniałaś.
Dobrze, że w Natolin Apartaments™ czeka na mnie zawsze garść pociechy, tomkowego hasania po parapecie i fasolki szparagowej. Nie wiem, jak udało mi się bez tego tyle wytrzymać.

Bardzo się cieszę, że przyszedłem na pani zajęcia i żałuję, że nie zapisałem się wcześniej. U pani bardzo mi się podoba i jest super.

Są dni, kiedy oglądam trzy mieszkania dziennie. Mieszkania z boazerią, mieszkania ewidentnie sfatygowane i zmordowane, które marzą jedynie o tym, by pokryły je pajęczyna oraz kurz, mieszkania, które kosztują xxxx, a kiedy do nich wchodzę, kosztują xyxx albo yyxx, mieszkania bez mebli, mieszkania na drugim końcu świata. Przemierzam Warszawę wzdłuż i wszerz, jestem kiczowatym bohaterem postmodernistycznego miejskiego westernu, może ona ma mnie po prostu dość? Może daje mi do zrozumienia, że nie ma tu dla mnie miejsca, nie jestem tu potrzebna? Może każe mi się stąd wynosić, a ja nie poznaję się na jej sugestiach?

Codziennie biorę tabletkę przeciwbólową. Codziennie około 15:30 przychodzi fala kryzysu, która wali prosto w splot słoneczny. Czuję wtedy podwójnie: zniechęcenie, smutki, żale; te uczucia robią się wyostrzone, wyraźniejsze, puchnie mi głowa, zaczynam kichać. Z pomocą przychodzi czerwona kapsułka i po pół godzinie znów można udawać, że wszystko gra. Gra bez ani odrobiny fałszu. Przekombinowane to placebo.

17/08/2014

♪ wzrd - teleport 2 me, jamie

Jemy pyszną potrawkę autorstwa Magdy (czego tam nie ma: ziemniaki, cukinia, kukurydza, szczypiorek, sos z masła orzechowego...). Magda ogląda Supernatural, a ja rozmawiam z ludźmi, owinięta w koc (apsik! - nici z potańcówki z DJem Bigosem w Hydrozagadce) i wpycham potrawkę łycha za łychą, bo jest obłędna. Zjawiskowa. Wybitna. Nagle Magda pauzuje serial i pyta:
- Co znaczy detour?
- Kontekst?*
- Okej.
Cofa kawałek i spokojnie ogląda dalej. Mówię:
- Nie widzę stąd napisów.** Musisz mi przeczytać kwestię.
Magda (po chwili refleksji):
- CO? MYŚLAŁAM, ŻE DETOUR TO KONTEKST! WIDZISZ, JAK CI UFAM?
Radości wspólnego dzielenia pokoju są jeszcze większe niż myślałam.

Tworzymy razem playlistę na Spotify (nazywa się twój ryj). Na razie są na niej dwie piosenki. Myślę, że dobijemy do dziesięciu.

Sprzątam i zmywam, Magda gotuje i pilnuje, żebym łykała B12, a ja zbieram po niej talerze i śmieci oraz zmuszam do wypicia wapna, gdy się okazuje, że ma podejrzane uczulenie. Magda pożycza ode mnie skarpetki i perfumy i przynosi pyszności do spróbowania (ciasto o smaku snickersa z W gruncie rzeczy, smakołyki z Loving hut); żyje nam się idyllicznie. Nieustannie pluję sobie w brodę, że nie przeniosłam się do Magdy, kiedy szukała współlokatorki, ale byłam wtedy świeżo po przeprowadzce na Wolę do dwupoziomowego mieszkania z dwiema łazienkami i wielkim pokojem z tapetą w kwiaty oraz ogromną kuchnią, gdzie zorganizowałam kilka pamiętnych imprez. Kto by pomyślał.

Apsik! prawdopodobnie spowodował wieczorny spacer w ogrodzie BUWu razem z wesołymi dziewczętami, pragnącymi podziwiać zachód słońca. Od jednej z nich (Magdo, kolejny raz Ci dziękuję i ściskam - tym razem internetowo i metaforycznie. Wyczekuj maila!) dostałam przepiękną torbę płócienną z napisem The owls are not what they seem oraz cudną sową, napis wieńczącą. Jeśli ktoś z Państwa nie wie, o co chodzi, proszę opuścić to miejsce. Tak, jak ja opuściłam dziś mieszkanie, które kosztowało o 600 złotych więcej, niż napisano w ogłoszeniu. Nóż się w kieszeni otwiera, mózg się w czaszce otwiera, nie mam gdzie mieszkać, boli mnie głowa, entuzjazm opada, całe życie tkwi w pudłach i workach na śmieci.


*Każdy tłumacz wie, że nie można od razu podać tłumaczenia, tylko należy najpierw zapytać o kontekst. Pięć lat studiów nie poszło na marne.
**Jestem ślepa, ale nie noszę okularów, bo: a) świat widziany wyraźnie mnie obrzydza; b) rzęsy zaczepiają mi się o okulary i to boli, wbrew pozorom. Jestem też próżną cizią, jak się właśnie okazało.

14/08/2014

♪ college & electric youth - a real hero

Kursanci zapytali, co oznacza słowo Säge (piła).
Najpierw chlapnęłam, że można tym kogoś zabić. Dopiero po uchwyceniu dziwnych spojrzeń uczniów i uświadomieniu sobie, co tak właściwie powiedziałam, prędko dodałam, że można nią ciąć drewno.

Jestem bezdomna, a szukanie mieszkania jest aktualnie koszmarem. Nie wiem, czy to z powodu sierpnia, pełni księżyca czy mojej krzywej mordy, ale mieszkania, które oglądam, są albo za małe, albo za ohydne, albo w łazience straszy junkers, a mózg podpowiada mi scenariusze, w których umieram pod prysznicem, albo - co najgorsze - ktoś jest przede mną. Moja przyszła współlokatorka zabrania mi się zamartwiać, ale jeśli masz się wyprowadzić wynosić za uczciwość, jeśli nie wiesz, w której torbie znaleźć kurtkę i siłą dusisz w sobie wybuchy histerycznego płaczu, sensowne rozwiązania przestają mieć rację bytu. Wejście w dorosłość faktycznie nie wyszło mi tak jak w książkach albo filmach. Chciałabym już sprzedawać tę historię jako zabawną anegdotkę.

