07/07/2018

♪ no rome - do it again

Początek nowej pracy to jak początek nowej szkoły w nowym mieście. Czy ktoś mnie polubi? Czy ja kogoś polubię? Czy będę w stanie się odezwać? A jeśli się już odezwę, to nie palnę nic głupiego z nerwów? Czy ktoś zrozumie mój żarcik? (Nikt). W porze lanczu wybiegam pędem z budynku i przez te piętnaście minut żuję kanapkę i robię kółka wokół budynków. Jak można siedzieć nieprzerwanie osiem godzin? Odbija mi kompletnie z braku ruchu. Kiedy przestawię się na wstawanie o 6:30 i kiedy zrozumiem, że o 16:00 mam już wolne, a nie zaczynam nauczać grupę? Kiedy przestanę ziewać co dwie minuty? Kiedy będę robić coś sensowniejszego niż segregowanie umów? Co zabawne, będę zajmować się pieniędzmi. Biorąc pod uwagę mój egzamin komisyjny z matematyki w liceum, nie mam nic innego do powiedzenia poza tym, że los jest brutalnie przewrotny. 

Byłam na kilku rozmowach kwalifikacyjnych i każda to taki zabawno-żenująco-smutny spektakl odgrywany przez obie strony. Szukanie pracy, to dopiero nauka pokory. Dzieci często powtarzały, że mnie lubią, bo jestem szczera i mówię to, co myślę. W świecie dorosłych tak nie wolno, ale bachorzętom nigdy tego nie powiedziałam, bo z pewnością zdążą się jeszcze niejednokrotnie rozczarować.

Czuję, że jakaś część mnie umrze w pracy biurowej. Już nigdy nie będę taką samą Luizą, ale może to, co teraz widzę jako dramat, okaże się tym, czego zawsze szukałam w życiu. (Nie).

Na każdej rozmowie pytano, jaki jest mój wymarzony zawód. Tyle kreatywnych odpowiedzi związanych z branżą cisnęło się na usta, ale oczywiście musiałam odpowiadać, jak ta koza, co się pasie, że pisarka. Że chciałabym być pisarką, że taką polską odpowiedzią na Joan Didion (nie mam pojęcia, kto z nich naprawdę wiedział, kim jest Joan). A potem wychodziłam z tych klimatyzowanych biur w te upały nieznośne i pot leciał ciurkiem z czoła. Joan na pewno nie leci. Se coś nawyobrażałam, jak zwykle.