28/01/2019

♪ ortega cartel - znów dorosłem

Kończy się styczeń, co bardzo mnie cieszy. Nie znoszę stycznia. Jest brutalnie długi, smętny, szary; zanadto w nim czasu na rozpamiętywanie nieudanych sytuacji, ludzi i porażek. Jeszcze trzy dni i wszyscy będziemy szczęśliwi. Nie rozumiem natomiast tej nieszczęsnej nagonki na biedny listopad - jak można nie cierpieć miesiąca o najpiękniejszej nazwie? A także miesiąca, w którym ja, Nadzieja Przyszłości, mam urodziny? Mam nadzieję, że... powaga sytuacji jest zrozumiała.

Nie jestem pewna czy wyjazdy w styczniu (nie do krajów upalnych) są najrozsądniejszym pomysłem, ale w zeszłym roku w Pradze było fajnie*, a tym razem pojechałyśmy do Budapesztu i było pięknie. Uważam, że Budapeszt jest o wiele urokliwszy niż Praga, a z pewnością mniej pretensjonalny i nie cierpiący z powodu świadomości utraty swojego blasku. Wiał przenikliwy wiatr, ale Budapesztem można było iść i iść i iść - bowiem szło się Budapesztem, Pragą, Berlinem i Szczecinem, to miasto chowa w sobie tak wiele - aż doszłoby się na koniec świata albo do swojego przeznaczenia (PRACY W KORPORACJI).

Od kiedy pracuję w firmie, tracę zdolność uzasadnienia rutyny i powtarzania wszystkich możliwych czynności w nieskończoność, co byłam w stanie zrobić jeszcze kilkanaście miesięcy temu (kołacze mi się po głowie jedna z tych moich egzaltowanych noteczek). Znów myślę o nakładaniu makijażu i zmywaniu go z siebie, robieniu posiłków i sprzątania po tychże, codziennym prysznicu, prasowaniu, które wydaje się absolutnie bezsensowne, codziennej jeździe metrem w tę i z powrotem, codziennym powtarzaniu tej samej formułki przy telefonie. Po co się to robi. W imię czego. Być może w imię pieniędzy, dzięki którym kupuję bilety na samoloty i opłacam comiesięczne rachunki, oczywiście, że rachunki także są niezmienne i trwałe. Ale ile, kurwa, można?



*Żaba rozkazuje mi napisać książkę, ale nie sądzę, że szanujący się autorzy używają słowa "fajnie". Ja jestem co najwyżej nieszanującą się pseudoraperką.