Takie wydarzenia są jednak doskonałą miarą wielu relacji. Jak wspaniale można się zdziwić, rozczarować czy z cierpkim uśmiechem przyjąć typowe reakcje typowych znajomych, z którymi w typowy sposób trzeba będzie się pożegnać.
 
Wykorzystuję ostatnie rezerwy swoich sił na rapowanie, śpiew i pokraczny taniec z Magdą w deszczu. Wychodzi nam całkiem nieźle, mamy tylko problemy z wyciąganiem wysokich dźwięków. Magda mnie uratowała i nadal nie wiem, jak się jej odwdzięczyć za nie będziesz tam dłużej mieszkać, przenosisz się do mnie. Wie o mnie wszystko i wzięła to dzielnie na swoje wątłe, zielone barki - właśnie śpi na materacu i wcale jej nie widać spod kołdry - cierpliwie wysłuchuje moich nudnawych monologów, a przede wszystkim znosi mnie w ogóle, co jest prawdziwą sztuką, bo sama znoszę siebie z ledwością. Dla mnie definicją przyjaźni jest Twoje imię. Dziękuję.
 
Wracałyśmy z Kyo ze snobistycznej kawy ze snobistycznego Concept 13, gdy niedaleko Novotelu zaczepiła nas dziennikarka radia Plus i zapytała, czy zwracamy książki do biblioteki na czas. Kyo przyznała się do przetrzymania dziesięciu lektur z podstawówki, a ja, jak słusznie się domyślacie, zawsze oddawałam książki w terminie. Dziennikarka zapytała wtedy, czy to się opłaca, na co odpowiedziałam, że to jest najzwyklejsza uczciwość. Chyba jestem przeczulona na tym punkcie jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Even at the center of fire there is cold, jak śpiewa papa Prince. Trzeba było o tym pamiętać.

01/08/2014

♪ bon iver - beth/rest

- Chcę kupę - ogłasza bezceremonialnie mała - jak już się dowiedziałam - Alicja. Od razu wiedziałam, że czeka mnie podróż z przygodami. A zaczęło się od dwudziestominutowego postoju z powodu usterki układu kierowniczego między Gdańskiem Oliwą a Gdańskiem Wrzeszczem.

Wspólnie oglądamy telenowelę produkcji (zapewne) argentyńskiej:
- Kto to jest?
- Taki zły.
- A ona?
- Ona lubi przychodzić nad rzekę.
Jeden z bohaterów nazywa się jednocześnie: Lampardo, Lamparto, Lempart, Lombardo, Lampart, Lemparto, Leoprado (oryginalnie: Leopardo).
Muzyka w tle dramatycznych wydarzeń brzmi tak, jakby trzyletnia ja dorwała się do keyboarda i włączywszy demo, dziko naciskała klawisze.
Jestem już bezpieczna. Ale mnie morzy sen, mówi roztrzepane dziewczę, które lubi przychodzić nad rzekę.
Jem rogale drożdżowe i czytam Lalę* Dehnela. Tęsknię.
Bohaterowie bardzo często mówią do siebie, patrząc natchnionym wzrokiem w dal, wzdychając co i rusz: do przedmiotów, do nienarodzonych dzieci, do kolumn wielkiej posiadłości. Często ktoś ich wtedy podsłuchuje. Nikomu nie można ufać.

Ja: Dlaczego ludzie mówią dziesięć złoty zamiast dziesięć złotych?
Mama: Musisz zrozumieć, że nie każdy ma taką... cechę jak ty.

Pogrzeb żaby. Ona już była martwa.
Pies, który nie chce zejść z moich kolan.
Dżdżownica w pudełku po lodach tiramisu.

Opowiadamy te same żarty, siedzimy na tych samych miejscach, śpimy na tych samych łóżkach, każdy ze swoją ulubioną poduszką i kocem (mój jest czerwony w kratę).
Znam każdy rodzaj uśmiechu: irytacji, smutku i szczęścia. Przewiduję każdą reakcję, łącznie z tą, że teraz mam za krótkie włosy. Zapach domu wdycha się głęboko, czuje się wtedy, że jest się stąd. Że chce się tu wrócić. Zostać na zawsze. Odejść, nie oglądając się za siebie.**

- A herbata - pyta mały - jak już się dowiedziałam - Maciej - jest z ciasteczkami takimi do maczania?
- Jest może miętowa herbatka? - pyta wuj Macieja i ojciec Alicji.
W tym samym wagonie jest pusty przedział.

Każdy był w Kołobrzegu - na pewno nie w Zakopanem; tam nie było mnie - i każdy wie, że Kołobrzeg to zaklęta Dolina Muminków z porzuconymi łódkami i, wydawałoby się, niekończącym falochronem. Bryza bardzo puszy włosy. Te same stragany stoją w tych samych miejsach, te same piosenki są śpiewane tym samym głosem, przecież ja tu byłam, a tu było miejsce zbiórki.

- Zespół downa inaczej - rzuca w przestrzeń wuj Macieja i ojciec Alicji, oczekując porady od swojej żony i teściowej (od dzieci raczej nie; zresztą i tak owijają się wokół barierki na korytarzu).
- Trisomia - mówi żona.
- Drugie o - rzecze wuj Macieja i ojciec Alicji. W tej samej chwili spoglądają na siebie znacząco i mówią:
- Mongolizm.

Robię się chora na myśl o dorosłości. Czytam ponownie ukochane książki z dzieciństwa, oglądam bajki z dzieciństwa, przeglądam fotografie i wspominam, jak było mi dobrze, gdy nie byłam ani dorosła ani odpowiedzialna. Nie chcę być ani dorosła ani odpowiedzialna. Chciałabym dyskretnie pozbyć się tego ciężaru. Szkoda, że nie mam pojęcia jak. Szkoda, że to niemożliwe.


*Utknęłam, uświadomiwszy sobie, że dawno nie czytałam Ani z Zielonego Wzgórza, więc musiałam ją przeczytać. Tysięczny raz.
**It's a funny thing coming home. Nothing changes. Everything looks the same, feels the same, even smells the same. You realize what's changed is you.
- F. Scott Fitzgerald

17/07/2014

♪ bike for three! - lazarus phenomenon

Tkwię w autobusie na dworcu centralnym. Mamy zaraz ruszać, gdy przez drzwi zagląda zdenerwowany pan i pyta:
- CZY DOJADĘ TYM NA DWORZEC CENTRALNY?
(niewiasta z walizką) - Pan jest na dworcu centralnym.
- ROZUMIEM, ALE DOJADĘ TYM NA DWORZEC?
(pan z brodą i wąsem) - Pan jest na dworcu.
(drzwi się zamykają i nieco przytrzaskują pana poszukującego) - A W CHOLERĘ Z TYM.
(niewiasta z walizką oraz pan z brodą i wąsem chichoczą)

*

Budzę się. Ale świeci! Już 8:00 jak nic. Sięgam ręką do biurka, biorę komórkę (bardzo prawdopodobne jest to, że najpierw zleci na ziemię), patrzę na ekran i widzę: 4:42.
Zasnęłam z głową na oparciu łóżka. Po przebudzeniu zobaczyłam samotną rzęsę przyczepioną do sofy. Szalenie przygnębiający widok.
4:42. Nie wierzę. Przecieram oczy. Nędzne psikusy. Leżę więc twardo i liczę na to, że zaraz do pokoju ktoś wskoczy i powie, że żartował. Do 5:00 nie dzieje się nic. Próbuję zasnąć, a próby te z sekundy na sekundę robią się coraz bardziej rozpaczliwe (najmocniej jak mogę zaciskam oczy, przesuwam się z lewa na prawo i odwrotnie, kołdrę układam w rozmaitych konfiguracjach, poduszki lądują za głową, żebym za chwilę zepchnęła je na bok). Mija jakieś 15 minut. Przełykam tę gorzką pigułkę i próbuję zapchać się durnymi wiadomościami z Internetu; wypełnić nimi mózg do cna, żeby się zmęczył ostatecznie i pozwolił zasnąć. Dochodzi 6:00. Nic z tego. Biorę zatem do ręki książkę, 6:00 to czas na prawdziwy intelektualizm, i czytam do 8:00, o której miałam wstać. I tak równo o 8:00 zaczynają wiercić. Trawę kosić. Żyć.

*

Każdy teatr ma własny, wyjątkowy zapach, ale istnieje wspólny element, wspólna cząsteczka dla wszystkich teatrów. To kojąca woń, dzięki której serce bije spokojniej i człowiek czuje, że jest we właściwym miejscu. Myślę o tym, bo przecież sezon się skończył i muszę czekać dwa miesiące nim znów wezmę głęboki oddech w sali i rozłożę krzesło, by na nim usiąść. Myślę o tym, bo gdy wyobrażę sobie - czego zapewne nie powinnam robić - 4:48 Psychosis w reżyserii Warlikowskiego, to zapiera mi dech w piersiach.

*

Właśnie przepaliła się żarówka. W ciemności nie widzę, że wyglądam jak patchwork: spalony dekolt, blada twarz, ramiona prawie przysmażone; jakbym się obracała na zepsutym grillu.

*

Ostatnio jest tak, że około 11:00 wparowuję do Agaty i spędzamy wspólnie cały dzień. Żremy (to oczywiste), sprzątamy (b. ważny aspekt naszych spotkań), oglądamy kosmetyki, które z lubością kładziemy sobie na nasze różowe od upału ryjki (drobna rozryweczka), nabijamy się z ludzi (z pokorą przyjmiemy smażenie się w piekle), a także zajmujemy się rozkosznym synem Agaty (który w tej samej chwili chce włączać światło w piekarniku, bawić się na balkonie, słuchać piosenki o szczotce i paście, robić fikołki i skakać z półki nad łóżkiem).

*

Dlaczego wszyscy uparcie powtarzają, że ucieczka nie jest rozwiązaniem? Mam ochotę im udowodnić, jak fatalnie się mylą.

13/07/2014

♪ autre ne veut - a lie

Jeśli kupuję pudło malin, które sprzedawca zachwala jako "bardzo słodkie", a w smaku są "piekielnie kwaśne" (choć wciąż niezłe, ale to zupełnie inny poziom niezłości), to się denerwuję. Bo co ja teraz zrobię. Pojadę tam i powiem: hej, proszę pana, w czwartek koło 10:45 kupiłam u pana maliny za dziewięć złotych i miały być super słodkie i co? Jakiś przekręt malinowy, konspiracja? A on spojrzy na mnie jak na kretynkę i każe wysuwać ze sklepu. Przynajmniej arbuzy jeszcze mnie nie zawiodły. Codziennie jadłabym 3 kilogramy arbuza. Kąpałabym się w arbuzie. Stałabym się arbuzem. Ktoś by mnie zjadł, wyrzucił i byłoby po wszystkim, a tu jeszcze trzeba tyle czekać.

Czy trzeba wziąć na siebie odpowiedzialność? Tak.
Czy ma się ochotę uciec od odpowiedzialności? Tak.

*

Sztukę totalną poznać można po tym, że da się w niej zatopić. Nie myśli się o zrobieniu zakupów, umyciu naczyń czy zadzwonieniu do domu: po prostu istnieje się w tym, co się widzi. Nie ma publiczności, nie ma dostawionych krzeseł, wszystko staje się jednością i czuje się, że ma się tu do odegrania ważną rolę; zaczyna się należeć do spektaklu. To ma swoje minusy, oczywiście: wilgotnieją oczy, trzęsą się ręce, trzeba walczyć z podłą rzeczywistością, która walczy o to, by wciągnąć cię do siebie z powrotem - choć nierzadko to, co na scenie, jest jeszcze gorsze niż to, co czeka na zewnątrz.

Robin: Może już za bardzo bardzo niedługo wyjdę. Może za trzydzieści, mówi Tinker.
Ktoś w rzędzie za mną (szeptem, na szczęście): Trzydzieści CZEGO.

Tak, zejdźmy na ziemię. Jeśli ten spektakl wyczerpał mnie nie tylko psychicznie, ale i fizycznie, a byłam przecież tylko biernym widzem, trwającym grzecznie w siedzeniu, to co czują aktorzy? Jak oni są w stanie grać pięć takich przedstawień z rzędu? Codziennie przeżywać to samo? Czy są w stanie się wyłączyć i o tym zapomnieć, kiedy czeszą włosy, piją kawę i odkurzają mieszkanie? Jeśli tak, to jak to możliwe, że widzę ich łzy, lśniące w świetle reflektora - a nie ma piękniejszego widoku niż ten ulotny błysk - wykrzywione bólem twarze i błogość, gdy przeżywają największe szczęście?


Ogólnie chodzi o to, że podobało mi się. Bardzo. Jeśli kiedyś przestanę być egzaltowana, z pewnością dam Wam znać.

*

Dlaczego, gdy leje deszcz, na usta ciśnie się pytanie, czy będzie tak padać już zawsze, a gdy świeci słońce, nikt nie pyta, czy będzie tak świecić już zawsze? Odpowiedź właściwie nie jest konieczna.

09/07/2014

♪ miami nights 1984 - ocean drive

Dzisiejszy poranek spędziłam ze swoją współlokatorką, wspominając rozmaite wydarzenia z dzieciństwa. Sytuacja jest o tyle zabawna, że jedna z nas urodziła się w roku 1990, a druga w 1992. Ciężko mi zaakceptować fakt, że na świecie istnieją ludzie młodsi ode mnie, którzy mają pracę i prezesa nad sobą oraz biorą wolne na żądanie, żeby zrobić pranie. (Na parapecie przysiadł gołąb. Spogląda na mnie wyczekująco. Czy jest on metaforą dla całego świata, który spodziewa się, że od dziś z mych magisterskich ust padać będą tylko perły i swoją nieskończoną mądrością go zbawię? Cóż, podczas ostatniej rozmowy kwalifikacyjnej, ja, filolożka, powiedziałam, że właściwie to nie znam już żadnego języka, tak mi się wymieszały, hihihi, jak by tu się bezboleśnie zdetonować.) Rozmowę o przeszłości prowadziłyśmy w cienkich koszulkach i z wysoko związanymi włosami, bo upał był wręcz niestworzony, a ja, jak na prawie dorosłego człowieka przystało, piłam kawę z mlekiem sojowym. Prawdziwie dorosła będę, gdy zacznę pić czarną kawę, nosić okulary w rogowych oprawkach i dyskutować o wyższości Theloniousa Monka nad Johnem Coltrane'em, obowiązkowo w szarym swetrze, z golfem czy też bez, jednocześnie oglądając informacje giełdowe.

W weekend wpadła Żela, która kazała się zaprowadzić do Soho Factory, ponieważ gdy była tam ostatni raz, nic się tam nie działo. Tym razem również nic się tam nie działo, proszę sobie wyobrazić. A jako że za długo zabalowałyśmy w SAMie, miałyśmy na zwiedzanie i cykanie zdjątek jakieś 15 minut, żeby zdążyć na tramwaj. Efektywne zarządzanie czasem Żela powinna wpisać sobie w CV, a zdjęcia wyszły z tego takie (Żelu, mogę ukraść? Nawet jeśli nie mogę, to trudno):
oto nieostra twarz Żeli, moje rzęsy, brew moja, włos rozwichrzony i białe białko oka. Bardzo reprezentatywne ujęcie. Powinnam załączać je do każdego listu motywacyjnego z jakimś zabawnym dopiskiem, np. właściwie to nie znam już żadnego języka, tak mi się wymieszały. Hihihi.

05/07/2014

♪ prince - 17 days

Zapewne nikt już tego nie pamięta - łącznie z główną zainteresowaną - ale racząc Internet 25 faktami na mój temat, w komentarzach pod tamtym wpisem obiecałam Żelżbiecie na jej urodziny kolejne 25, gdy wyznała, że takie bzdurki czytać lubi.

Wszystkiego dobrego, kochana!
(Nie martw się, prezent w formie materialnej też dla Ciebie mam. Nie spodziewałaś się, co?)

1. Gdy słucham Little Red Corvette, przez pierwsze 35 sekund zawsze trzymam rękę na sercu.
2. W dzieciństwie miałam totalną obsesję na punkcie kosmosu i do tej pory po cichu marzę o wycieczce na Marsa. Profil NASA na instagramie to błogosławieństwo.
3. Naprawdę źle wyglądam w białych rzeczach. Jak nieszczęśliwa topielica.
4. W szkole podstawowej i gimnazjum brałam udział w wielu konkursach ortograficznych i w każdym zajmowałam drugie miejsce przez cholerny przecinek (lub jego brak).
5. Rzygałam jagodami - nie jem jagód. Rzygałam marchewką - nie jem marchewki. Ciąg dalszy zapewne kiedyś nastąpi. I'll keep you posted.
6. Uwielbiam kawę, w tym zbożową. Czy przez to automatycznie staję się staruszką, która głowę owija chustką i sprzedaje małe bukieciki stokrotek?
7. À propos kawy - od kilku dni jestem dumną właścicielką kawiarki i resztkami rozsądku powstrzymuję się od picia kawy 8 razy dziennie.
8. Mój enneagram to 4w5.
9. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie robię po powrocie do domu jest odkażenie odtwarzacza mp3 i telefonu komórkowego.
10. Nigdy nie chciałam być aktorką czy piosenkarką. Moim pierwszym wymarzonym zawodem była... pielęgniarka, bo bardzo chciałam pomagać ludziom. Słodkim byłam dzieckiem.
11. Tak słodkim, że w każde walentynki wracałam do domu obładowana kartkami, słodyczami i drobiazgami od romantycznych chłopców. Choćby ten łańcuszek w kształcie serca z różą i napisem LOVE od Mateusza P.
12. Gdy jadę dowolnym środkiem komunikacji miejskiej czy w ogóle, gdy jestem w jakimś tłumie i ktoś kichnie, mam ochotę uciekać. W mojej wyobraźni spada na mnie deszcz zarazków. (Rzecz jasna moje kichanie jest higieniczne.)
13. Mój ulubiony poeta to Andrzej Bursa.
14. W torebce nie muszę mieć telefonu czy nawet odtwarzacza mp3, ale mydełko antybakteryjne jest zawsze obecne.
15. Boję się zapalać zapałki i do tej pory tego nie potrafię. Obsługi zapalniczki też uczyłam się długo.
16. Pewnego dnia w moim życiu nastał Wielki Okres Dentystyczny, gdyż znalazłam w domu lusterko dentystyczne. Chciałam leczyć każdego, jednak z moich profesjonalnych porad odważył się skorzystać tylko dziadzio, któremu regularnie badałam ząbki. Jako że wtedy bakterie niespecjalnie mnie interesowały, teraz bardzo przepraszam za wszystkie, które Ci napakowałam do jamy ustnej.
17. W moim życiu nastał również Wielki Okres Pocztowy (waliłam w biurko wielkim opakowaniem kleju, albowiem nie było nic piękniejszego niż odgłos stawianej pieczątki) i Wielki Okres Pogodynkowy (znalazłam w domu wskaźnik. Gdy teraz o tym myślę, zastanawiam się, wymagań jakiego okresu mój dom mógłby nie spełnić).
18. Zdecydowanie wolę siedzieć przodem do kierunku jazdy.
19. Jestem uczulona na penicylinę. A takie osiągnięcie ludzkości.
20. Za młodu (gorzki śmieszek) czytałam absurdalnie dużo. Próbuję do tego wrócić, ale jest coraz trudniej. Internet jest najlepszą i najgorszą sprawą na świecie, niesamowity to fenomen.
21. Z reguły nie jem rzeczy mrożonych. Tak, lodów też. Muszę mieć 100% pewności, że są świeże i nie były wcześniej miliony razy rozmrażane i mrożone z powrotem. (Czy wieść życie takie, jakie ja wiodę, nie jest marzeniem każdego z Was?)
22. Jako że uwielbiam słuchać jednej piosenki w kółko (jeśli ktoś ciekaw jak daleko postępuje ta choroba, polecam rzut oka na moje konto na last.fm), ciągłe przewijanie kaset w magnetofonie czy walkmanie było dla mnie koszmarem.
23. Pracowałam w pewnej fabryce w Anglii, gdzie zajmowałam się robieniem rzeczy rozmaitych, często przy taśmach produkcyjnych. Jeden z pracowników z lubością podrzucał mi na taśmę maskotki-zwierzęta (zazwyczaj wyeksploatowanego szczura) i obserwował mój strach. To chyba ten brytyjski humor.
24. Naprawdę mam dość mieszkania z ludźmi. Chyba nadszedł czas na wybudowanie szałasu w Lesie Kabackim.
25. 3.07.2014 około 11:15 zostałam magistrem. I puszczano tego dnia balony w niebo (wiem, nie wolno).

29/06/2014

♪ mc hammer - u can't touch this

Całymi dniami dumam nad beznadziejną koleją mojego losu (obrona, koniec z legitymacją, zero zniżek, jak się do tego przyzwyczaić - oczywiście ustawiam to w perspektywie ogólnych przerażających wydarzeń na świecie, przy których moje problemiki to wydumane historie, ale nie mogę się powstrzymać, żeby się nad sobą nie roztkliwiać), a nad beznadziejnymi kolejami swojego losu najlepiej duma się pod kołdrą, tylko z wystawionym nosem. Ale nadchodzi chwila, w której nie ma już się na to sił i - przede wszystkim - uświadamia się sobie, że nie widziało się żywego człowieka od lat stu. Odzywam się zatem do żywego człowieka, który jeszcze może chcieć mnie znosić i się umawiamy. Okoliczności nie sprzyjają, bo błyska, grzmi, leje, mnie zaczyna boleć łeb i zasypiam nad Hłaską. Ale budzę się rychło w czas, robię coś z twarzą i wychodzimy.
Niesamowite jest to, że uświadomiłam sobie tęsknotę za całym gangiem dopiero, gdy się spotkaliśmy, usiedliśmy, zaczęliśmy rozmawiać, płakać ze śmiechu i pić (a niektórzy jeść kartofelki; odnotowuję dla porządku). I dobre to było, szczere i odrywające od myślenia o beznadziejnych kolejach itp., itd., choć i tak zdarzało mi się popaść w magisterski marazm, ale, jak się okazało, istnieją niezłe techniki wywalania go z głowy. Docenia się swoje wyższe wykształcenie, gdy dostaje się ekstra shota za uzasadnienie, dlaczego nalewka mango jest najlepsza (bo magdalenki Prousta też zaczynają się na m). Pachnie Bożym Narodzeniem. Od śmiechu boli mnie brzuch i twarz, nie mam siły ani iść do metra, ani w to metro wsiadać, chce mi się tylko siedzieć na chodniku z najlepszymi ludźmi wszech czasów i śmiać dalej w nieskończoność - a już na pewno do 1 lipca, bo wtedy kończy mi się ulgowy bilet miesięczny.

26/06/2014

♪ songs: ohia - hold on magnolia

Przecież mogę rozmawiać. Wszystko w porządku.

Jest zimno. Teoretycznie nie powinno mi to przeszkadzać, bo lubię, kiedy jest zimno. Ale wolę stałe zimno zimy, a nie chlust deszczem w twarz, uciążliwe zdejmowanie kurtki, dobijające owijanie się szalem, ale rozpinanie swetra. I z powodu tego niepewnego zimna dziś rano zamarzył mi się gorący prysznic, żeby poczuć, że świat mnie jednak kocha. Wchodzę do łazienki, odkręcam kurek, woda zachęcająco szumi, wchodzę pod prysznic, woda dalej szumi zachęcająco, ale jest lodowata. Mam wrażenie, że wybrałam się na ekspedycję na Alaskę. Uciekam z łazienki, wkładam bluzę i owijam się w koc. Boli mnie głowa, a Heidegger zerka na mnie z politowaniem ze stolika nocnego. Boję się po niego sięgnąć, bo albo odpowie na wszystkie moje pytania, albo nie odpowie na żadne, a ja będę miała poczucie zmarnowania pięćdziesięciu złotych polskich, które mogłam wydać na (wstaw dowolnie). Przecież nikt nie czyta filozofów; powinni być na wiecznej wyprzedaży. Zbieram się w sobie: muszę dziś porozmawiać z człowiekiem, który - przy pomyślnych wiatrach -  będzie dla mnie najważniejszy przez najbliższe cztery lata. Czy ja wyglądam, jakbym nie był spełniony? Wydałem sześćdziesiąt dziewięć książek, zaraz jadę na promocję sześćdziesiątej ósmej.

Czuję się lepiej. Zdobywam się na uśmiech i żart. Coraz trudniej o dobre i ładne jabłka, ale udaje mi się je znaleźć. Pocieszające zwycięstwo. Wracam do domu. Mijam babcię z wnukiem, trzymają się za ręce. Babcia jest drobna i siwiutka, a chłopiec jest uroczy, ma szeroką buzię i tatę albo mamę z którejś części Azji. Babcia chyba udziela mu łagodnej reprymendy, mówi: jeśli będziesz niegrzeczny... - chłopczyk nie słucha, wpatruje się we mnie jak w obraz, nie mogę się powstrzymać, puszczam do niego oko. W odpowiedzi też puszcza mi oko. Nie ma większych łobuzów niż my.

23/06/2014

♪ joy division - disorder

Czuję się tak, jakbym codziennie oglądała 4:48 Psychosis w TR.
Ten spektakl trwa godzinę, a ja chciałam z niego uciec po pierwszych pięciu minutach. Nie mogłam usiedzieć w miejscu, nerwowo zakładałam nogę na nogę tylko po to, by za chwilę siedzieć prosto, trzęsłam się w tym siedzeniu, było mi niedobrze, zasłaniałam twarz rękoma. Nie mogłam wytrzymać. Kyo, z którą widziałam 4:48, powiedziała, że czuła, że coś się ze mną dzieje. Złego.

Herbatę piję tylko zimą i gdy jestem chora. Ostatnio piję herbatę codziennie. Są dwa wyjścia: albo jest zima, albo jestem chora.
Pada czarny śnieg.

Bierzesz rozbieg, biegniesz. Życzysz sobie powodzenia, równej drogi. Zakładasz, oczywiście, że po drodze możesz upaść albo napotkać wyboje czy stromą górkę, ale nie spodziewasz się muru. Muru tak wysokiego, że przeskoczenie go wydaje się niemożliwe. Nie da się go obiec. Masz wrażenie, że do zrobienia została jedna, jedyna rzecz: wpadasz więc na mur. Boleśnie się od niego odbijasz. Upadasz. Nie masz siły wstać. Czekasz na cud.

16/06/2014

♪ david bowie/queen - under pressure

To ostatni moment na uwiecznienie wspaniałych chwil tego weekendu; już czuję, jak podstępem wślizguje się w nie poniedziałek, który już teraz jest zmęczony. Jak to w ogóle wróży ludzkości?

Sobota miała być zwykłą, figlarną sobotą. Rano objadałyśmy się z Bachą pankejkami, a potem, w deszczu tym strasznym i wilgoci okropnej, pojechałam do Magdy do Krowarzyw, bo sprzedaje tam znakomite wegańskie lody, więc dotrzymywałam jej towarzystwa i włosem swym rozwianym i gębą zachęcającą przyciągałam klientów z całego centrum. Sobota mijała tym prędzej, że co chwila z obłędem w oczach sprawdzałam skrzynkę mailową, czekając na wyrok od mojego promotora. W końcu to zarzuciłam, zrezygnowana, i zaczęłam przygotowywać się do wyjścia do teatru (pójście do teatru w dresie i obdrapanych pazurach wykracza zdecydowanie poza moją teatralną konserwę). W drodze do TR nabijałam się z Bachy i z tego, że chce kupić dla siebie męskie mokasyny. Kochanie, ale naprawdę! Rechot pochłaniał mnie tak, że nie pomyślałam o zajrzeniu do skrzynki. Zrobiłam to dopiero w foyer, czekając na otwarcie sali, z której wydobywały się jakieś dźwięki. Wiedziałam, że znam tę piosenkę, ale nie skojarzyłam od razu tytułu. Otwieram skrzynkę pocztową, jednocześnie otwierają się drzwi do sali, z której rozlega się Under Pressure*, a w skrzynce widzę maila o treści zdecydowanie wystarczającej, mianowicie: OK.

Ulga i szczęście moje są nie do opisania. Napisałam światu smsy - a przynajmniej tej części świata, która jeszcze cokolwiek mnie obchodzi - co za radość na mnie spłynęła i rozsiadłam się wygodnie w fotelu (choć jeśli Państwo znają fotele w TR, to wiedzą, że to niemożliwe; że to w ogóle nie są fotele, tylko plastikowe siedzenia dla lal), zignorowawszy całkowicie chłód, panujący w pomieszczeniu dzięki klimatyzacji (na zewnątrz cały dzień było chłodno, więc dobór temperatury był faktycznie przeszywający). Śmiałam się do rozpuku, bo i sztuka smaczna (Ragazzo dell'Europa), bo i ja szczęśliwa i pognałam do domu pracę archiwizować, a tam Bacha do mnie mówi:


Śmieszek śląski.

Niedzielę natomiast spędziłam w apartamentach Agaty smarującej, z którą gadałyśmy nieprzerwanie i jadłyśmy znakomite makarony. Przytachałam od niej 20 kilogramów książek. Jeśli będę musiała wkrótce znów się przeprowadzić, podpalę się.


*Aktualnie mam obsesję i na punkcie Under Pressure (to w końcu utwór mojego zwycięstwa) i na punkcie Queen. Nigdy nie lubiłam Queen.

10/06/2014

♪ big sean - fire

Jest 03:13, a ja utknęłam w pisaniu streszczenia po polsku do swojej pracy magisterskiej. Po pierwsze dlatego, że chyba kompletnie zapomniałam, jak się pisze po polsku, po drugie, po co mi to streszczenie, skoro konieczny jest kolejny podpunkt w jakże koniecznym podrozdziale, który pisałam z wywieszonym jęzorem w zeszłym tygodniu, po trzecie, jestem na tym podłym etapie, gdzie słowo analiza doprowadza mnie do śmiechu, płynnie przechodzącego w płacz. Oczywiście, sama tego chciałam, bo jak to dziś rzekła Bacha, pragnąc podnieść mnie na ledwie zipiącym duchu, muszę być idealna.

(Słońce wschodzi powoli i ospale. Żyję dla dostojnych wschodów słońca na Ursynowie.)

Przeziębiłam się. Czuję bakterie w uszach i w gardle. W gardle mam wielką kulę bakterii, która zrobi mi krzywdę znienacka, a teraz podstępnie się czai. Wyczuwam tę kulę palpacyjnie, przysięgam. Jest nieco powyżej obojczyków. Może rośnie mi tam gniazdo os. Zostanę królową os i nie będę do tego potrzebować żadnej magisterki.

Ten weekend był wyjątkowy, ponieważ w sobotę urodziny obchodziła pierwsza miłość mojego życia (Prince), a w niedzielę druga (Kamil).

Padało. Przesiadałam się z autobusu w tramwaj do szkoły i jakiś znużony pan wetknął mi do ręki Metro. Wzięłam, bo nie miałam wtedy ze sobą książki, więc uznałam, że zabiję czas, przeglądając tę gazetkę, cienką i rozpadającą się jak pajęczyna. Na żadnej stronie nie znalazłam dla siebie nic ciekawego, więc przekładałam je z coraz większym rozczarowaniem, aż trafiłam na dział kulturalny, a w nim na wywiad z Mobym. Nigdy nie było mi z nim po muzycznej drodze, ale uznałam ten wywiad za najbardziej wartościową rzecz w tej całej miałkiej gazetce, więc zaczęłam czytać. I Moby powiedział tam tak: chciałbym w życiu stworzyć coś tak doskonałego jak "Purple Rain" Prince'a.
Prince, co za kretyński pseudonim, pomyślałam.

Kamila (Freda, Fredzinkę) poznałam drugiego września dwa tysiące ósmego roku. Ja przeniosłam się do nowej szkoły, a on kiblował. Usiedliśmy razem i tak już siedzieliśmy. Do końca. Jak Ty dzielnie znosisz moje fochy, masz do mnie taką cierpliwość, jakiej nie ma nikt. Jesteś najlepszy i tęsknię za Tobą codziennie. Czy wyznanie Ci miłości na łamach tego wątpliwej jakości blogaska ukoi choć na chwilę Twoje rozklekotane serce? Na nas w ramce patrzę co godzinę, a dziś ujrzał nas właściciel mieszkania. Chyba się zdziwił.

05/06/2014

♪ blackbird blackbird - summer heart

Teatr o 11:00 to pomysł nieco ekscentryczny, ale jakże wyborny. Panie nauczycielki strofujące dzieci za adidasy, dzieci paradujące w spódnicach miętowych, jedno dziecię w garniturze i jedno z fryzurą na czeskiego piłkarza, dzieci wręczające aktorom na koniec po kwiatku, które w drugiej części spektaklu ściskały z całych sił w rączkach. Czy byliście kiedyś we wnętrzu morskiego potwora? Ja byłam dziś.
Od szkoły można umrzeć. Nikt wam nie powiedział?

Środa natomiast była dziwna. Było lepko i gęsto. W powietrzu unosił się zapach moczu i karmy dla kotów. Przez przejazd Baracka Obamy nie wyrobiłam się na korepetycje (podwójna przesiadka, objazdy autobusów, linie mi potrzebne w ogóle zniknęły). Mam nadzieję, że nasz Barack wynagrodzi mi to pokojem na świecie. A na jego przejazd i świtę jego nie zwróciłam nawet uwagi, bo musiałam poprawić skarpetkę.

Jestem za stara na przeprowadzki. Ten powiew nowości (albo prania, które na czas przeprowadzki wrzuciłam do jakiegoś starego, skapcaniałego torbiszcza - mam wielką nadzieję, że to objaw geniuszu) już nie ekscytuje, a raczej wyczerpuje. Książki do tej pory są w nieładzie, sama już nie wiem, co mam w tych nieszczęsnych pudłach, po pokoju walają się jakieś puste reklamówki, w których znajduje się najgorsza kategoria rzeczy - drobiazgi, z którymi nie do końca wiadomo co zrobić, ale wyrzucić nie można, bo na pewno się przydadzą. Na razie leżą i czekają na cud.* Tak jak ja czekam na cud w sprawie mojej magisterki. Moja magisterka będzie cudem nad Wisłą 2 i to o tym będzie się pisać w nowych wydaniach podręczników, zapewniam.**

Nie mogłam znaleźć koszulki, którą wymarzyłam sobie na tę zmierzłą środę, więc w przypływie złości ostatecznej, wściekła wyciągnęłam wszystkie ubrania i rzuciłam na podłogę. Przydałoby się wydobyć wtedy z siebie jakiś stosowny, filmowy odgłos, ale wszyscy jeszcze spali. Bałam się wrócić do tego siedliska chaosu, ale jestem dzielna. I dojrzała, przede wszystkim. Do cholery.

Wciąż przekręcam klucz w zamku w złą stronę. W kuchni sięgam na prawo, by zapalić światło, a przecież tutaj jest po lewej; na korytarzu też się mylę. Cisza jest podejrzana, dlaczego nie słyszę kota i jego jęków? No tak, przecież tu nikt nie ma kota. Czy współlokatorzy uznają moją piżamę w Muminki za coś nienormalnego (niemoralnego)? Czy mój żel pod prysznic na pewno nikomu nie przeszkadza i czy prawidłowo odwieszam słuchawkę prysznica? Te i inne, równie idiotyczne pytania, stawiam sobie każdego dnia.

Mieszkam na 8 piętrze. Gdy stanę na łóżku, automatycznie staję się królową świata, a już na pewno królową Ursynowa. Mieszkanie na Ursynowie uszczęśliwia mnie tak, że gdy wysiadam z metra, mam ochotę rzucić się na chodniki i się w nich wytarzać.


*Ale olejki do włosów znalazłam! Gdy w końcu mi się to udało, uświadomiłam sobie, że specjalnie je tam wsadziłam, żeby o nich nie zapomnieć. Oczywiście.
**Promotor napisał mi maila, z którego wynika, że szansa na cud nieznacznie wzrosła.

27/05/2014

♪ alt-j - dissolve me

Zdjęcie z dedykacją dla Żeli, oczywiście.
Siedzę w cieniu jakiegoś budynku na Bemowie. Przyjechałam zrobić zdjęcia dyplomowe i teraz czekam na odbiór. Jest ciepło, wieje lekki wiatr, taki wiatr, który pozwala wierzyć, że wszystko się ułoży, choć tak naprawdę wszystko się rozsypuje. Pan mówi, bardzo przystojny, swoją drogą, że postara się, żeby zdjęcia były za 20 minut, ale dam mu te 10 minut więcej: właściwie nigdzie się nie spieszę. Uczennica odwołała korki, na uczelnię mam niewiele do zrobienia, magisterka może poczekać do czwartkowego popołudnia (i nocy, bo czwartkowy wieczór spędzam w teatrze). Siedzę zatem wdzięcznie na tych schodkach. Jako że jestem zgredziała, pod tyłek podkładam torbę na zakupy, muszę kupić wodę. Lepiej nie będzie, mówię panu, gdy pokazuje mi zdjęcie na ekranie aparatu. Pana nie zraża mój fatalistyczny ton i proponuje jeszcze kilka ujęć. Wychodzi nawet nieźle, nie to, co zdjęcia do licencjatu. Chyba nigdy nie zapomnimy tej przygody, co, Bacha? Wywaliłam pozostałe odbitki, ale znakomicie pamiętam swoje siedem podbródków i cienie pod oczami godne wyczerpanego ćpuna, resztkami sił błagającego o strzykawkę. Starszy pan, jego rozklekotany aparacik i drżąca ręka. Ale zdjęcia były praktycznie za bezcen! Siedzę grzecznie, mało kto tu przechodzi. Zdjęcia do dyplomu musiałam zrobić dziś, a włosy postanowiły się spuszyć i skręcić od porannej wilgoci. Trudno, moja karta miejska będzie musiała przejść nad tym do porządku dziennego. Ulica obok huczy i dudni, a ja mam wrażenie, że znalazłam się w innym świecie, jakże dalekim od siłowni Aplauz, z której wylewa się kark za karkiem z torbami Adidas w ręku. Rosną tu maki! Niebywałe, są śliczne i czerwone jak krew. Xero do A0, głosi szyld. Rozbawia mnie to na tyle, że czuję się w obowiązku schylić głowę i uśmiechać do kolan. Ufff, ktoś ma kalosze, więc nie wyglądam na aż tak oderwaną od obrazka w swoich botkach. Dobrze, że nie wzięłam parasola. Przeprowadzam się w weekend i cieszy mnie ta przeprowadzka jak żadna wcześniejsza. Pan zwraca mi uwagę, żebym zabrała nogi, przecież zabrałam! Mógłby pan darować sobie tę tyradę, ale zapewne poprawiła ona pana cierpki humorek. W 159 musiałam wysłuchać, jak to pani usiadła koło mnie, bo z przodu miejsce było zajęte, a ona zawsze siada z przodu. Idę po te zdjęcia. O, nawet pani z zakładu mnie woła. Wchodzę, oglądam. Znośnie. Przez te kilka najbliższych lat wstydu nie będzie, choć rumieńce mam niczym Pyza na polskich dróżkach. Wracam do (jeszcze) domu.

23/05/2014

♪ ortega cartel - tłok na plaży korte

Jest 3:26. Muszę wstać za dwie i pół godziny. Nie mogę spać. Jest za gorąco, przewracam się z boku na bok. Wszystko mnie drażni. Książkę odrzucam po połowie strony, moje ulubione gazety wydają się bezdennie nudne, jest cicho, nie odpowiada mi żadna muzyka. 30 sekund dźwięku i mam ochotę rzucić laptopem o ścianę. Nic mi nie pasuje. Nikt mi nie pasuje.
Ale wschody słońca są dość wzruszające. Jeszcze mogę je oglądać. Jeszcze, bo nie wiem, gdzie trafię, gdy się przeprowadzę. Chyba będę musiała, już czwarty raz. Nie znoszę przeprowadzek.

*

Matka z dzieckiem, na oko sześcioletnią dziewczynką, stoją przede mną w kolejce w Tesco. Matka kupuje "Dobre rady", cztery puszki piwa Tyskie i paczkę papierosów. Mamo, mogę ci ponieść to?, pyta dziewczynka, mama kiwa głową, dziewczynka bierze do ręki gazetę i papierosy.

*

Mam wstręt do liter. Ale... moje magisterskie męki się kończą, czy ktoś jest w stanie w to uwierzyć? Teraz w pracy dłubię i ją dopieszczam, bo musi być doskonała. Od kiedy pracuję nad nią praktycznie codziennie, zaczęłam śnić o schizofrenii; rozpoznaję, przepisuję lekarstwa, wymieniam objawy. Po obronie chyba zamknę się w szpitalu psychiatrycznym. Z każdym dniem pisać jest coraz ciężej - wysokie temperatury mnie wykańczają. Czy komuś naprawdę przyjemność sprawia pocenie się jak świnia, wszędobylskie robactwo, znienacka wlatujące do oczu i nosa, piekące słońce, pęcherze na stopach od baletek, mdlenie z gorąca w środkach komunikacji miejskiej, klejenie się od filtra (albo spalona skóra - nie wiem, co gorsze) i klejenie się do ludzi, szczególnie do tych, których zapach w wersji au naturel zostaje wzmocniony przez upał?

*

Woda pryska dookoła, węże zraszają trawnik. Dwie dziewczynki w sukienkach w kwiatki z niecierpliwością czekają, aż strumienie wody skręcą w ich stronę i z radością rzucają się na trawę. Moja mama chyba nie będzie zadowolona, stwierdza jedna z nich i, niezrażona swymi słowy, wskakuje pod zraszacz raz jeszcze.

*

Żela jest jedną z moich najulubieńszych osób na świecie. Wiecie, po czym poznać swoją najulubieńszą osobę na świecie? Nieważne, jak długo się nie widzicie, gdy się spotykacie, rozmowa rusza od punktu, w którym ostatnio się skończyła. Nikt się nie kryguje, nie sprawdza dyskretnie, czy na pewno może o coś zapytać, nie udaje kogoś, kim nie jest. Och, Żelu, dlaczego nie przeprowadzicie się z Tomeczkiem do Warszawy? Żela robi przepiękne zdjęcia, których jestem wielką fanką - nasyćcie i Wy swe oczy tymi pięknymi fotografiami. Co prawda poziom bloga Żeli pewnie wkrótce spadnie, bo mogą pojawić się tam moje zdjęcia, a moja twarz ostatnio przypomina rozorane pole brukwi, ale w ten post po prostu nie będziecie klikać.

Żela, jako spec od marketingu blogowego, kazała mi założyć przekwitaniu fejsbuka. Żelu, mówię tonem, jakby nie wiedziała nic o życiu, gdy ty na fejsbuka wrzucasz informację o nowym wpisie, pojawia się przy niej kuszące zdjęcie i ludzie z wywieszonymi jęzorami lecą oglądać obrazki. Ja przekazuję swoje treści tylko za pomocą literek, kogo dziś obchodzą literki? Zdjęciami ze stocka się brzydzę.
Żela powiedziała, że coś wymyśli. Już to widzę.

Powody, dla których ten blog nigdy nie stanie się fotoblogiem:
- po prostu nie potrafię robić zdjęć: kiedyś próbowałam swoich sił, ale mój perfekcjonizm doprowadzał mnie do szału (ciągle coś było nie tak z kadrem/modelami/aparatem/ze mną);
- nie mam pojęcia, gdzie posiałam płytę ze skradzionym photoshopem;
- ostatnio głównie uwieczniam zdjęcia napojów energetycznych z podobizną Tomasza Adamka lub napisy na ścianach typu:

 *

Jadę rano na uczelnię i przypominam sobie, że muszę sprawdzić, od której czynne jest ksero. Wpisuję w wyszukiwarkę: ksero aleja rzeźników. A miało być Lotników. Niewinnych Lotników, zapewne.